Bank i Klient: Czy czeka nas uberyzacja banków?

BANK 2018/05

Proces otwierania rynku finansowego, wydatnie wzmocniony poprzez wejście w życie postanowień dyrektywy PSD2, bywa niekiedy określany mianem uberyzacji sektora bankowego. Choć obydwa procesy różnią się znacząco w samych założeniach, to nietrudno wskazać pomiędzy nimi szereg analogii. Najważniejszą z nich jest konsekwentne odchodzenie od dominującego przez lata prymatu bezpieczeństwa obrotu gospodarczego na rzecz zwiększonej elastyczności świadczenia usług i prawa wyboru oferenta.

Proces otwierania rynku finansowego, wydatnie wzmocniony poprzez wejście w życie postanowień dyrektywy PSD2, bywa niekiedy określany mianem uberyzacji sektora bankowego. Choć obydwa procesy różnią się znacząco w samych założeniach, to nietrudno wskazać pomiędzy nimi szereg analogii. Najważniejszą z nich jest konsekwentne odchodzenie od dominującego przez lata prymatu bezpieczeństwa obrotu gospodarczego na rzecz zwiększonej elastyczności świadczenia usług i prawa wyboru oferenta.

Jerzy Majka

Podstawową paralelą pomiędzy zjawiskiem określanym mianem uberyzacji a sytuacją sektora finansowego na przestrzeni ostatnich lat jest coraz powszechniejsze wchodzenie zupełnie nowych graczy do branż, które – zarówno z uwagi na strukturę rynku, jak i obowiązujące przepisy – uchodziły za wyjątkowo stabilne. Na tym jednak podobieństwa zasadniczo się kończą. Istotą uberyzacji jest bowiem wykorzystanie mechanizmów tzw. ekonomii współdzielenia, czyli spożytkowania zasobów znajdujących się zasadniczo w posiadaniu osób prywatnych celem wejścia na te rynki, na których obowiązujące prawo ogranicza lub wręcz wyklucza podjęcie działalności na standardowych, komercyjnych zasadach. Tytułowy Uber nigdy nie miał na celu wspierania spontanicznych inicjatyw międzyludzkich w zakresie wspólnego podróżowania samochodami, takich jak carpooling czy autostop, klientami serwisu AirBnB są zaś z zasady osoby zarabiające regularnie na wynajmie lokalu. W przypadku sektora finansowego debiutujące na rynku podmioty z branży fintech tylko sporadycznie odwoływały się do ekonomii współdzielenia. Jednym ze stosunkowo nielicznych przykładów są platformy pożyczek społecznościowych, które jednak na polskim rynku nie zdobyły większej popularności. W pozostałych przypadkach fintechy jasno deklarowały, iż ich celem jest prowadzenie działalności w pełni komercyjnej, z pełnym wykorzystaniem możliwości stwarzanych przez obowiązujące prawo. Mamy oczywiście do czynienia również z instytucjami o charakterze parabankowym, jednak te, w przeciwieństwie do modelu wykreowanego przez Ubera, nie wykorzystują luk prawnych lub sprzyjających interpretacji przepisów, tylko w mniej lub bardziej otwarty sposób naruszają obowiązujący ład prawny.

Eksplozja startupów przed otwarciem rynku

Odmienny charakter miały też uwarunkowania w branżach poddanych uberyzacji i sektorze bankowym w okresie poprzedzającym otwarcie rynku. W wielu krajach regulacje obejmujące branżę taksówkową czy też wynajem kwater prywatnych nie sprowadzały się wyłącznie do wykreowania standardów bezpieczeństwa, ale również petryfikowały aktualny układ sił na lokalnych rynkach. Przykładem takiego ręcznego sterowania były, a w wielu przypadkach wciąż pozostają, sztywne limity ilościowe taksówek, znacząco utrudniające dopływ „świeżej krwi” do tej branży, co w wielu przypadkach przynosi efekt odwrotny od zamierzonego – pozbawieni presji „niewidzialnej ręki rynku” taksówkarze obniżają standard świadczonych usług.Całkiem inaczej prezentowała się sytuacja w europejskim sektorze bankowym, gdzie podstawowym ograniczeniem dla wchodzących do branży podmiotów są wyśrubowane regulacje mające na celu zapewnienie stabilności systemu finansowego, podwyższenie poziomu bezpieczeństwa czy też ochronę środków zdeponowanych przez klienta. Obostrzenia te nie zniechęcały nowych podmiotów spełniających wspomniane kryteria do debiutu w bankowej branży; paradoksalnie to właśnie w okresie poprzedzającym uberyzację na polskim rynku bankowym debiutowało najwięcej innowacyjnych startupów, takich jak Alior Bank czy Idea Bank.

Fintech nie zawsze konkurentem

 Nie należy wreszcie zapominać o tym, że instytucje finansowe, w przeciwieństwie do prywatnych przewoźników, dostawców żywności czy właścicieli pensjonatów oferują bardzo szeroki i zróżnicowany wachlarz usług, których w całości nie jest w stanie zapewnić nawet najbardziej innowacyjny startup pochodzący spoza sektora. Dlatego wchodzące dynamicznie na rynek fintechy wybierają sobie określony segment bankowej działalności, jak choćby obsługa płatności, wymiana walut czy udzielanie niskokwotowych pożyczek. Podobny zresztą charakter miało zdominowanie rynku tzw. chwilówek przez firmy pożyczkowe, które dokonało się co do zasady na wiele lat przed otwarciem rynku. Inaczej niż w przypadku Ubera, gdzie każdy wchodzący na rynek kierowca wprost odbiera źródło utrzymania taksówkarzom, koegzystencja podmiotów bankowych i niebankowych nierzadko prowadzi do współpracy. Przykładem takiego scenariusza jest dynamiczny rozwój pay-by-linków, które na polskim rynku stały się jedną z ulubionych metod płatności elektronicznych. Inną opcją jest przejęcie przez instytucje nieregulowane lub mniej regulowane jedynie części danego obszaru, jak to miało miejsce w odniesieniu do tzw. pożyczek niskokwotowych do 5 tys. zł. Od kilku już lat instytucje pożyczkowe konsekwentnie umacniają swą pozycję w tym segmencie, nie wykazując szczególnego zainteresowania pozostałymi obszarami działalności kredytowej prowadzonej przez banki.

Atak z zaskoczenia

Pomimo tak istotnych różnic pomiędzy uberyzacją a otwarciem sektora finansowego, wyzwania towarzyszące obu procesom mogą mieć zbliżony charakter. Jednym z nich jest bez wątpienia nieprzewidywalność innowacyjnych startupów, niezależnie od branży w której działają. Przed uruchomieniem aplikacji, takich jak Uber czy AirBnB, mało kto wyobrażał sobie funkcjonowanie systemu, w którym dosłownie każdy będzie mógł świadczyć usługi taksówkowe czy hotelarskie, omijając sztywny gorset regulacyjny. To właśnie efekt zaskoczenia umożliwił aplikacjom i korzystającym z nich usługodawcom opanowanie rynku w stosunkowo krótkim czasie, przy niemal całkowitym braku reakcji stosownych władz. Podobnie i w przypadku nowinek na rynku finansowym, pomysłowość ich twórców nierzadko szokuje ustawodawców i regulatorów. Powstająca w ten sposób, niebezpieczna próżnia może być, i nierzadko bywa, wykorzystana przez podmioty nierzetelne czy wręcz zwykłych oszustów, żerujących na ludzkiej nieświadomości. Sytuacji takich nie brakowało również i w okresie poprzedzającym „erę mobilną” – by przypomnieć choćby nieprawidłowości towarzyszące pierwszej fazie funkcjonowaniem biur usług płatniczych na rodzimym rynku – jednak skala problemu w wirtualnym świecie może być nieporównanie większa. Warto też pamiętać o tym, że nieuczciwi gracze w sektorze finansowym wpływają wydatnie na reputację całej branży. Eksperci jednoznacznie potwierdzają, iż przeciętny konsument nie dostrzega w sposób należyty różnic pomiędzy bankami, dostawcami usług płatniczych, instytucjami pożyczkowymi i innymi przedsiębiorcami oferującymi usługi finansowe – konsekwencje głośnych defraudacji dokonanych w segmencie nieregulowanym mogą zatem boleśnie odczuć tradycyjne instytucje bankowe.
Podstawową paralelą pomiędzy zjawiskiem określanym mianem uberyzacji a sytuacją sektora finansowego na przestrzeni ostatnich lat jest coraz powszechniejsze wchodzenie zupełnie nowych graczy do branż, które – zarówno z uwagi na strukturę rynku, jak i obowiązujące przepisy – uchodziły za wyjątkowo stabilne.

Potrzeba proporcjonalności

Ekspansja fintechów i podmiotów niepodlegających drobiazgowym regulacjom na obszary zarezerwowane dotychczas dla banków, ubezpieczycieli czy funduszy inwestycyjnych powinna też skłonić regulatorów do refleksji nad celowością dalszego podnoszenia wymogów dla tradycyjnej części sektora finansowego. Nie należy bowiem zapominać o tym, że Uber mógł zaistnieć na rynku na tak wielką skalę głównie dzięki nieżyciowym przepisom, krępującym rozwój typowych przewozów osób w miastach. Podobnie i w przypadku banków czy innych instytucji finansowych śrubowanie wymogów w obszarach, gdzie nie jest to konieczne dla zachowania stabilności systemu finansowego czy ochrony konsumenta na szczeblu podstawowym nie poskutkuje ograniczeniem popytu na produkty, które przed zmianami cieszyły się całkiem sporą popularnością, przekieruje natomiast strumień klientów do innych, nie zawsze najsolidniejszych graczy. Doskonałym przykładem z polskiego rynku może być wprowadzenie restrykcyjnych zasad oceny zdolności kredytowej w przypadku kredytów konsumenckich o niskich kwotach. Właśnie te przepisy w znacznej mierze odpowiadają za rozkwit rynku „chwilówek”, który w naturalny sposób przejął od banków osoby zainteresowane niskoprocentowymi pożyczkami, niemające szczególnie wysokiej zdolności kredytowej. Przejawem podobnego trendu jest obecnie sukcesywne obniżanie maksymalnego poziomu oprocentowania czy też tzw. kosztów pozaodsetkowych kredytów i pożyczek. Nie ma najmniejszych wątpliwości, iż mechanizm taki może być skuteczny jedynie dopóty, dopóki narzucony przez ustawodawcę kaganiec nie zredukuje potencjalnych zysków z tytułu kredytu konsumenckiego do zera, lub wręcz nie doprowadzi do generowania strat na tych produktach w legalnie działających firmach. Jedynym beneficjentem takiego stanu rzeczy pozostaną wówczas nierzetelne instytucje z kategorii shadow banking, a wirtualny świat stwarza tego rodzaju firmom szereg nowych możliwości. To kolejny argument za tym, by w procesie tworzenia nowego prawa i regulacji nadzorczych dla sektora finansowego w pełni wykorzystywać nieco już zapomnianą zasadę proporcjonalności.
Udostępnij artykuł: