Wyzwań nie zabraknie

BANK 2016/12

Wyzwań nie zabraknie

Dotychczas głównym wrogiem banków były regulacje. Będzie ich jeszcze przybywać. Ale przybywać będzie też technologicznej konkurencji.

Łukasz Wilkowicz
„Dziennik Gazeta Prawna”

25 lat temu chyba mało kto był sobie w stanie wyobrazić bankowość AD 2016. Być może dało się przewidzieć, że coraz mniej ludzi będzie przychodzić do oddziałów. A nawet to, że podstawowym kanałem kontaktu będzie stawał się telefon. Ale już niekoniecznie to, że ten telefon nie będzie służył do rozmawiania, tylko do stukania palcem – i to wcale nie po klawiaturze. Być może dało się przewidzieć, że w ciągu pokolenia będą miały miejsce jakieś kryzysy, upadłości wielkich banków. Ale już niekoniecznie to, że po napompowaniu wielkiej bańki będzie równie wielkie „bum”, po którym system finansowy nie będzie w stanie dojść do równowagi przez niemal 10 lat. 25 lat temu trudny do przewidzenia był też ogrom regulacji, jakie miały dotknąć sektor bankowy – od wymogów kapitałowych, przez rozmaite przepisy, które miały zwiększyć bezpieczeństwo funkcjonowania instytucji finansowych, aż po narzędzia służące ochronie konsumentów.

Regulacyjne tsunami

Dziś wiemy, że prawdopodobnie to właśnie ten ostatni aspekt w najbliższym czasie będzie miał kluczowy wpływ na działalność banków. W Polsce może nawet bardziej niż za granicą. U nas bowiem problemy, które narosły przed kryzysem, wciąż nie są do końca rozwiązane. Mowa o „kwestii frankowej”. W chwili, gdy czytelnicy dostaną do rąk ten numer „Miesięcznika Finansowego BANK”, być może wyjaśni się już sprawa tzw. ustawy spreadowej – będzie wiadomo, jak dużo kredytodawcy mają oddać swoim klientom z tytułu marży na wymianie walut. Ale czy wyjaśni się również sprawa przewalutowania kredytów po kursie korzystnym dla klientów? W rządzie najwyraźniej stopniowo umacnia się pogląd, że pójście na rękę tym, którzy najgłośniej domagają się swoich racji, może przynieść konsekwencje dalekie od oczekiwań. Jednak logika polityki daleka jest od logiki ekonomii, nie mówiąc już o księgowości. A garb, grubo ponad 100 mld zł kredytów we frankach, będzie nam ciążył jeszcze długie lata. Z jednej strony pozostając istotnym czynnikiem systemowym. Z drugiej – będąc okazją choćby do kolejnych procesów „poszkodowanych przez banki”.

Franki to najważniejsza, ale tylko jedna z kwestii, które sprawiają, że krajowe banki są zepchnięte do narożnika, jeśli chodzi o regulacje „prokonsumenckie”. Sektorowi czkawką może się odbić bonanza w bancassurance sprzed kilku lat. W zapomnienie wciąż nie poszła (wystarczy poczytać wypowiedzi Janusza Szewczaka, wiceprzewodniczącego sejmowej Komisji Finansów Publicznych) sprawa toksycznych opcji walutowych. Poważną rolę odegrać może też Rzecznik Finansowy – jak wskazują dotychczasowe działania tego nowego urzędu, nie ma tam mowy o aptekarskim wyważaniu racji klientów i instytucji finansowych. Rzecznik – zgodnie z nazwą – bierze w ochronę tych pierwszych.

Ale na tym nie koniec dbałości o konsumentów. Do tej pory było o sprawach, które tak naprawdę dotyczą przeszłości. A sporo do zrobienia będzie również w przyszłości, i to niezbyt odległej. Wkrótce powinniśmy się bowiem doczekać implementacji unijnych dyrektyw dotyczących inwestowania (MiFID II) i sprzedaży kredytów mieszkaniowych (dyrektywa o kredycie hipotecznym). W obu przypadkach sprzedaż produktów finansowych będzie nieco bardziej skomplikowana. A przede wszystkim bardziej przejrzyste dla klientów ma być to, jakie interesy (i za ile) reprezentują sprzedawcy.

Fintechy ante portas

I jest wreszcie perspektywa wdrożenia dyrektywy o usługach płatniczych – PSD2. To z nią wiążą się dziś chyba największe obawy banków. Powód: da ona dostęp do rachunków klientów także podmiotom spoza tego sektora. Pieniądze wprawdzie pozostaną na rachunkach bankowych, ale kontrola nad nimi może znaleźć się w innych rękach. Kontrola oczywiście nie w sensie tego, na co środki zostaną wydane, ale w sensie wiedzy o tym, co się z nimi dzieje. A przede wszystkim w sensie kontaktu z klientem. Coraz więcej mówi się o komodytyzacji usług bankowych. Teraz groźba, że te podstawowe staną się „surowcem”, który posłuży innym podmiotom do stworzenia własnych „produktów finalnych” staje się całkiem realna.

Określenie tych „innych podmiotów” jest znane: to fintechy. I wygląda na to, że w najbliższym czasie właśnie konkurencja z nimi będzie – prócz zmagań z regulacjami – największym wyzwaniem dla banków, również w Polsce. W pewnych aspektach ta konkurencja nie wydaje się szczególnie groźna dla banków, ale w innych…

Groźne nie jest to, co już poznaliśmy. Czyli dwa rodzaje fintechu, które działają u nas na znaczącą skalę: kantory internetowe i firmy pożyczkowe. Pierwsze odebrały bankom wprawdzie część biznesu polegającego na wymianie walut, ale wciąż jest to tylko część i to ta najprostsza (choć też trudno nie dostrzec, że ta konkurencja była jednym z czynników powodujących obniżenie dochodów). Ta, do której wystarczył dobry pomysł, ale nie trzeba było dużego zaplecza kapitałowego. Z firmami pożyczkowymi było o tyle inaczej, że weszły one bardzo mocno na pole najbardziej kosztownych dla klientów pożyczek krótkoterminowych. Czyli tam, gdzie banków właściwie nie było. Próby podboju tej części rynku, która tradycyjnie jest domeną banków – pożyczek o dłuższym terminie (czyli wymagających większego zaplecza po stronie pasywów) – są dość ograniczone.

Inne rodzaje fintechu zdają się być raczej szansą niż zagrożeniem. Najbardziej odważne starają się obłaskawić potencjalnych konkurentów, wyciągając do nich rękę poprzez własne „inkubatory”, „programy akceleracji” itp. Ale wygląda na to, że banki same do końca nie wiedzą, jaki jest ich potencjał. Inna sprawa, że fakt, iż nie słyszeliśmy dotąd o jakichś szczególnych sukcesach banków na tym polu, nie oznacza, że już za chwilę takiego sukcesu nie będzie.

image

Scenariusz nie całkiem czarny

Z tym, że mowa raczej o sukcesie na skalę lokalną. Tymczasem największym – i to zupełnie realnym – zagrożeniem będą ci przedstawiciele „branży” fintech, którzy zdołają odnieść sukces w skali globalnej. Niektórym już to się udało. Nie bez powodu w każdej dyskusji na temat fintechu prędzej czy później (raczej prędzej) padają takie nazwy, jak Google, Apple czy Facebook. Te firmy dysponują już potencjałem w postaci kolosalnej liczby klientów użytkowników. Jest tylko kwestią – już nawet nie pomysłu, a strategicznej decyzji i wyłożenia odpowiedniej kwoty na inwestycje i ich realizację – czy, bądź kiedy, zechcą one wejść na rynek usług finansowych.

Wtedy banki – nie tylko w naszym kraju – mogą znaleźć się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Czarne scenariusze nie muszą się jednak realizować. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że finanse nie muszą być wcale szczególnie atrakcyjne dla firm, które znakomicie radzą sobie w innych niszach. Nawet gdyby były atrakcyjne, to – po drugie – dla każdego wejście na rynek usług finansowych wiąże się z koniecznością spełnienia tych wszystkich wymogów, które dziś wiążą ręce zwykłym bankom. Po trzecie – gdyby nawet internetowi giganci zechcieli wziąć się za branżę finansową, to niekoniecznie za całą. Spora część biznesu pozostanie w rękach banków (inna sprawa – czy najbardziej dochodowa).

W tym miejscu warto spojrzeć na sprawę z innej perspektywy. Czy to dla klienta ważne, że korzysta z usług banku, który funkcjonował w tej branży przez ostatnie kilkanaście, kilkadziesiąt czy ponad sto lat? Niekoniecznie. Chce, by usługi były szybkie i wygodne, tanie i bezpieczne.

Tak jak 25 lat temu nie sposób było sobie wyobrazić, jak będzie wyglądała dzisiejsza bankowość, tak samo i dziś trudno myśleć o tym, co zmieni się w branży przez kolejne ćwierćwiecze. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że banki nadal będą istniały. Nie będą jednak ani takie same, ani nawet te same, co dziś. Niewielu spośród banków założycieli Związku Banków Polskich funkcjonuje do dziś. Chyba żadnemu z tych, które istnieją, nie udało się przeżyć, opierając się wyłącznie na wzroście organicznym. Szczęście będą mieli ci, którzy za 25 lat wciąż będą członkami ZBP. Niewykluczone, że razem z Google Bankiem albo Facebook Bankiem.