Opinie: Yes, we can?

BANK 2016/12

Opinie: Yes, we can?

Pamiętają Państwo to sztandarowe hasło z kampanii Baracka Obamy sprzed 8 lat? Kandydat Partii Demokratycznej podbił tym serca Amerykanów, obiecując przewietrzenie waszyngtońskich salonów i nowe rozdanie po dość niepopularnej w swojej końcówce prezydenturze G.W. Busha juniora, który był obwiniany o nieudolne działania na Bliskim Wschodzie, a także potężny kryzys finansowy.

Marek Rogalski

Minęło 8 lat, Stany Zjednoczone wyszły z kryzysu, chociaż nie było to łatwe (po raz pierwszy zastosowano niestandardowe podejście w gospodarce oraz polityce monetarnej), a FED stoi w przededniu rozpoczęcia nowego, wyraźnego cyklu podwyżek stóp procentowych – chociaż teoretycznie pierwszy ruch został wykonany już w grudniu 2015 r.

Mimo to demokraci przegrali. Po raz pierwszy już w 2010 r., kiedy to zaczęli stopniowo tracić Kongres – najpierw Izbę Reprezentantów, a cztery lata później także Senat. Prezydentowi Obamie udało się wywalczyć reelekcję, ale głównie dlatego, że był dość popularny. Krytyczne oceny działań demokratów dały jednak o sobie znać w ostatnim, listopadowym rozdaniu. Hasło „silniejsi razem” Hillary Clinton, przegrało z „powrotem wielkiej Ameryki” Donalda Trumpa, a republikanie zdołali utrzymać cały Kongres. Naród wystawił krytyczną notę politykom, chociaż ekonomiści zdają się być zgodni co do tego, że gospodarka wyszła z dołka i wchodzi na ścieżkę przyspieszonego wzrostu. Problem jednak w tym, że aby odczuli to przeciętni obywatele musi minąć trochę czasu – najczęściej jest tak, że zadowolenie jest duże, kiedy gospodarka osiąga szczyt swojej możliwości, a ekonomiści zaczynają wskazywać na ryzyko jej przegrzania. Przed pamiętnym kryzysem w 2008 r. zadowoleni byli nawet najmniej zamożni Amerykanie, którzy nagle dostali możliwość zakupu własnego lokum. Nie da się jednak dogodzić wszystkim…

Donald Trump, który 20 stycznia przyszłego roku zostanie 45. prezydentem USA, wygrał, gdyż potrafił dać Amerykanom nadzieję – co ciekawe, głosowali na niego raczej starsi wyborcy, którzy pamiętali jeszcze silną Amerykę Ronalda Reagana. Wywiązanie się z obietnic nie będzie jednak łatwe, gdyż mogą być one tak naprawdę ze sobą sprzeczne – to dlatego pod programem Trumpa nie podpisał się żaden sławny ekonomista. Niemniej jego prezydentura ma szanse rozpocząć się od mocnego wejścia, co pokazała reakcja rynków finansowych. Trump, jak każdy republikanin, chce niższych podatków i deregulacji gospodarki – nie byłoby w tym nic złego. W swoich obietnicach w kampanii poszedł jednak dalej, dokładając do tego szerokie programy wydatków na infrastrukturę – innymi słowy gospodarka dostanie mocny bodziec fiskalny. Po części prezydent Trump może zrobić to, na co po cichu czekało ostatnio wielu decydentów w bankach centralnych – zainicjować globalny impuls inflacyjny, stąd do ekonomicznego słownika weszły już słowa „trumpflacja”, czy też „trumponomika”. Nie ma jednak niczego za darmo – działania Trumpa mogą sprawić, że powrócą obawy przed nadmiernym deficytem, który był domeną końcówki kadencji wspomnianego już G.W. Busha.

imageWiększe obawy budzą jednak jego pomysły dotyczące wyraźnego wzrostu protekcjonizmu – w domyśle chroniony ma być „amerykański interes”, i to wszędzie – zarówno w gospodarce, jak i w polityce zagranicznej, co niekoniecznie może być korzystne. Wojna handlowa z Chinami może doprowadzić do poważnego kryzysu w Azji, co siłą rzeczy odbije się na globalnych rynkach akcji i wpłynie na zamożność Amerykanów – także, a zwłaszcza tych z klasy średniej, którzy zyskali na ostatniej hossie napędzanej tanim pieniądzem z banków centralnych. Z kolei próba przeliczania korzyści płynących z dyplomacji na dolary – ryzyko, że USA nie będą angażować się tam, gdzie im się to biznesowo nie opłaca – może doprowadzić do wzrostu globalnego ryzyka geopolitycznego. Innymi słowy – to co teoretycznie dobre dla USA (w początkowej fazie), to złe dla reszty świata (od początku). Oczywiście teoretycznie, bo polityka rządzi się swoimi prawami, które dotyczą m.in. tego, co obiecuje się w kampanii wyborczej, a co faktycznie się realizuje. Jeżeli Trump chce wygrać drugą kadencję, a także zapisać się na kartach historii jako ten, który rzeczywiście wzmocnił gospodarczą, ale i polityczną pozycję Ameryki z uwzględnieniem potrzeb jej obywateli, to musi dokonać dokładnego przeglądu swoich zapowiedzi z kampanii wyborczej. Kluczowy będzie dobór właściwych ludzi – o tym, że ławka kandydatów wcale nie musi być krótka, mogą świadczyć rozmowy prowadzone z jego zagorzałym przeciwnikiem w Partii Republikańskiej, Mittem Romneyem dotyczące objęcia teki szefa departamentu stanu. Trump zaczyna grać szeroko, czego dowodem jest też zapowiedź pozostawienia (na razie?) sztandarowego projektu administracji Obamy, czyli projektu ubezpieczeń zdrowotnych. Prezydent Trump będzie musiał liczyć się też z opiniami w Partii Republikańskiej, która w kampanii prezydenckiej nie stała za nim murem. Kluczowe jest to, aby potrafił umiejętnie wykorzystać fakt, że republikański Kongres może znacząco ułatwić realizację kluczowych celów – gra na rozbicie partii nie miałaby zatem żadnego większego sensu – także z punktu widzenia kolejnych wyborów do Kongresu w 2018 r.

Czy zatem „uda się uczynić Amerykę ponownie wielką”? Trudno powiedzieć, ale na razie slogan „tak, możemy” dobrze tu pasuje. Dajmy kredyt zaufania, czas na refleksje będzie dopiero za dwa lata.


Autor jest głównym analitykiem walutowym w Domu Maklerskim Banku Ochrony Środowiska.
Tekst wyraża jego prywatne opinie.