Czy polskie banki mogą być bardziej polskie

BANK 2016/12

Czy polskie banki mogą być bardziej polskie

Repolonizacja: uniezależnienie się od decyzji zapadających za granicą, czy może przejmowanie banków wbrew rachunkowi ekonomicznemu.

Monika Krześniak-Sajewicz

Rzeczpospolita

Pociąg w kierunku „repolonizacja” ruszył już kilka lat temu, choć ostatnio mocniej przyspieszył i wjeżdża na nowe tory.

Główną rolę w tym procesie odgrywa PZU, który w ubiegłym roku (jeszcze pod wodzą Andrzeja Klesyka) przejął pakiet kontrolny Alior Banku, ale ma zdecydowanie większy apetyt. Próbuje odbić Pekao S.A. od włoskiego UniCredit. Sam Alior też nie zasypia gruszek w popiele, przejmując kolejne banki (Meritum, BPH) własnymi siłami. W efekcie struktura własnościowa sektora bankowego łapie równowagę, choć nie ma konkretnego poziomu krajowego kapitału, który generalnie jest uznawany za optymalny. Wiadomo jednak, że dziś jesteśmy w innej sytuacji niż w okresie transformacji, a większy udział polskich inwestorów daje wyższą odporność na wstrząsy zewnętrzne. Kryzys finansowy, jaki wybuchł w 2008 r.,

pokazał, jak ważne jest to, gdzie zapadają decyzje. Przeciwnicy takiego myślenia przekonują z kolei, że w dobie globalizacji to już nie ma znaczenia.

Prywatyzacja banków – czy można było inaczej

Obecny układ sił w sektorze bankowym to efekt prywatyzacji zapoczątkowanej w latach 90. ubiegłego wieku. Wówczas chodziło o zwiększenie efektywności działania banków poprzez wpuszczenie inwestorów zagranicznych, którzy mieli pieniądze i know-how, by je zrestrukturyzować i postawić na nogi. Na początku lat 90. powstał plan prywatyzacji dziewiątki banków wydzielanych wcześniej z NBP. Przyjęta wówczas strategia zakładała pozyskanie zagranicznego partnera strategicznego, który objąłby pakiet mniejszościowy (do 30% akcji). W tej koncepcji Skarb Państwa zachowywał około 30% akcji z prawem głosu ograniczonym do decyzji strategicznych i z opcją pozbycia się tego udziału w przyszłości. Pozostałe akcje przeznaczone były dla inwestorów indywidualnych oraz pracowników, którym oferowano je na uprzywilejowanych warunkach. Na tych zasadach przeprowadzono prywatyzację Banku Śląskiego z udziałem holenderskiego ING oraz Wielkopolskiego Banku Kredytowego, w którym udziały objął irlandzki AIB.

Zwłaszcza ta pierwsza prywatyzacja do dziś wzbudza silne emocje. W momencie debiutu, w styczniu 1994 r., na giełdzie kurs akcji Banku Śląskiego przebił 13,5-krotnie cenę emisyjną, To wywołało falę krytyki, że bank został sprzedany za tanio. Trzeba jednak pamiętać, że przypadło to na okres bańki spekulacyjnej, która wywindowała giełdowe kursy. Jednocześnie zakładany udział państwowego akcjonariusza w prywatyzacji banków zniechęcał prywatnych inwestorów i w drugiej połowie lat 90. rząd zmienił politykę. Instytucjom zagranicznym sprzedawano już większościowe pakiety i między innymi w 1999 r. włoski UniCredit kupił Pekao S.A., a irlandzki AIB przejął kontrolę nad Bankiem Zachodnim. Dziś pojawia się wiele głosów polityków i ekonomistów, że poszliśmy tu za daleko, a drzwi dla międzynarodowych inwestorów zostały otwarte za szeroko. Przy niektórych prywatyzacjach można było odnieść wrażenie, że faworyzowano zagraniczny kapitał.

