ANIOŁ (mocnego uderzenia)

Polecamy

„Był prawie dzieckiem, miał 15 lat, gdy w sierpniu 1959 roku w Sopocie, kierując w tym czasie zespołem Rhythm and Blues, usłyszałem go pierwszy raz. Śpiewał swoje cygańskie rock’n’rolle, a mnie wydawało się, że parodiuje Presleya. Ale kiedy w pewnej chwili poczułem na plecach ciarki i ucisk w gardle, wiedziałem, że mam przed sobą olśniewający talent...”

Tak wspomina swoje pierwsze z nim spotkanie jego odkrywca i pierwszy opiekun artystyczny, Franciszek Walicki. Wasil Michaj (tak brzmi jego prawdziwe imię i rodowe nazwisko), najbardziej znany u nas jako Michaj Burano (później używał też pseudonimów: John Mike Arlow, Michael Michaj, Steve Luca)  to z pewnością najbardziej tajemnicza i malownicza postać polskiego big-beatu. Cygan z „arystokratycznego” szczepu Lowari, przedstawiciel słynnego rodu Michajów, urodził się w roku 1944 w Taszkiencie, wychował w Polsce, mieszkał w Paryżu, dziś mieszka zaś w ekskluzywnej dzielnicy Los Angeles – Beverly Hills, zamieszkałej przez popularnych artystów i przedstawicieli światowego showbusinessu.  Występował od wczesnego  dzieciństwa w Zespole Pieśni i Tańca Cyganów Mołdawskich, prowadzonym przez swojego ojca. Rodzina Michajów zdecydowała się osiąść w Polsce podczas występów w roku 1952 w Lublinie. Zofia Komedowa-Trzcińska bywała w domu Michajów częstym gościem, gdyż jej przyjaciółka, Ewa Frykowska (żona legendarnego Wojtka Frykowskiego, który zginął zamordowany w Los Angeles w domu Romana Polańskiego),  przez jakiś czas  mieszkała razem z Burano (później wyjechała z nim nawet do Paryża), choć jego rodzina nigdy nie zgodziła się na ich ślub:

„…to był bogaty dom. Kobierce na podłogach i ścianach, mnóstwo obrazów, kryształy, adamaszkowe obrusy, w lewym rogu jadalni przepiękna kapliczka z ikon, jak każe zwyczaj prawosławny. Przyjechali przecież z Mołdawii, dawniej prawosławnej. W Polsce zaczęli praktyki w kościele rzymskokatolickim – chrzciny, pogrzeby (…) w domu Burana pielęgnowano tradycje. Obiad gotowano zawsze dla kilkunastu osób nie zapominając o głodnych, którzy mogą przyjść niespodziewanie. Nie piło się innego alkoholu jak tylko szampana”.

Debiutował jako samorodny talent właśnie w Sopocie, już ukształtowany wokalnie w wieku 15 lat! Został jednym z solistów pierwszego polskiego zespołu rock’n’rollowego „Rhythm and blues”, którego kierownikiem był  Franciszek Walicki.  Przyjmuje artystyczny pseudonim Michaj Burano („burano” po cygańsku znaczy wicher).  Nie zalicza się jednak do rock’n’rollowych buntowników. Jest wątły i chorowity, a swoje pierwsze wyjazdy na koncerty odbywa limuzyną z kierowcą i nauczycielką, która uczyła go języka polskiego. Jego ojciec zdziwionemu Walickiemu odpowiada: „Jest czas gromadzenia pieniędzy i czas ich wydawania. I to jest taki właśnie moment”.

