W pracy jestem…

Andrzej Lazarowicz / Blogi

Każdemu z nas zdarzają się takie dni, a przynajmniej chwile, że powtarza znane powiedzonko – Boże spraw, aby mi się tak chciało, jak mi się nie chce. Są wszakże i tacy, którzy idą jeszcze dalej i mruczą pod nosem – Boże spraw, aby to innym się tak zachciało, jak mi się nie chce.

I zrzucają na nich robotę, którą sami winni wykonać. A wszystko to rzecz jasna robią po cichu, by przełożeni byli przekonani, że to, co powstało, to ich, a nie współpracowników, zasługa. Znacie to z doświadczenia? Głupie pytanie – nie znam nikogo, kto by się z tym nie zetknął. „Szlachetny człowiek wymaga od siebie – prostak od innych” – stwierdził onegdaj Nikos Kazandzakis, grecki powieściopisarz, poeta, dramaturg, tłumacz i myśliciel. I miał rację, w każdej firmie znajdzie się ktoś, kto na pytanie „co robisz w pracy?’, odpowie „nic; w pracy jestem”.

Czasami nawet zastanawiam się, czy ci, którzy jednak w pracy coś robią, dokonali tak naprawdę dobrego wyboru. A może raczej – czy zastanowili się nad tym, co czynią. Bo, jak stwierdził Jonathan Carroll – amerykański pisarz fantasy, mieszkający na stałe w Austrii – pracę należy wybierać dużo ostrożniej niż się przypuszcza, ponieważ spędza się w niej większość czasu. I cóż, kochani, byliście wystarczająco ostrożni?

A dla tych, którzy nie zrozumieli jeszcze, że czasami warto samemu popracować, przypominam, co powiedział Lesław Nowara – polski poeta, aforysta i prawnik – nie da się wszystkiego zwalać na innych. Nie udźwigną.

Andrzej Lazarowicz