Ameryka przed telewizorem

Artur Rolak / Blogi

Może trudno w to uwierzyć, ale zdarzyło mi się pójść do sklepu w USA po piwo i przynieść do domu inne butelki niż te, po które się wybrałem. Wtedy przekonałem się, czym jest dla Ameryki Super Bowl. Dzień przed cały kraj – zależnie od stanu – szykował się do wielkiego grillowania (południe) i „domówek” (północ).

Super Bowl LII (liczby rzymskie są częścią tradycji) obejrzę w Polsce. Może to i dobrze, bo nikt z powodu amerykańskiego szaleństwa nie wykupi mi sprzed nosa moich ulubionych napojów. Najbliższej niedzieli jeszcze nie obejmuje nowa ustawa o handlu, więc na pewno zdążę się zaopatrzyć.

Futbol (nie mylić z „soccerem”, czyli naszą piłką nożną) ma w USA wyjątkową siłę przyciągania ludzi przed telewizory. Przez ostatnie dwa lata Super Bowl był transmitowany przez stację Fox. Konkurencyjna NBC robi to chyba lepiej, bo w 2015 roku skusiła aż 114 milionów widzów. Żaden inny program w żadnej amerykańskiej telewizji nigdy nie miał większej widowni. Nie tylko dlatego, że futbol jest tam nie tylko sportem narodowym, ale również zjawiskiem społecznym – w zeszłym roku co trzeci ze stu najchętniej oglądanych programów był transmisją meczu NFL lub NCAA (rozgrywek akademickich).

Z badań Nielsena wynika wprawdzie, że podczas ostatniego sezonu regularnego oglądalność spadła rok do roku aż o 10 procent, ale w Ameryce – jak na Woronicza – mało kto się tymi danymi przejmuje. Co z tego, że najwięksi tradycyjni reklamodawcy – PepsiCo, AB InBev, P&G czy Kraft – ostro tną budżety; robią to po to, aby w najważniejszy wieczór roku publiczność nie zauważyła nieobecności tych firm. Prestiż musi kosztować.

A to nie są tanie rzeczy, zauważyłby Ferdynand Kiepski. Za 30-sekundowy spot NBC wystawia faktury na ponad 5 milionów dolarów. Chętnych nie brakuje, więc stacja spodziewa się łącznych wpływów sięgających pół miliarda „zielonych”. Złożą się na to reklamy pokazane tuż przed, w trakcie, w przerwie (te są najdroższe i najbardziej oczekiwane przez telewidzów) i już po meczu, a także w czasie emisji kolejnego odcinka serialu „This is Us”, zaplanowanego zaraz po finale.

Jednych przyciąga przed telewizor po prostu sport – tych interesuje, kto przejdzie do historii, a kto wróci do domu z gołym palcem (zwycięzcy dostają na pamiątkę m.in. prestiżowe sygnety). Inni nie mogą się doczekać przerwy, a konkretnie „Half Time Show”. Właśnie wtedy pokazywane są najdroższe i specjalnie na tę okazję przygotowywane reklamy; takie, o których mówi się nawet po latach.

Bardzo możliwe, że w tym roku objawi się kolejna kategoria telewidzów. NFL jest ostatnio wyjątkowo podzielona. Przed każdym meczem, gdy grany jest hymn, wielu graczy przyklęka na jedno kolano. Jest to demonstracja przeciwko brutalności policji wobec nieuzbrojonych Afro-Amerykanów; brutalności, która doprowadziła do śmierci kilku z nich. Prezydent Donald Trump, komentatorzy sprzyjający konserwatystom i kibice sympatyzujący z prawicą odbierają te gesty bardzo krytycznie.

Większość firm reklamujących się przy okazji meczów futbolowych nie angażuje się w spory coraz bardziej podzielonej Ameryki, za to niektóre wręcz manifestują swój punkt widzenia. W zeszłym roku do debaty o antyimigranckich ustawach Donalda Trumpa wtrącił się największy browar USA (nie, to nie jego wyrobami chciałem kilka lat temu umilić sobie oglądanie Super Bowl). W filmiku opowiedziano historię Adolphusa Buscha, przybysza z Niemiec, założyciela firmy. Wynikało z niego, że gdyby miał przyjechać teraz, to nie dostałby wizy i nie spełniłby swego amerykańskiego snu.

Nie widziałem tej reklamy, ale ciśnie mi się pytanie: co by pili Amerykanie, gdyby nie było AB InBev? To już nie byłby ten sam kraj.

Artur Rolak