Po krótkim epizodzie z „Rhythm and Bluesem”  w latach 1960-1966 współpracuje z kolejnymi wybrzeżowymi formacjami, animowanymi przez Walickiego. Z „Czerwono- Czarnymi” nagrywa m.in. „Wezmę w drogę złoty księżyc”, „Oczy czarne”,  „Madame, madame”, „Sorrento”, a z „Niebiesko-Czarnymi” m.in. „Smutny świat”, „Ja po tobie nie płaczę”, „Słuchajcie dziewczęta”. Nie tylko śpiewa, ale i komponuje. Na pierwszej polskiej płycie długogrającej mocnego uderzenia (Niebiesko-Czarni, LB XL 0331, 1966) Burano śpiewa swoją kompozycję „Zostały mi tylko twoje listy”. Jako wokalista bije wtedy  rekordy popularności – i jak sam przyznaje w filmie „Partia, pieniądze, rock and roll” – na jego koncertach młode dziewczęta ulegają zbiorowej histerii, rozbierając się i mdlejąc. Latem  roku 1963 występy „Niebiesko-Czarnych” z Burano w sopockim „Non-Stopie” ogląda dyrektor słynnej paryskiej „Olimpii”, Bruno Coquatrix i – zachwycony poziomem grupy – zaprasza cały zespół do Paryża. W grudniu tego samego roku „Niebiesko-Czarni” uczestniczą w niezwykłym spotkaniu światowych gwiazd muzyki rozrywkowej. Program nosi tytuł  „Les idoles des jeunesse” („Idole młodzieży”) i prezentuje muzyczne  gwiazdy  z czterech kontynentów: Ameryki, Europy, Afryki i Azji. W ciągu dwóch tygodni występów „Niebiesko-Czarni” spotykają się na scenie z „cudownym dzieckiem” amerykańskiej sceny muzycznej, 14-letnim, niewidomym Stevie Wonderem. Na tej samej estradzie występują razem z nimi  m.in. The Eagles, Dianne Warwick i The Shirelles. Lucjan Kydryński, jako wysłannik „Przekroju” , zazwyczaj dość powściągliwy w zachwytach nam młodzieżową muzyką (przypomnijmy, że kilka lat wcześniej w tym samym „Przekroju”   prorokował, że „rock and roll to tylko sezonowa moda”), tym razem entuzjastycznie donosił z Paryża:

„Wielki koncert w „Olimpii” przedstawiał młodzieżowych ulubieńców publiczności różnych krajów. Występowali m.in. przedstawiciele Francji, Hiszpanii, Stanów Zjednoczonych, a nawet Madagaskaru. I oczywiście Polacy. „Oto Polska w godzinie twista!” – pokrzykiwał konferansjer. „Oto Michaj Burano – książę Cyganów, huragan na estradzie (…) Sam Coquatrix powiedział krótko: „Jesteście wspaniali!”

W glorii paryskiego  sukcesu Burano powraca  do Polski, koncertując, nagrywając dla radia i komponując.  W roku 1964 nagrywa  z zespołem Adama Wiernika  jeden ze swoich największych przebojów „Syg, sygedyr”.  Teksty niektórych  piosenek, tak jak ta, pisane są dla niego specjalnie po cygańsku m.in. przez znanego poetę Jerzego Ficowskiego, odkrywcę cygańskiej poetki – Papuszy. Jak się później okazało, był to jednak język Romów, z którego Burano nie rozumiał ani słowa, w związku z tym uczył się go na pamięć fonetycznie i tak też wykonywał. Jednak chyba najbardziej znana w jego wykonaniu okazała się słynna „Luczija” („Lucille” R. Pennimana, spopularyzowaną przez Little Richarda z polskim tekstem ówczesnego saksofonisty tenorowego „Czerwono-Czarnych”, Przemka Gwoździowskiego)  śpiewana trochę łamanym polskim, ale może także i dzięki temu pamiętna do dziś, uwieczniona m.in. przez kamery Polskiej Kroniki Filmowej:

Ja  kocham Lucziję,

A ona mnie ni,

Dlaczego ja tak cierpię,

Wytłumaczcie wreszcie mnie…”

W roku 1966 Michaj Burano z „Niebiesko-Czarnymi” podczas kolejnego wyjazdu uczestniczy w IV Międzynarodowym Festiwalu w Rennes we Francji, gdzie zdobywa główną nagrodę – Srebrnego Gronostaja. Nagroda ta otworzyła mu drogę do zachodniego rynku płytowego. Wyjeżdża w kilka miesięcy później do Paryża, gdzie podpisuje kontrakt z wytwórnią RCA, przyjmując pseudonim Steve Luca. W roku 1968 na krótko powraca do kraju, zakładając własną grupę „Burano and Leske Rom”, z którą koncertuje i nagrywa dla Młodzieżowego Studia Rytm (m.in. „Całe niebo w ogniu”). W roku 1969 – tym razem już jako John Mike Arlow – podpisuje nowy kontrakt z kolejną wytwórnią Barclay.  Od tego czasu stale zamieszkuje zagranicą, Polskę odwiedzając zaledwie kilkukrotnie.