Moment do przejęć w sektorze jest dobry, bo wiele europejskich banków boryka się z problemami i będą skłonne do sprzedaży swoich aktywów. To jest okazja do zwiększania stanu posiadania przez polskie instytucje.

– Sprzedaż banków zagranicznym inwestorom nie musiała przybrać aż takiej skali. Prywatyzację można było przeprowadzić na lepszych warunkach. Są przykłady inwestorów, którzy już dawno w dywidendach odebrali to, co zainwestowali – mówi Sławomir Horbaczewski, finansista, były bankowiec, który pracował m.in. w Wielkopolskim Banku Kredytowym i Banku Handlowym. Obrońcy tamtego modelu przekonują jednak, że nie było innego wyjścia. W latach 90. nie mieliśmy dostatecznego kapitału ani odpowiedniej wiedzy, żeby samodzielnie zbudować silny rynek bankowy. Wówczas był wybór – czy chcemy budować banki państwowe, czy prywatne, ale przy udziale inwestorów zagranicznych.

image

Czy rzeczywiście można było sprywatyzować banki inaczej? –  Teoretycznie tak, ale to by oznaczało wolniejszą modernizację sektora bankowego i zdecydowanie większe dofinansowanie z budżetu – mówi prof. Stanisław Gomułka, polski ekonomista, współtwórca programu transformacji polskiej gospodarki. Jak tłumaczy, PKO BP dawał sobie radę, w dużym stopniu dlatego, że miał ogromną sieć placówek w całym kraju, wiernych klientów i depozyty. To był jednak wyjątek. Pozostałe banki działały lokalnie lub też regionalnie i potrzebne były potężne inwestycje, żeby mogły bezpiecznie funkcjonować i utrzymać się w rynkowych warunkach. Prof. Gomułka przypomina, że prywatyzacja zaczęła się za rządu solidarnościowego, ale była kontynuowana przez rządy SLD i PSL.

Bez mocnych banków gospodarka by nie ruszyła

– Wszyscy zdawali sobie sprawę, że bez nowoczesnego i zdrowego sektora bankowego gospodarka będzie miała kłopoty. Dlatego zdecydowano się na dopływ kapitału zagranicznego do sektora bankowego. Teraz wartość rynkowa banków jest wysoka, między innymi dlatego, że kiedyś zostały one porządnie doinwestowane – tłumaczy prof. Gomułka.

W efekcie od 1999 r. to inwestorzy zagraniczni dominują w sektorze bankowym, a ich udział w 2008 r. sięgnął 72%. Od tego czasu wahadło się przechyliło (po drodze PKO BP przejął Nordea Bank, a głównym inwestorem Aliora został PZU), choć wciąż krajowi udziałowcy mają mniejszościowy udział.

Pod koniec ubiegłego roku udział inwestorów zagranicznych sięgał blisko 60%, ale najnowsze dane pokazują, że koniec sierpnia 2016 r. pokazują, że jest to już 55%. Jednocześnie i tak mamy dużo korzystniejsze proporcje niż w innych krajach naszego regionu. W Czechach udział krajowych inwestorów w bankach wynosi zaledwie 16%, na Węgrzech 17%, a w Bułgarii 24% (według danych EBC na koniec 2014 r.).

Jednocześnie jednak takiej sytuacji jak w naszym regionie nie ma nigdzie. Przykładowo w Niemczech udział inwestorów krajowych sięga blisko 88%, a we Francji i Hiszpanii przekracza 90%.

To, że banki zachowały w dużej mierze swój polski charakter i nazwy to zasługa nadzoru bankowego, który nie pozwalał wycofać ich z giełdy.

Zwolennicy repolonizacji sektora bankowego podkreślają, że kryzys finansowy dobitnie pokazał, jak ważne jest to, gdzie zapadają decyzje. Po jego wybuchu w 2008 r. banki należące do międzynarodowych grup przykręciły kredytowy kurek, zwłaszcza firmom. Wówczas to kontrolowany przez Skarb Państwa PKO BP udzielał finansowej kroplówki i kredytował przedsiębiorstwa, jednocześnie zwiększając swoje udziały rynkowe (choć analitycy przypominają, że za taką politykę zapłacił w postaci wyższych odpisów kredytowych w kolejnych latach).

