Wywiad numeru: Drogą do każdego sukcesu jest samodoskonalenie

NZB 2016/01

Wywiad numeru: Drogą do każdego sukcesu jest samodoskonalenie

Z Rafałem Sonikiem, triumfatorem ubiegłorocznego Rajdu Dakar, czterokrotnym zdobywcą Pucharu Świata FIM, prezesem zarządu Gemini Holdings, rozmawiał Karol Jerzy Mórawski.

Podczas Kongresu Obywatelskiego powiedział pan: zwycięstwo w Rajdzie Dakar to jest też zwycięstwo całego zespołu. Siłą rzeczy pojawia się analogia pomiędzy budową teamu sportowego a organizacją firmy. Jakie są podobieństwa, ale i różnice między tymi dwoma przypadkami?

– Budowanie teamu dakarowego jest dokładnie takim samym zadaniem jak budowanie firmy działającej na niezwykle konkurencyjnym rynku. Jeżeli pan sobie wyobrazi konkurencję w sporcie, w szczególności na poziomie mistrzostw świata czy olimpiady – wygląda to tak, jakby dziś chcieć zbudować od podstaw firmę, która będzie produkować buty sportowe albo oprogramowanie komputerowe. Można to sobie oczywiście wyobrazić – takie firmy powstają, dają sobie radę. Ale warunkiem niezbędnym jest absolutna determinacja. Poza wiedzą, talentem, umiejętnościami konieczna jest determinacja tych, którzy ją tworzą. Podam przykład: polski rynek napojów energetycznych i izotonicznych kilka lat temu wydawał się już całkowicie rozdysponowany. Rządziły na nim takie firmy, jak Red Bull, Maspex, FoodCare z Tigerem – i wiele, wiele innych. Mniej więcej w tym okresie powstała firma Oshee. Ludzie, którzy ją tworzyli – trzech, czterech zapaleńców – nie dysponowali jakimiś szczególnymi środkami, ale mieli trochę wiedzy i mnóstwo determinacji. Dziś ta firma przebija się przez pułap 100 mln zł obrotu i jest stabilnie funkcjonującym podmiotem gospodarczym, który wydzielił sobie całkiem przyzwoity udział w rynku i kawałek po kawałku wycina go nadal. Jakiś czas temu rozmawiałem z innym przedsiębiorcą – jednym z młodych ludzi, którzy kilka lat temu zaczęli biznes na bardzo konkurencyjnym rynku; dziś ich firma zatrudnia 30 osób, ma stały całkiem przyzwoity zysk, a jej zmartwieniem jest wyłącznie to, skąd wziąć kapitał na kolejny etap rozwoju. Jeszcze inny przykład: mój przyjaciel z Dubaju, Nowozelandczyk, po wielu latach pracy na wysokich stanowiskach w międzynarodowych firmach działających na terenie Półwyspu Arabskiego postanowił założyć własną firmę zajmującą się high-endowym cateringiem dla General Aviation, czyli prywatnych samolotów, które startują i lądują w Dubaju i Abu Dhabi – czyli lotniskach w Emiratach Arabskich. Dziś, w drugim roku działalności, firma przekracza próg rentowności i zaczyna być dochodowym przedsięwzięciem. Team dakarowy jest właśnie taką firmą na bardzo konkurencyjnym rynku. Jeżeli jest zorganizowany – począwszy od zawodnika poprzez wszystkich ludzi w drużynie – tak jak dobry start-up na konkurencyjnym rynku, jest duża szansa, że da sobie radę. Choć oczywiście przypadki sukcesu – jak to na rozparcelowanym rynku bywa – są bardzo nieliczne.

Czy również sama walka konkurencyjna na trasie rajdowej i w działalności biznesowej mają jakieś punkty wspólne?

– Jak najbardziej. Walka w Dakarze w tej chwili to nie jest walka na umiejętności; czołówka 20-30 zawodników ma niemal identyczne umiejętności jazdy. Odbywa się w trzech sąsiadujących obszarach: po pierwsze – przygotowanie sprzętu. Tu, w dziedzinie awaryjności pojazdów, liczą się absolutne drobiazgi; 1/4 obrotu jednej z setek śrub może zadecydować o wyniku. Drugim kryterium jest sprawność działania i świadomość teamu. Jest wreszcie kwestia najistotniejsza: główna konkurencja toczy się w głowach zawodników. W przypadku wielu sportów decydująca jest siła mięśni czy wytrzymałość fizyczna, w przypadku rajdowców siła mięśni czy wytrzymałość ścisłej czołówki 25-30 zawodników jest identyczna lub prawie identyczna. Ale potencjał umysłowy jest różny – i bynajmniej nie chodzi o IQ, tylko o wytrzymałość na presję, na przeróżne warunki, którym jesteśmy poddani. Jeżeli mam się obawiać najbliższego Dakaru i mojego umysłu w tym kontekście, to nie obawiam się ani ilości godzin spędzonych dziennie na trasie, ani prędkości, upału czy zimna – a tylko i wyłącznie ciśnień. Wiem, że w bardzo niskich ciśnieniach, na bardzo dużych wysokościach mózg nie pracuje sprawnie – pomimo że ciało jest wytrenowane, mózg może odmówić posłuszeństwa. Dokładnie tego samego możemy się obawiać w przypadku przedsięwzięć biznesowych; że w określonych sytuacjach okoliczności lub emocje wezmą górę, zdominują chłodne rozumowanie, chłodną kalkulację i trzeźwość umysłu.