„Mój wyjazd z Polski – powiedział Burano w wywiadzie udzielonym w lipcu 1986 dziennikarzowi „Sztandaru Młodych” – nie był podyktowany chęcią wzbogacenia się. W Polsce powodziło mi się zupełnie nieźle. Zostałem w Paryżu nie po to, aby zarabiać pieniądze, ale aby sprawdzić się…  Chyba każdemu artyście zależy na tym, by być znanym nie tylko na własnym podwórku… Ponadto jestem Cyganem i mam we krwi naturalny głód wędrówki… Byłem zdecydowany na wszystko i mogłem poświęcić bardzo wiele… Wyjechałem z Polski przygotowany na to wezwanie. Miałem koncepcję piosenki, która „ustawiła” mnie na świecie. „My Sweet Angel” stał się przebojem i został nagrany w wielu krajach… Przebywałem na różnych kontynentach, ale zawsze ogromny sentyment czułem do Polski. Tutaj się przecież wychowałem, tutaj rozpocząłem artystyczną karierę, tu ludzie docenili po raz pierwszy, co robię. Tego się nie zapomina…”

Jako John Mike Arlow nagrał ponad 100 piosenek na płyty takich wytwórni, jak Barclay, Philips czy Polydor. Występował w  wielu krajach Europy, Azji, Afryki i Ameryki, m.in. we Włoszech, Francji, Anglii, Niemczech, Holandii, Belgii, Norwegii, Szwecji, Danii, Finlandii, Hiszpanii, Japonii, Tajlandii, Sri Lance, Hong-Kongu, Tunezji, Maroku, Kenii, Izraelu, Brazylii, ale przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, głównie w Nowym Jorku, Los Angeles i Las Vegas.  Jako John Mike Arlow założył w USA własną wytwórnię płyt i wydawnictwo : Arlow Land Music.  Skomponował  muzykę i piosenki do kilkunastu filmów, pisał teksty, aranżował i był producentem innych wykonawców. Wylansował  kilka przebojów, wykonywanych często przez innych wykonawców: „My Sweet Angel” (nagrania w USA, Włoszech, Niemczech, Anglii i Francji), „Bessi”, „Go Ami Go”, „Geloso”, „My Obsession”, „Good Time Girl”, „Smile Your Tears Away” . Na szczególną uwagę zasługuje powodzenie piosenki „My Sweet Angel”, która weszła na europejskie i amerykańskie listy przebojów muzyki środka, przez długi czas okupując pierwsze miejsca i dystansując w tym czasie m.in. przeboje Toma Jonesa, The Beatles, Mireille Mathieu i Demisa Roussosa. Sukcesem zakończył się także udział Michaja w Tokyo Music Festival w roku 1971. Wprawdzie pierwszą nagrodę przyznano wtedy Japonce, ale drugie miejsce przypadło właśnie jemu za piosenkę „Melancholy”. Dopiero za nim wśród innych nagrodzonych uplasowali się Julio Iglesias (!) i Ricky Springfield.

„Newsweek” pisał w tym czasie o nim: „Polski Cygan – śpiewająca sensacja USA!”, a Henryk Szeryng, światowej sławy skrzypek polskiego pochodzenia, powiedział:

„To wyjątkowo uzdolniony artysta, obdarzony ogromnym talentem. Sądzę, że tajemnica jego sukcesów polega na umiejętności komponowania muzyki, wypływającej z głębi serca i dlatego tak łatwo trafiającej do słuchaczy”.

