Gospodarka i polityka: Euromapa A.D.2017

NZB 2017/01

Najbliższe miesiące upłyną pod znakiem istotnych wydarzeń politycznych w strefie euro, które zaznaczą swój wpływ na rynkach finansowych. Zwłaszcza że po pamiętnym roku 2016, kiedy to inwestorzy zostali kompletnie zaskoczeni brexitem, a później wyborem Donalda Trumpa na prezydenta USA, wrażliwość na tzw. ryzyko polityczne znacząco wzrosła.

Marek Rogalski

Dobrze jest dokładniej poznać szczegóły, gdyż każdy przypadek jest inny i nieraz może być nadinterpretowany przez rynki finansowe. A zatem po kolei.

15 marca – wybory do parlamentu w Holandii

Co pięć lat Holendrzy wybierają 150 przedstawicieli do tzw. Tweede Kamer, czyli drugiej izby parlamentu, gdyż tzw. Eerste Kamer, czyli senat wybierany jest oddzielnie przez deputowanych Provinciale Staten – odpowiednika sejmików wojewódzkich, a jego rola jest marginalna. Holenderski sejm jest jednak dosyć rozdrobniony, gdyż system wyborczy jest całkowicie proporcjonalny – nie istnieje zasada progu wyborczego, która odrzuca mało znaczące i egzotyczne ugrupowania. W efekcie jeszcze nigdy nie było sytuacji, że jakaś partia mogła rządzić samodzielnie. Tym samym nie jest żadnym zaskoczeniem konieczność budowy koalicji opartych na 4–5 ugrupowaniach. Obecnie rządzi liberalna VVD (Ludowa Partia na rzecz Wolności i Demokracji), która jest wspierana przez lewicową PVdA (Partia Pracy) oraz chrześcijańskich demokratów z CDA, co daje rządowi Marka Rutte komfortową większość. Warto dodać, że Holandia to monarchia parlamentarna, więc to parlament i rząd mają realną władzę, a premier posiada największą władzę polityczną. Ewentualny pat, jaki mógłby się pojawić po marcowych wyborach, tym samym nie byłby najlepszą informacją z punktu widzenia stabilności politycznej kraju. A takie ryzyko zawsze istnieje, gdyż ostatnie sondaże wskazują, że to eurosceptyczna Partia dla Wolności (PVV) Geerta Wildersa ma szanse stać się największym ugrupowaniem (w zależności od badań może zdobyć od 26 do 36 głosów). Warto będzie śledzić, czy sondaże nie są zaniżane i PVV ostatecznie nie zdobędzie ponad 40 głosów, czyli tyle, ile obecnie ma partia premiera Rutte. Im więcej dla eurosceptyków, tym gorzej, bo trudniej będzie zbudować silną koalicję rządową bez ich udziału, chociaż otwartą sprawą jest zaproszenie do rządu socjalistów (SP) i republikanów (D66).

Reasumując, Holandia to zbyt mały kraj, aby w ogóle mógł poważniej namieszać na rynkach finansowych (Belgowie swego czasu miesiącami nie mieli rządu), ale będzie traktowany jako swoisty barometr społecznych nastrojów w Europie przed wyborami we Francji, które odbędą się kilka tygodni później. Stąd też spore niedoszacowanie siły eurosceptycznej PVV może mieć znaczenie – i odwrotnie.

23 kwietnia – początek politycznego maratonu we Francji

Socjalista Francois Hollande to najgorzej oceniany przez własnych obywateli prezydent Francji w historii. Stąd też on sam nie ubiega się o reelekcję, a wszyscy oczekują zmian. Raczej jest mało prawdopodobne, aby schedę po nim objął kolega z własnej partii Benoit Hamon, chociaż mocniej szarżuje lewicowymi hasłami o konieczności wypłacania wszystkim Francuzom zdolnym do pracy po 750 euro miesięcznego uposażenia (akurat tą propozycją mocno wybiega w przyszłość, gdyż za 25–40 lat w erze wyraźnej automatyzacji pracy poprzez rozwój robotyki takie postulaty będą standardem politycznym), czy też zdeklarowany komunista i polityczny weteran Jean-Luc Melenchon. Według ostatnich sondaży przed pierwszą turą wyborów pierwszy z nich mógłby liczyć na 14-procentowe poparcie, a drugi na 11-procentowe. Stąd też inicjatywa Hamona dotycząca połączenia sił na lewicy, która jednak nie spotkała się ze zbytnim zrozumieniem. Ale to, że francuska lewica może za chwilę znaleźć się w poważnym kryzysie nie jest jakąś tajemnicą – elektorat lewicowy jest coraz wyraźniej przejmowany przez Front Narodowy, który adresuje swój polityczny przekaz do biedniejszej części społeczeństwa, niezadowolonej z obecnego gospodarczego status quo.

nzb.2017.k1.foto.038.b.200xAutor jest głównym analitykiem walutowym Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska S.A.
Artykuł zawiera jego prywatne opinie

W dobie krótkich przekazów i coraz częściej pojawiającej się tzw. postprawdy (zmanipulowanych informacji i faktów, które przekazywane między sobą dostatecznie długo, zaczynają uchodzić za prawdziwe), zwłaszcza w sieciach społecznościowych, hasła populistyczne przestają być uważane za nazbyt radykalne i zaczynają zdobywać coraz większe uznanie. I tego poważnie boją się teraz rynki finansowe – według sondaży Marine Le Pen jest liderem pierwszej tury z wynikiem bliskim 30-procentowym, a w drugim, kluczowym głosowaniu ma szanse na blisko 40-procentowe poparcie. Szanse Donalda Trumpa w USA wyglądały przez większość czasu podobnie, ale to on, a nie faworyzowana przez wszystkich Hillary Clinton, został prezydentem.

Na tym jednak podobieństwa się kończą, o czym inwestorzy zapominają lub nie chcą wiedzieć. Po pierwsze, o ile Front Narodowy nie jest ugrupowaniem nowym na francuskiej scenie politycznej, o tyle był przez lata marginalizowany przez wyborców i udało mu się uzyskać niechlubną łatkę „politycznych radykałów”. W obecnej kampanii wyborczej Marine Le Pen nawołuje do przeprowadzenia referendum w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej oraz strefy euro. Tu widzi winnych gospodarczych i społecznych problemów Francji, która jej zdaniem powinna odzyskać pełną niepodległość. Niemniej, czy taka recepta na budowę na powrót wielkiej Francji może spodobać się wyborcom centrum, bez których poparcia nikt jeszcze nie został prezydentem? Słabość Le Pen to tzw. szklany polityczny sufit poparcia, którego nie zbije, zapowiadając chociażby szerokie inwestycje infrastrukturalne za puste, drukowane przez Bank Francji „nowe franki”.

Dla większości obywateli hasła Le Pen to polityczna i gospodarcza utopia. Faktycznie, na problemie uchodźców można zbić pewien gospodarczy kapitał, ale to za mało. Pamiętajmy, że Trump nie obiecywał Amerykanom radykalnej rewolucji, był też oficjalnym kandydatem konserwatywnej Partii Republikańskiej. Rynki finansowe powyższe założenia dobrze znają, a jednak temat wyborów budzi duże emocje. Dlaczego? Bo znany jest casus Clinton–Trump, a zwłaszcza politycznych słabości byłej sekretarz stanu, które ostatecznie ją pogrążyły (spory elektorat negatywny oraz wątpliwości związane z fundacją prowadzoną wspólnie z mężem i córką). We Francji kandydat republikanów Francois Fillon jest politycznie spalony przez zamieszanie wokół fikcyjnego zatrudnienia własnej żony, a Emmanuel Macron wydaje się być mało doświadczony politycznie i nieco chwiejny w poglądach – sam siebie nazywa liberałem, chociaż wcześniej przez pewien czas był ministrem za prezydentury Hollande’a. Na to nakłada się tzw. ryzyko cyberataków, czyli prób wpłynięcia na wynik wyborów poprzez szereg działań dezinformacyjnych, o co powszechnie oskarża się rosyjskie służby. Nie można też wykluczyć ryzyka związanego z prowokacją w postaci zaostrzenia relacji z imigrantami, aby na powrót ten „cichy problem” Francji powrócił na czołówki mediów.

Reasumując, ważne daty dla Francji to 23 kwietnia (I tura wyborów prezydenckich), 7 maja (II tura), oraz 11 i 18 czerwca, kiedy to w dwóch turach odbędą się wybory do Zgromadzenia Narodowego, czyli niższej izby parlamentu. Ordynacja jest oparta na jednomandatowych okręgach wyborczych, a system jest większościowy – kandydat w I turze musi zdobyć minimum 25% poparcia, a jeżeli tu mu się nie uda, to do II tury przechodzą ci, którzy zyskali minimum 12,5%. ważnych głosów i tu już wymagana jest większość względna. Ten system eliminuje jednak z gry kandydatów słabych merytorycznie oraz tych o skrajnych poglądach, co sprawia, że Front Narodowy jeszcze długo nie wypracuje znaczącej pozycji. W efekcie, nawet gdyby prezydentem została Marine Le Pen, to Zgromadzenie Narodowe może blokować większość jej kontrowersyjnych pomysłów.

24 września – wybory do niemieckiego Bundestagu

Obywatele wybiorą w systemie większościowym i proporcjonalnym – co najmniej 598 członków izby niższej parlamentu Niemiec (bo możliwe są tzw. mandaty nadwyżkowe). Ordynacja jest tak skonstruowana, że wyborca oddaje dwa głosy – pierwszy na jednego z konkretnych kandydatów z listy (okręgi jednomandatowe), a drugi na tzw. partyjną listę. O ile w pierwszym przypadku nie ma tzw. klauzuli zaporowej 5%, o tyle przy listach partyjnych jest ona stosowana. To, podobnie jak we Francji, ogranicza możliwość wejścia do parlamentu ugrupowań bardziej skrajnych, chociaż eurosceptyczna AfD już od pewnego czasu plasuje się wyraźnie ponad progiem 5-procentowym. Niemniej ostatnie sondaże pokazują, że walka będzie toczyć się pomiędzy największymi, tj. chrześcijańską CDU/CSU oraz socjaldemokratami z SPD. Co ciekawe oba główne bloki cały czas ze sobą konkurują, chociaż od 2005 r. są związane w ramach tzw. wielkiej koalicji, czyli SPD ma swoich ministrów w rządzie, chociaż kanclerzem jest lider CDU/CSU, czyli Angela Merkel.

Szanse na czwartą kadencję pani kanclerz są jednak coraz mniejsze. Zmiana szefostwa w SPD (na początku roku liderem został słynący z bardziej ciętego języka, były szef Parlamentu Europejskiego – Martin Schulz) sprawiła, że SPD stanowi obecnie duże zagrożenie dla CDU/CSU w sondażach, a jej pozycja jest na tyle silna, że może pokusić się o budowę rządowej koalicji z pominięciem chadeków, czyli SPD–Die Linke (postkomuniści z byłego NRD)–Zieloni. Z kolei alternatywą dla CDU/CSU są jedynie liberałowie z FDP, których pozycja jednak jest dość słaba. Główne ugrupowania zamierzają marginalizować eurosceptyków z AfD, którzy będą trzecią siłą z parlamencie, chociaż w ostatnich badaniach stracili w sondażach na rzecz SPD, spadając do 10–11%.

Reasumując, historyczna zmiana w Niemczech na stanowisku kanclerza jest coraz bardziej realna. System, w którym prezydent nie odgrywa większej roli politycznej sprawia, że taka osoba staje się najważniejszą osobą w Niemczech, ale i też Unii Europejskiej, nadając kierunek jej dalszemu rozwojowi (Niemcy i Francja to główni gracze). Niemniej Martin Schulz to nie człowiek z kapelusza, a ewentualna koalicja z pominięciem CDU–CSU (pytanie, na ile ostatecznie zdecyduje się on na zerwanie politycznego porozumienia z chadekami) nie będzie miała jednak „radykalnych cech”, chociaż zauważalne będzie przesunięcie ciężaru polityki na niemieckie, a nie europejskie interesy. Te mogą jednak zostać podporządkowane budowie tzw. jądra UE w odpowiedzi na bilateralną politykę zagraniczną i gospodarczą USA, która będzie preferować silnego przeciwnika. Kluczowe dla Schulza będzie to, czy we Francji prezydentem zostanie Emmanuel Macron.

Czy jest się czego bać?

Ryzyko nadinterpretacji politycznych ryzyk dla Europy wydaje się nazbyt duże, tymczasem żadnej rewolucji, czy też działań mogących zwiększyć ryzyko dezintegracji Unii Europejskiej, bądź strefy euro, nie należy się spodziewać. Perspektywa ewentualnych prób zacieśniania współpracy w ramach tzw. jądra UE, czy też rosnące oczekiwania dotyczące możliwego wychodzenia Europejskiego Banku Centralnego z ultra luźnej polityki monetarnej w latach 2018–2019, mogą sprawić, że europejska waluta oraz giełdy dostaną dodatkowe wiatry w żagle. Niemniej taki scenariusz może osłabić pozycję tzw. peryferiów Unii Europejskiej, w tym krajów naszego regionu, zwłaszcza że rośnie ryzyko zmiany tzw. globalnego układu sił za sprawą zmian w sposobie prowadzenia polityki zagranicznej przez USA, a rozwijanie niemieckiej strefy wpływów nie będzie mile widziane przez rządy chcące prowadzić bardziej „narodową” politykę.