Czyj plac?

Blogi / Wojciech Fułek

Wygląd i funkcjonalność centralnego, reprezentacyjnego dla sopockiego kurortu - Placu Przyjaciół Sopotu, sąsiadującego bezpośrednio z Domem Zdrojowym i nowoczesną zabudową tego miejsca, od samego początku funkcjonowania w dotychczasowej formule spotykały się z krytyką jego użytkowników – mieszkańców i turystów. „Betonowa pustynia”, „lotnisko”, „Plac nieprzyjaciół Sopotu” – to tylko kilka określeń, z którymi trzeba się było zmierzyć. A jest to przecież dla „letniej stolicy Polski” miejsce newralgiczne, mające bezpośredni wpływ na jego wizerunek.

Moim zdaniem, w tym konkretnym wypadku, niestety  akurat negatywny. Moim  zdaniem zabrakło bowiem w tej sprawie nie tylko spójnej, architektonicznej wizji, która harmonijnie połączyłaby historyczne dziedzictwo tego miejsca z otaczającą przyrodą i miastotwórczymi funkcjami. Przede wszystkim   zabrakło chęci wcześniejszej konsultacji nowego projektu zabudowy centrum Sopotu  z mieszkańcami, co powinno być wręcz obowiązkowe przy tak dużych inwestycjach, mocno ingerujących w miejską tkankę. Kiedy krytykowano wcześniej brak odpowiedniej do tego miejsca zieleni, można było w odpowiedzi usłyszeć  dość ironiczne zapewnienia ówczesnego wiceprezydenta o mobilnych trawnikach (?), które miały załatwić tę sprawę.   Nie powinno zatem nikogo dziwić, że duża część sopocian wręcz zatęskniła  za starą wizją tego placu, w którym było miejsce na trawniki, kwietne klomby, krzewy, wysokie drzewa, rzeźby czy  dominantę w postaci fontanny (jako wyrazistego miejsca spotkań)  i wytyczone trasy spacerowe.

Postawiono zatem poprawić to, to co wcześniej zostało  najpierw bezpowrotnie zniszczone. Tym samym prezydent przyznał się w ten zawoalowany sposób do klęski swojego autorskiego pomysłu na to ważne, centralne miejsce w Sopocie. Ten plac to przecież samo serce kurortu, z którym sopocianie dziś w zdecydowanej większości się nie utożsamiają i uważają za porażkę. Czy ktoś poniesie jakiekolwiek konsekwencje za wyrzucone w ten sposób w błoto pieniądze sopocian? Nie sądzę, bo oczywiście oficjalnie nikt nie poczuwa się do winy. Ot, taki anonimowy „wypadek przy pracy”. Naprawdę „anonimowy”?!

Przypominam też sobie  zapewnienia, że miasto zorganizuje otwarty konkurs na miejską fontannę w centralnej części tego placu. To kolejna niewykorzystana,  zmarnowana szansa na zapytanie sopocian, czego od takiego miejsca oczekują! Bo fontanna w końcu powstała, ale raczej nie zyskała wielkiej sympatii  mieszkańców. Może właśnie dlatego, że nikt ich wcześniej nie pytał o zdanie? Jak wynika z internetowej sondy portalu www.trójmiasto.pl, tylko ok. 11 % zapytanych akceptuje aktualny wygląd tego miejsca, przeciętnie ocenia je  42%, a „fatalnie, trzeba wymyślić nowy projekt jego zagospodarowania” – aż 47%!

Zdecydowanie więcej zieleni, przemyślane siedziska i ich odpowiednia lokalizacja, poprawa oświetlenia oraz unikalne elementy zagospodarowania nasuwające skojarzenia z historycznym dziedzictwem Sopotu – tak wyobrażają sobie najważniejsze  zmiany na Placu Przyjaciół Sopotu uczestnicy warsztatów,  które odbyły się pod koniec  ubiegłego roku.  Na projekt “Zieleń na Placu Przyjaciół Sopotu”, wybrany w ramach kolejnej edycji budżetu obywatelskiego postanowiono bowiem (awansem?) przeznaczyć aż 1 mln zł (czyli ¼ całego budżetu), mimo, że w momencie głosowania nikt za bardzo nawet nie wiedział, co się za tym projektem kryje. Ale „potrzeba matką wynalazków”, dlatego teraz, gdy przepytywani sopocianie niemal zgodnym chórem mówią o ewidentnych pomyłkach i wadach tego miejsca, jakoś już   nikt nie zarzuca im, że są  „wiecznymi  malkontentami”, którym nic się  nie podoba. A to w końcu do tej pory była stała odpowiedź miejskich władz na jakiekolwiek zarzuty i krytykę, zwłaszcza dotyczące nowej zabudowy.  A sopocianie  do największych wad nowego centralnego sopockiego placu   zaliczyli  m.in. brak jego  podziału  na funkcje, niewystarczające  oświetlenie,  brak barwnej zieleni, brak miejsca dla dzieci, poczucie “pustej” i “zimnej” przestrzeni oraz źle usytuowane  i mało funkcjonalne ławki. Nie brakowało też i takich głosów: „Placowi nic nie pomoże za wyjątkiem totalnego wyburzenia okolicznej zabudowy : nieprzystającej do reszty Sopotu, przeskalowanej, nadmiernie gigantycznej, przytłaczającej, izolującej skutecznie od morza. Wybrano kiedyś słaby projekt i tyle”.

Może nie potępiałbym  wszystkich rozwiązań, związanym z tym miejscem,  ale faktem jest, że sam plac i otaczająca go zabudowa nie zyskały społecznej aprobaty. Trudno się bowiem utożsamić z czymś co jest – najdelikatniej mówiąc – nijakie i nie przystające do historycznej zabudowy Sopotu. Nie jestem też zwolennikiem stawiania współczesnych  kopii zabytkowych  budynków, ale kurortowe dziedzictwo zobowiązuje przecież do nadzwyczajnej staranności o detale oraz wybierania nie tylko najlepszych rozwiązań architektonicznych, ale i najszlachetniejszych materiałów. A centralny plac Sopotu w dotychczasowej formie ewidentnie razi pewnym chaosem i brakiem charakteru.  Nowe rozwiązania raczej nie naprawią wszystkich tego typu błędów i niedoróbek, ale  może zieleń chociaż przykryje część z nich uspokajającym kolorem i cieniem?  Tylko dlaczego znów Polak musi być mądry dopiero  po szkodzie?

Wojciech Fułek