Michaj Burano nigdy nie stał się jednak gwiazdą pierwszej wielkości. Jego popularności  w Polsce nie potrafiono zdyskontować nagraniami płytowymi i radiowymi, a jedynej instytucji, zajmującej się zagraniczną promocją (a raczej „pośrednictwem paszportowym” ) polskich wykonawców – PAGART-owi raczej nie zależało na preferencjach dla polskiego Cygana. W swoich  pamiętnikach Zofia Komedowa-Trzcińska  wypomina ten całkowity brak zainteresowania ówczesnemu dyrektorowi PAGARt-u,  uważając, że „w Polsce zaprzepaszczono jego szanse, jak wielu innych utalentowanych artystów”.  Krzysztof Komeda-Trzciński był już wtedy uznanym w Hollywood kompozytorem filmowym, m.in. po sukcesach „Rosemary’s Baby”, i Burano często go odwiedzał , zasięgając porad  na różne tematy. Jego żona do dziś uważa, że Michajowi zabrakło trochę szczęścia na amerykańskim rynku:

„Tragedią Burana było to, że miał głos bardzo podobny do głosu Toma Jonesa. Nawet jego słynną kompozycje „My Sweet Angel”, nota bene skomponowaną dla Ewy, chciano kupić dla Jonesa. I chociaż był o wiele zdolniejszy, a w dodatku sam komponował, czego Jones nie potrafił (…) jego manager okazał się zbyt słaby na tamtejszym rynku. Nie miał dostatecznej ilości pieniędzy, a także wpływów, aby konkurować z potęgą zawodowców Toma Jonesa. Tam nie liczą się sentymenty (…)”

W Polsce Michaj Burano pojawił się znów w roku 1975. W drugiej połowie lat 70-tych pojawia się kilkukrotnie, organizując dla potrzeb kręconego właśnie filmu „Song o Michaju Burano” nową grupę, złożoną wyłącznie z Cyganów. Filmu nigdy nie dokończono. W roku 1986 z entuzjazmem przyjął  zaproszenie swojego odkrywcy, Franciszka Walickiego do udziału w imprezie „Old Rock Meeting – Czy nas jeszcze pamiętasz”, przygotowywanej w Operze Leśnej w Sopocie przez Bałtycką Agencję Artystyczną.  Przyjechał wówczas ze Szwecji  ze szwedzkimi muzykami i swoim kuzynem, Witem Michajem, grającym na gitarze, z którymi nagrywał  w Sztokholmie płytę. Razem z Walickim witaliśmy wtedy Burano na przystani promowej w Gdańsku – Nowym Porcie. Ilość złotej biżuterii (sygnety, pierścienie, bransolety, łańcuszki i łańcuchy) zdumiała nawet celników, a samo wpisywanie tych precjozów do deklaracji celnej zajęło ponad kwadrans! Trochę małomiasteczkowa elegancja drażniła, ale ujmowała za to serdeczność i bezpośredniość. Złośliwi dodawali też, że  Burano nigdy nie rusza się bez rodzinnej asysty i opiekunów , ponieważ jest analfabetą, ale trudno w to uwierzyć, znając doniesienia o niezwykłej troskliwości jego ojca, czuwającego nad wychowaniem i edukacją.

Na pamiętnym sopockim koncercie gościnnie zagrał z grupą Burana autor polskich słów do „Lucziji” – Przemysław Gwoździowski. Niezłe brzmienie, doskonałe warunki głosowe, własne kompozycje i własne angielskie teksty (choć nieco nużące w serii; najlepsze z zaprezentowanych to chyba „Please” i „I See You Are Down”), nieskazitelnie biały garnitur, trochę kaleczony język polski – oto wizerunek na sopockiej scenie artysty, znanego niegdyś jako Michaj Burano. Przyjęto go bardzo ciepło, choć może bardziej oczekiwano na stare przeboje, których (oprócz „Lucziji”) zabrakło. Dwa nagrania z Old Rock Meeting trafiły na składankowe płyty i kasety , związane z tym wydarzeniem.

Ponownie na sopockiej scenie Michaj Burano pojawia się z okazji urodzinowego koncertu Franciszka Walickiego („Po obu brzegach tęczy – Atlas Polskiego Rocka”) latem 1996 roku. Udzielił wtedy również wywiadu dla potrzeb trzyczęściowego  dokumentalnego filmu telewizyjnego filmu „Partia, pieniądze, rock and roll”,który realizowaliśmy  z reżyserem  Pawłem Chmielewskim. 

Wojciech Fułek

Udostępnij artykuł: