Abuzywni i… abuzywniejsi

Blogi / Karol Jerzy Mórawski / Tylko u nas

Sierpniowe przedpołudnie, skwar leje się z nieba. Pamiętający jeszcze czasy Gierka tramwaj już ponad kwadrans "zajmuje pozycje" dokładnie naprzeciwko Pałacu Kultury, nie mogąc przebić się przez zator na Rondzie Dmowskiego. Wreszcie - po osiemnastu minutach - cel osiągnięty!

Sierpniowe przedpołudnie, skwar leje się z nieba. Pamiętający jeszcze czasy Gierka tramwaj już ponad kwadrans "zajmuje pozycje" dokładnie naprzeciwko Pałacu Kultury, nie mogąc przebić się przez zator na Rondzie Dmowskiego. Wreszcie - po osiemnastu minutach - cel osiągnięty!

Leciwy skład rusza z przystanku. "Bilety do kontroli!" - daje się usłyszeć donośny głos rewizora. Starszy pan w kraciastej koszuli pewnym gestem pokazuje bilet. - "Niestety, już nieważny" - Ale dlaczego? - oponował emeryt. - Miał Pan bilet 20-minutowy, ważność się skończyła trzy minuty temu" - stanowczym głosem skwitował kanar. - "Ale jak to? Przecież jadę tylko trzy przystanki. Ten ostatni odcinek tramwaj powinien jechać góra trzy minuty. To nie moja wina, że wy macie opóźnienia" - dziadek nie dawał za wygraną, co bynajmniej nie trafiało do przekonania "konduktora rewizyjnego".

Gdyby ta historia był li tylko przykładem nadgorliwości ze strony rzeczonego kanara, nie warto by nawet o niej wspominać. Problem jednak jest znacznie szerszy - przypadki takie zdarzają się po pierwsze w całym kraju, a po drugie - przy niepojętej bierności tych, których konstytucyjną powinnością jest troska o interesy konsumenta, tego ponoć "najsłabszego ogniwa" w obrocie gospodarczym. Prawnicy miejskich przewoźników niczym Spartanie pod Termopilami bronią stanowiska, w myśl którego bilet obejmuje "rzeczywisty, a nie planowany czas podróży" - i w związku z powyższym pasażer, który trafił na korek, awarię, wypadek i inne nieprzewidziane okoliczności na trasie, po prostu miał pecha. Z pełna premedytacją pomijany jest przy tym fakt, iż po pierwsze - zakup i skasowanie biletu w środku komunikacji miejskiej stanowi zawarcie umowy w myśl zarówno Kodeksu cywilnego, jak również ustawy - Prawo przewozowe. A skoro umowy, to prawa z niej wynikające przysługują obu stronom, a nie tylko sprzedawcy. Po drugie - sam przewoźnik powszechnie umieszcza na przystankach warunki wykonywania tej umowy - bo taką rolę spełniają przecież rozkłady jazdy, umieszczone na każdym przystanku. Tymczasem przedstawiciele przewoźników zdają się twierdzić, że "nie mają one mocy wiążącej dla pasażera". Skoro nie mają,to, za przeproszeniem - po kiego czorta one tam wiszą? Zaiste - przedsiębiorstwa komunikacji miejskiej biorą chyba przykład z zawiadowcy stacji w Tuwimowskim "Żołnierzu Królowej Madagaskaru", który - zapytany o godzinę odjazdu pociągu do Warszawy - odpowiedział:

- Jak przyjdzie jego czas. Skoro on stoi, to znaczy, że jego czas jeszcze nie przyszedł a jak nie przyszedł jego czas, to on nie może odjechać". Choć sięganie do archetypów literatury pięknej z reguły zasługuje na pochwałę, w tym jednak przypadku mamy do czynienia z ewidentnym wyjątkiem od tejże zasady.

Co najciekawsze, stanowisko takie wydaje się być przekonywające dla rzeczników praw konsumenta, Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju czy innych instytucji, dla których przecież to pasażer - a nie autobusy czy pociągi - powinien znajdować się pod specjalnym nadzorem. Ostatecznie można przyjąć do wiadomości fakt, iż ruch uliczny generuje wiele nieprzewidzianych zdarzeń - a ich konsekwencje dotykają również transportu publicznego. Można by nawet z ciężkim sercem zgodzić się na opcję zerową: pasażer nie obciąża przewoźnika za opóźnienie - przewoźnik nie wysuwa żadnych roszczeń wobec pasażera, któremu w wyniku opóźnienia skończył się bilet. Jednak sankcje wobec osoby, która właśnie została - mówiąc kolokwialnie - zrobiona w konia przez tego samego przewoźnika, to już bezczelność do sześcianu. Przypomina się przedwojenna definicja hucpy:

- Jak Wysoki Sąd dobrze wie, jestem sierotą - i proszę, aby ten fakt uznawać za okoliczność łagodzącą - tłumaczył się przed sądem oskarżony o... zabójstwo obojga rodziców.

Przechodząc z obłoków literatury na twardą niwę prawa - zapisy tego typu powinny niezwłocznie zasilić prowadzony przez UOKiK rejestr klauzul abuzywnych. Wszystko jednak wskazuje na to, że na takowy ruch obrońców konsumenta nie możemy liczyć. W końcu - trudno się dziwić; wszak miejscy przewoźnicy - jak sama nazwa wskazuje - należą do samorządów bądź znajdują się pod ich kontrolą. A przecież każdy Polak już od kołyski wie, że sektor samorządowy nie jest w stanie nadużyć pozycji dominującej w stosunku do obywatela, o nie, to jest wykluczone! Klauzul niedozwolonych lepiej poszukajmy gdzie indziej - najlepiej w sektorze finansowym. I poszukiwania trwają - choć nie sposób nawet wyobrazić sobie, żeby jakikolwiek bank z pełna premedytacją obciążał klientów skutkami własnego niedbalstwa. I tak to na indeks trafiają nawet... zapisy żywcem przeniesione z ustawy - Prawo bankowe czy ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym. Ale nic to, jak mawiał śp. Wołodyjowski - to przecież tylko banki i ich produkty maja obowiązek  nie naruszać zaufania klienta do rynku finansowego, jak to ostatnio sprytnie zapisano w Rekomendacji U. Obrońców konsumenta ten skądinąd szlachetny postulat nie dotyczy - podobnie jak operatorów transportu publicznego. Parafrazując Orwella - "wszyscy bywają abuzywni, ale niektórzy mają prawo być zdecydowanie abuzywniejsi"

Udostępnij artykuł: