Partie żądają pieniędzy od polityków… we Włoszech

Nie tylko finanse

Moneta euro z flagą Włoch

Marek Lehnert, polski dziennikarz w Rzymie o rozliczeniach finansowych we włoskim świecie polityki

Marek Lehnert, Rzym: Parlamentarzyści demokratów zobowiązali się po wyborze wpłacać na konto partii półtora tysiąca euro miesięcznie (przy zarobkach miesięcznych przekraczających dziesięć tysięcy).

We Włoszech wraz z 2017 rokiem zakończyła się siedemnasta kadencja parlamentu, tym razem przepisowo po pięciu latach, po czym ustalono, że 4 marca wybrany zostanie nowy. Nie rozpoczęła się jeszcze kampania wyborcza, a prezydent Sergio Mattarella w sylwestrowym orędziu do rodaków ograniczył się do życzenia, aby wysuwane podczas niej propozycje były „realistyczne i konkretne”. Partie zresztą jak na razie skupione są na sobie. Mówią o pieniądzach, ale wyłącznie z własnego punktu widzenia. Rządząca partia demokratyczna wciąż czeka na to, aby wybrany z jej listy w 2013 ustępujący przewodniczący Senatu Pietro Grasso, który w marcu wystartuje jako lider konkurencyjnej lewicowej partii „Wolni i równi”, zwrócił jej 83 tysiące 250 euro: parlamentarzyści demokratów zobowiązali się po wyborze wpłacać na konto partii półtora tysiąca euro miesięcznie (przy zarobkach miesięcznych przekraczających dziesięć tysięcy).

30 tysięcy euro za miejsce na liście wyborczej

Mówi się więc o pieniądzach zaległych, ale także o nowych, jakie powinny wpłynąć od kandydatów. Forza Italia byłego premiera Silvio Berlusconiego za miejsce na swojej liście zupełnie jawnie żąda od 30 do 40 tysięcy euro, mniej wymagająca jest jest Liga (która wykreśliła ze swej nazwy przymiotnik „Północna” i nie jest już również „separatystyczna”), która zadowoli się dwudziestoma tysiącami od kandydata. W prawicowej partii Fratelli d’Italia (od pierwszych słów włoskiego hymnu: bracia Włosi) cena wywoławcza miejsca na liście kandydatów wynosi tylko pięć tysięcy euro.

Dalej w przyszłość, bo już poza wybory, wybiega kierownictwo Ruchu 5 Gwiazd komika Beppe Grillo, gdyż od każdego kandydata, który wystąpi pod jego symbolem żąda zobowiązania, że w razie zmiany klubu w parlamencie lub złamania dyscypliny partyjnej podczas głosowania, zapłaci karę w wysokości stu tysięcy euro. Żądanie to jest antykonstytucyjne, ponieważ ustawa zasadnicza wyraźnie mówi, że parlamentarzysta w Izbie Deputowanych czy Senacie nie reprezentuje już swojej partii, lecz cały naród, ale nie znalazł się jeszcze sędzia, który podniósłby tę sprawę, budząc ruch polityczny byłego komika ze snu o dużych pieniądzach.