Europejskie banki – wyboista droga ku rentowności

BANK 2016/12

Europejskie banki – wyboista droga ku rentowności

Duże zyski to już przeszłość Niska rentowność europejskiego sektora bankowego to od wybuchu kryzysu finansowego nieodłączny element krajobrazu. Średnia stopa zwrotu z kapitału własnego unijnych banków oscyluje wokół 3%. Dla największych graczy liczby te wyglądają co prawda nieco lepiej, ich rentowność jest jednak i tak rażąco poniżej kosztu kapitału szacowanego na 10–12%. To także kilka punktów procentowych poniżej poziomów notowanych w USA.

Stacy Ligas

partner i szef działu audytu instytucji finansowych w KPMG w Polsce

Tam rekordziści sięgają kilkunastoprocentowych poziomów rentowności – z unijnej perspektywy stratosferycznych. Spora w tym zasługa odmienności modelu biznesowego amerykańskich banków w mniejszym stopniu uzależnionego od wyniku odsetkowego.

Tymczasem niska rentowność ma wymierne negatywne konsekwencje, stanowiąc zarówno odbicie, jak i źródło obecnej słabości środowiska gospodarczego. Przytępia ona skłonność banków do zasilania realnej gospodarki, co z kolei napędza dalszy spadek koniunktury (notabene obniżając zarazem wartość aktywów samych banków). Ograniczona jest też zdolność sektora bankowego w Europie do generowania wzrostu z wypracowanych zysków, a pozyskiwanie nowego kapitału i finansowania po racjonalnym koszcie staje się nie lada wyzwaniem. Jest to więc spirala, z której nie potrafimy się wyrwać już od kilku lat.

Z czego to wynika?

U źródła tej sytuacji stoi szereg czynników, zarówno uniwersalnych, jak i charakterystycznych dla poszczególnych państw czy banków. Należy do nich słaba koniunktura gospodarcza, uporczywie niski poziom marży odsetkowej netto oraz wysoki odsetek złych kredytów (wskaźnik NPL) i wskaźnik kosztów do dochodów.

Niskie marże odsetkowe netto można tłumaczyć relatywnym rozdrobnieniem unijnego sektora bankowego i wynikającą z niego dużą konkurencją. To jednak nie wyjaśnia wszystkiego. Mamy tutaj do czynienia z trzema dodatkowymi czynnikami: niskimi stopami procentowymi, działaniami banków centralnych oraz konkurencją spoza sektora.

Bliskie zera stopy procentowe wydatnie ograniczają potencjał do dalszych obniżek oprocentowania depozytów. Zarządzający europejskimi bankami nie ryzykują prób przerzucenia ujemnych stóp w banku centralnym na poziom oferowanych klientom lokat. Być może słusznie obawiają się oni, iż może to być nie do zaakceptowania dla posiadaczy depozytów i w efekcie może powodować „ucieczkę” środków do skarpety. Wydaje się też, że zasadniczo wyczerpany został potencjał europejskich banków do zastąpienia drogiego finansowania pozyskanego w najczarniejszych dniach kryzysu tańszymi odpowiednikami. Problematyczne może być już nawet utrzymanie obecnego oprocentowania udzielanych kredytów w sytuacji, gdy jest ono pochodną stopy procentowej wynikającej z polityki monetarnej banku centralnego, a jego poziom jest dodatkowo tłumiony w warunkach ostrej konkurencji.

Z drugiej strony odsetek zagrożonych kredytów wzrósł z niecałych 2% wartości portfela w 2007 r. do ponad 5% obecnie. Oznacza to, że w bilansach europejskich banków osiadła ogromna kwota 1,2 biliona euro zagrożonych należności. Uderza to w rentowność banków w wyniku niespłaconych odsetek, odpisów aktualizujących oraz strat na sprzedaży bądź restrukturyzacji portfeli kredytowych. W warunkach dekoniunktury pozbycie się tak znacznego toksycznego balastu może zająć wiele lat o ile nie kilka dekad.

imageW tym samym czasie średni udział kosztów w dochodzie europejskich banków ustabilizował się na dość wysokim poziomie 60%. Wiemy już, jak kiepsko wygląda sytuacja z marżami odsetkowymi, banki nie najlepiej radzą sobie również ze stymulowaniem dochodów z działalności prowizyjnej. Natomiast po stronie kosztowej mamy m.in. presję technologiczną wymagającą stałych inwestycji w utrzymanie systemów informatycznych oraz gotowość na stawienie czoła konkurencji ze strony branży fintech. Presja ta z pewnością może się jeszcze nasilić w nieodległej przyszłości. W dłuższym okresie innowacyjność technologiczna może jednak prowadzić do zbawiennej optymalizacji kosztów, choć dla wielu banków to raczej odległa perspektywa. Warto też wspomnieć o wpływie biznesowego modelu danego banku na poziom jego rentowności, zwłaszcza w obliczu znaczących różnic w wynikach poszczególnych kategorii działalności. Dla przykładu banki, które swą działalność oparły w większym stopniu na przychodach pozaodsetkowych mogły z większą swobodą operować w warunkach kryzysu. Niestety model działalności wielu instytucji finansowych został jednak „odziedziczony” po lepszych czasach i nie przystaje do nowej rzeczywistości.

Mamy więc niewiele powodów do optymizmu; brak też oczywistych źródeł inspiracji dla uzdrowienia sektora. Przeprowadzone przez firmę KPMG analizy wskazują, że doprowadzenie do jednoprocentowej poprawy rentowności wymagałoby wzrostu marży odsetkowej o 2,5%, podobnej skali obniżenia odsetek złych kredytów bądź redukcji udziału kosztów w dochodach o całe 25%. Tymczasem marże odsetkowe znajdują się obecnie pod rzadko spotykaną presją, a redukcja wskaźnika zagrożonych kredytów o 2,5% wymagałaby de facto zmniejszenia ich wartości o połowę. Jak dotąd nie słychać również o spektakularnych sukcesach europejskich banków na polu optymalizacji kosztowej.

Całości obrazu dopełniają działania regulatorów, którzy poprzez stale śrubowane wymogi kapitałowe i płynnościowe wymuszają utrzymanie przez banki mniej zyskownych, lecz lepszej jakości aktywów. A przecież na horyzoncie mamy już na przykład regulacje Bazylea 4, tzw. inflację aktywów ważonych ryzykiem czy wzrost wykorzystania instrumentów makroostrożnościowych. Podkreślmy – ceną za wzrost odporności sektora na wstrząsy zewnętrzne musi być istotne obciążenie kapitału regulacyjnego. Ponadto wiele instytucji finansowych ponosi znaczące koszty wynikające z kar nakładanych przez regulatora za dawne grzechy. Całkiem nieźle obrazuje to fakt, że w okresie od 2011 r. do 2015 r. kwoty takich roszczeń wraz z związanymi z nimi dodatkowymi kosztami odpowiadały 72% zysków pięciu największych brytyjskich banków.

Jak na tym tle prezentuje się rodzimy sektor bankowy?

Całkiem nieźle, choć boryka się on z podobnym, do przedstawionego powyżej, splotem okoliczności z dodatkiem naszej lokalnej specyfiki. W niedawnej przeszłości prezesi polskich banków mogli się nawet pochwalić rentownościami zbliżonymi do osiąganych przez ich amerykańskich kolegów. Ostatnio wyniki sektora odnotowały jednak spore tąpnięcie, zbliżając się do poziomu dojrzałych gospodarek unijnych. Po stronie przychodowej, pomijając konieczność funkcjonowania w środowisku niskich stóp procentowych (choć przyznajmy, nie tak bolesnych, jak chociażby w strefie euro), miało to niewątpliwie związek z kolejną obniżką opłat interchange od transakcji kartami płatniczymi oraz zaleceniami KNF w zakresie produktów bancassurance. Z kolei koszty sektora obciążyła konieczność odprowadzania wyższych składek na Bankowy Fundusz Gwarancyjny, znaczących jednorazowych dopłat do systemu gwarantowania depozytów oraz wprowadzonej od lutego 2016 r. dodatkowej daniny w formie podatku od niektórych instytucji finansowych, wymuszającej jednocześnie przetasowania w strukturze aktywów. Sen z powiek może też spędzać ryzyko systemowe związane z obecnym wciąż ryzykiem kursowym obciążającym kredytobiorców w walutach obcych. Tzw. ustawa spreadowa jest już procedowana w Sejmie – wydaje się, że jest to jedynie preludium do bardziej kompleksowego rozwiązania kwestii frankowiczów. Nie obejdzie się przy tym bez dalszej presji na rentowność banków, bez względu na to czy będzie to miało formę dobrowolnego przewalutowania poprzez odpowiednie skalibrowanie wymogów kapitałowych, jak proponuje szef NBP, czy też przymusowego rozwiązania. W związku z powyższym widoczny jest znaczny spadek, który nie jest w interesie gospodarki, a więc nas wszystkich.