Jest pan przykładem osoby, która odniosła spektakularny sukces biznesowy u progu kapitalizmu. Dziś często spotykamy się z narzekaniem, chociażby na natłok regulacji, a z drugiej strony współczesny przedsiębiorca pod wieloma względami ma o wiele łatwiej. Jak powtórzyć tak spektakularny sukces?

– Drogą do każdego sukcesu jest samodoskonalenie. Na pytanie, które już kilka razy słyszałem – a spodziewam się, że będę go słyszał w ciągu najbliższych kilku tygodni wielokrotnie – co można zrobić po tym, jak się zwyciężyło w Dakarze, odpowiem uczciwie, z ręką na sercu: poprawić wynik. Historia ostatnich dwóch lat jest taka, że dwa lata temu byłem drugi – przegrywając o półtorej godziny – ale suma moich błędów podczas całego rajdu wyniosła 3,5 godziny. Nie przegrałem ze swoim przeciwnikiem, tylko ze swoimi niedoskonałościami. Rok temu, zwyciężając, poprawiłem wynik o dwie godziny, byłem o półtorej godziny za czasem idealnym i wygrałem o trzy godziny z drugim zawodnikiem rajdu. Nie jadę na Dakar, żeby go zwyciężyć, jadę, żeby poprawić swój wynik. Żeby suma błędów w ciągu tego rajdu była nie dłuższa niż godzinę. Mój wynik w tabeli oceniać będę nie po tym, czy przyjadę drugi, trzeci, pierwszy czy którykolwiek – tylko po tym, czy udało mi się przezwyciężyć wiele moich niedoskonałości, czyli poprawić stratę do czasu idealnego o pół godziny, czy też nie. Jeśli suma błędów będzie mniejsza niż godzina, a nie wygram formalnie tego rajdu – będę szczęśliwy. Jeżeli suma błędów będzie wyższa niż godzina – a wygram ten rajd, będę niezadowolony. Będę szczęśliwy w sensie wyników, szczęśliwy ze zdobycia drugiego Beduina, ale moja własna konkurencja z sobą samym będzie przegrana.

Podobnie trzeba patrzeć na sukcesy i porażki doznawane w działalności gospodarczej. Dla przykładu: czy firma 4F odniosła sukces, czy raczej jest maruderem w lidze ubiorów sportowych? W kategoriach europejskich – a tym bardziej światowych – firma 4F nie istnieje. Przed nią są przedsiębiorstwa tak mało znane, jak Lotto czy Underarmour; firm, które przewyższają obrotami 4F jest w świecie, jak przypuszczam, kilkadziesiąt, a może i kilkaset. Ale czy na bardzo konkurencyjnym rynku firma, która po kilku latach istnienia osiąga stabilny wynik na poziomie ponad pół miliarda złotych obrotu, zatrudnia kilkaset osób, to firma sukcesu czy raczej drugiej lub trzeciej ligi? Oczywiście, że sukcesu. Do tego, żeby ocenić sukces, trzeba przede wszystkim rozumieć punkt startu i okoliczności.

nzb.2016..p1.foto.014.a.400xPolacy często bywają określani narodem przedsiębiorczym i kreatywnym. Czy zgadza się pan z tą, jakże optymistyczną, opinią o zdolnościach biznesowych naszych rodaków?

– Proszę sobie zadać fundamentalne pytanie: z czego bierze się nasz rozwój? Gdzie jest wspólny mianownik rozwoju Polski? Powiem więcej – gdzie jest wspólny mianownik zmiany świata, jaką było obalenie komunizmu i gdzie jest wspólny mianownik zmian, które zaszły przez te lata w Polsce? Jestem przekonany, że jak się głęboko nad tym zastanowimy, to nie będzie cienia wątpliwości. Polska przedsiębiorczość – konkretnie: przedsiębiorczość Polaka, kimkolwiek on by nie był – jest jedynym motorem zmian w Polsce. Przedsiębiorczość rozumiana zarówno w sensie tego, który ma firmę, tego, który w tej firmie pracuje, a chciałby awansować, jak również przedsiębiorczość tego, kto nie jest ani właścicielem firmy, ani jej pracownikiem, który chce awansować, ale odnajduje swoją rolę w rzeczywistości na przykład w polityce. On też jest na swój sposób zaradny. Również on, chcąc być wójtem, burmistrzem, marszałkiem województwa czy ministrem jest na swój sposób przedsiębiorczy. Jeżeli się zastanowimy głęboko, dojdzie pan z całą pewnością do konkluzji, że gen przedsiębiorczości Polaka – ów niezwykły gen wyjścia, który nam każe wychodzić z wygodnego życiowego schematu – doprowadził nie tylko do obalenia komunizmu, ale również – o czym często zapominamy – do tego, że jesteśmy jedynym krajem, który w naszym regionie nie zaznał recesji i w zasadzie nie wie dobrze, co to jest. Trudno tu wskazać jakikolwiek zewnętrzny powód, który sprawił, że akurat nasz kraj stał się liderem. Oczywiście nie zapominajmy o tym, że w reformie Balcerowicza olbrzymią role odegrał profesor Jeffrey Sachs, transformacja gospodarcza to nie był tylko i wyłącznie nasz know-how. Ale zadajmy pytanie: czy gdyby nie było Balcerowicza, Tadeusza Mazowieckiego, czy nawet najgłębsza wiedza i wieloletnie doświadczenie profesora ekonomii – wszystko jedno, czy pochodziłby on ze Stanów Zjednoczonych czy skądkolwiek – byłaby skutecznie zaimplementowana? Odpowiedź jest prosta: nie. A dlaczego? Bo nie byłoby władzy politycznej, żeby to zrobić. Gen niepokory, mówię teraz o Wałęsie i Solidarności, oraz gen dzielności – te geny dały nam nie tylko wolność, ale również prosperity gospodarcze. Oczywiście, podobnie jak na kondycję firm, tak i na sukces Polski musimy patrzeć na tle realiów tego świata – wiele osób rzecz jasna powie, że powinno być dużo lepiej. Tylko na czym opierają oni swą ocenę sytuacji? Żadnych konkretów. A konkret jest jeden: w jakim kraju w ciągu ostatnich 30 lat było lepsze tempo rozwoju niż w Polsce – biorąc pod uwagę, że ten kraj nie był w punkcie wyjścia ubogim bratem bardzo bogatego rodzeństwa, jak to miało miejsce w przypadku RFN. Zresztą nawet Niemcy jako całość nie przeszli transformacji wschodniej części tak całkiem bezboleśnie. RFN znalazł się na skraju zapaści gospodarczej tylko raz w swej historii – wtedy, kiedy najintensywniej wspierał gospodarczo wschodnie landy.

Niestety – i to jest dramatem naszego narodu – kreatywność Polaka objawia się nie tylko konstruktywnie. W narzekaniu, utyskiwaniu, szukaniu winnych tego, że się nie udało – mimo że wszystko zmierza w najlepszym kierunku – jesteśmy niezrównani. Mamy taką konstrukcję, że jak chcą nam pod nosem zbudować autostradę, to protestujemy ze wszystkich sił. Mobilizujemy sąsiadów, rodzinę, protestujemy, bo chcą nam zbudować autostradę. Tylko że jak ktoś potem przeprojektuje tę autostradę i będzie ona przebiegała 100 km od nas – to protestujemy tak sam mocno i strasznie się dziwimy, że nie jest bliżej nas. Dziś naszym największym i najprostszym problemem jest to, jak młodym ludziom pokazać, że wolność ma wartość. Wolność nie jest za darmo. Że dowód osobisty polski jest obiektem marzeń milionów ludzi na całym świecie. I że myśmy dokonali, raptem w ciągu dwudziestu paru lat, tego, na co w innych krajach potrzeba kilku pokoleń. Oczywiście, wciąż będą osoby, które nie są w pełni beneficjentami tej sytuacji, ale przecież żaden sukces nie jest stuprocentowy.

Skoro mówimy o wychowaniu młodego pokolenia, to chciałbym odwołać się do zaangażowania pana w pracę z młodzieżą. Dziś CSR stał się pewnego rodzaju modą, tymczasem pan pokazuje, że jest to tak naprawdę powinność człowieka sukcesu, biznesu, menedżera.

– Wszyscy chcielibyśmy, żeby w Polsce było tak czysto jak w Szwajcarii, tak słonecznie jak we Włoszech, tak pięknie jak w niektórych regionach Francji, żeby była taka wolność jak w USA – jeżeli się zastanowimy, co nas od tego różni, to wspólnym mianownikiem jest rzecz najprostsza na świecie: świadomość. W jaki sposób budować świadomość? Od dziecka. Dając dzieciom poczucie tego, że ktoś im ofiarowuje najbardziej oczywistą rzecz na świecie: uwagę i wiedzę. Dzieciaki są najwdzięczniejszym obiektem edukacji – pod warunkiem, że nie robi się tego w sposób nachalny, tylko bardziej stonowany, adekwatny do ich woli i percepcji. Dzieci z Siemachy to najlepszy przykład, że nawet z potencjalnego marudera można zrobić lidera, tylko trzeba wcześniej i umiejętnie zacząć. Mówi się na wzór francuski: noblesse oblige. Owo „noblesse” trzeba oczywiście dostosować do warunków polskich, bo we Francji są to maniery, różne kwestie, które traktujemy jako wynik wielu wieków rozwoju. W naszym przypadku są to dwa, no w najlepszym razie trzy dziesięciolecia. To obliguje pozytywnie. Nauczyciel jest szczęśliwy, jeżeli dzieli się swoją wiedzą, bo uważa to za swoje powołanie.