Dominacja kapitału zagranicznego w bankach oznacza też, że dywidendy z zysków wypracowanych przez banki w Polsce wypływają z kraju i nie finansują gospodarki. Od 2000 r. łącznie banki wypłaciły inwestorom z tego tytułu 67 mld zł, z czego gros powędrowało do innych państw. Jednocześnie jednak większa część zysków, bo ponad 90 mld zł została w bankach, wzmacniając ich kapitały.

Z perturbacji, jakie wstrząsnęły finansowym światem kilka lat temu, wyciągane są różne wnioski. Z jednej strony to potwierdzenie odporności polskiego sektora bankowego, a z drugiej dowód na to, że kapitał ma narodowość.

Kapitał jednak ma narodowość

– Dominacja inwestorów zagranicznych w sektorze bankowym ma znaczenie i nie chodzi tu o samą narodowość, ale o to, gdzie znajduje się centrum decyzyjne. Dobitnie pokazała to sytuacja w trakcie kryzysu finansowego i wpływ rządów na decyzje central bankowych. Jeśli w efekcie tych sytuacji dochodzi do sprzedaży spółki córki, to jest to sytuacja do przyjęcia. Dużo gorzej, gdy kłopoty centrali powodują, że drastycznie ograniczana jest akcja kredytowa na wszystkich rynkach, na których grupa jest obecna, niezależnie od sytuacji w poszczególnych krajach. To są realne ryzyka, które się wówczas zmaterializowały – tłumaczy Witold Orłowski, główny ekonomista PwC w Polsce, rektor Akademii Finansów i Biznesu Vistula. Była to sytuacja skrajna, ale wystąpiła.

– Oczywiście to nie jest tak, że udział zagranicznych inwestorów w bankach jest szkodliwy dla gospodarki, jednak rodzi to ryzyko w sytuacjach kryzysowych – czyim interesem się będą kierować – dodaje prof. Orłowski.

Udomowienie banków na dobrych rynkowych warunkach pozwoli uniezależnić się od zewnętrznych problemów. Moment jest dobry, wyceny są relatywnie niskie, ale z drugiej strony ten biznes już nie przynosi kokosów.

Moment do przejęć w sektorze przez polskie instytucje jest dobry, bo wiele europejskich banków boryka się z problemami i będą skłonne do sprzedaży swoich aktywów. To jest okazja do zwiększania stanu posiadania przez polskie instytucje. Warunek jest jeden, powinny to być decyzje pragmatyczne i czysto biznesowe.

– Moim zdaniem nie ma powodu, by w sposób wymuszony zwiększać udział inwestorów krajowych w sektorze bankowym, który do tej pory działał bardzo dobrze, jest wysoko skapitalizowany, dobrze zarządzany, z dala od wpływów politycznych. Co ważne, nie dotknął go kryzys finansowy, który przetoczył się niemal przez wszystkie kraje europejskie – mówi Jacek Chwedoruk, dyrektor Rothschild Polska. – Oczywiście nie oznacza to, że polskie instytucje nie powinny brać udziału w transakcjach przejęć, ale niedobrze byłoby, gdyby w praktyce oznaczało to nacjonalizację sektora bankowego – zastrzega.

Nie wszyscy podzielają też przekonanie, że ocena stabilności i odporności sektora bankowego przez pryzmat udziału kapitału zagranicznego w akcjonariacie ma dziś duże znaczenie.

– Generalnie banki zagraniczne w dużo mniejszym stopniu niż 20 czy 30 lat temu są bankami narodowymi, a bardziej międzynarodowymi, bo mają akcjonariuszy z innych krajów. W efekcie rządy poszczególnych państw mają na nie coraz mniejszy wpływ. Poza tym, w wyniku działań podjętych po kryzysie, sektor bankowy jest dużo mocniej regulowany na poziomie międzynarodowym, m.in. poprzez wytyczne Komitetu Bazylejskiego. To dodatkowo powoduje, że wpływ polityków się zmniejsza – tłumaczy prof. Gomułka.

Ryzykowne udomowienie przez nacjonalizację

Nawet zdeklarowani zwolennicy wykorzystywania okazji do zwiększania krajowego kapitału w sektorze bankowym ostrzegają, że nie można tego robić na siłę. Kluczowe będzie to, jak te banki będą później zarządzane i czy w długim terminie przyniosą wzrost wartości.

Szczególna ostrożność jest zalecana przy transakcjach, w których pośrednio czy bezpośrednio bierze udział państwo.

– Jeśli pojawią się korzystne okazje, to warto je wykorzystać. Jednak gdy biorą w nich udział instytucje kontrolowane przez państwo, to często decyzje podejmowane są pod presją polityczną, bez racjonalnych przesłanek, a menedżerowie nie mają wówczas wystarczającej swobody w ocenie ryzyka, kalkulacji kosztów i korzyści z takiej transakcji. Dobitnym przykładem, jak to się może skończyć, było przejęcie Możejek przez kontrolowany przez państwo PKN Orlen – argumentuje Witold Orłowski. Transakcja zawarta w 2006 r. okazała się klapą i przez wiele lat przynosiła Orlenowi straty. Nie oznacza to, że kontrolowana przez państwo instytucja musi być mniej konkurencyjna. PKO BP pokazał, że jeśli politycy nie będą przeszkadzać zarządowi i pozwolą zrealizować dobrą strategię, to bank jest w stanie dobrze funkcjonować i wprowadzać innowacje. Przykładem jest krajowy system płatności mobilnych BLIK, który został oparty na autorskiej technologii PKO BP, a wprowadziły go niemal wszystkie największe banki detaliczne. Jednocześnie to droga do udomowienia systemu płatności, bo jest konkurencją dla międzynarodowych systemów kartowych.

– Repolonizacja ma sens, ale trzeba do niej podchodzić ostrożnie. Po pierwsze chodzi o to, żeby nie przepłacić i nie wydać takiej kwoty, jakiej w przyszłości nie będzie można odzyskać. Dziś nie kupujemy know-how w zarządzaniu czy technologii, bo już je mamy – mówi Sławomir Horbaczewski. Dodaje, że przy odkupieniu banku od zagranicznego inwestora w grę wchodzą ogromne kwoty – kilka, kilkanaście miliardów złotych, które wypływają za granicę. Przypomina też przykład nieudanej repolonizacji, kiedy to rząd wykupił BOŚ od szwedzkiego SEB, który wycofał się z Polski.

– Pieniądze za odkupienie BOŚ poszły za granicę, ale bank potem się nie rozwijał. Nie zwiększył udziałów rynkowych, nie był w stanie skutecznie konkurować na rynku – dodaje Horbaczewski. I podsuwa dość śmiałą koncepcję: może lepiej polonizować, doinwestowując banki krajowe, tak aby zwiększyły swoje udziały w rynku.

Udomowienie banków na dobrych rynkowych warunkach pozwoli uniezależnić się od zewnętrznych problemów. Moment jest dobry, wyceny są relatywnie niskie, ale z drugiej strony ten biznes już nie przynosi takich kokosów, jak jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu i czasy, kiedy zwrot z kapitału przekraczał 20%, już nie wrócą. Natomiast nowy podatek daje państwu dodatkowe dochody z tej branży. To oznacza, że okazji do kupna może być więcej, bo sprzedawać będą nie tylko te grupy, które borykają się z kłopotami na swoich rodzimych rynkach, ale również inwestorzy, którzy dojdą do wniosku, że bez zwiększenia skali działalności nie uda się utrzymać na rynku w obecnych warunkach.