Bank i Klient: Zabawa z frankiem

BANK 2014/12

Politycy bawią się w różne gry wojenne, ale trzeba się zastanowić, na ile można im pozwolić. Ingerowanie w zawarte umowy wydaje się być krokiem zbyt daleko idącym.

Politycy bawią się w różne gry wojenne, ale trzeba się zastanowić, na ile można im pozwolić. Ingerowanie w zawarte umowy wydaje się być krokiem zbyt daleko idącym.

Krzysztof Maciejewski

Wybory, wybory... i po wyborach. Tym razem bardzo głośnym argumentem w kampaniach większości partii politycznych były kwestie bankowe. Już nie aborcja ani in vitro, a pomoc nieszczęsnym klientom, którym pazerne banki wcisnęły kredyty walutowe. Okazuje się, że 700 tys. wyborców (na tyle właśnie szacuje się liczbę posiadaczy kredytów we frankach szwajcarskich) to spory kapitał polityczny do zagospodarowania. Często na przekór logice i prawom ekonomii.

Licytacja dobroczyńców

Na początku kampanii PSL zaapelowało do banków, by te wszczęły negocjacje z klientami, którzy mają kredyty w CHF. Według przedstawicieli partii, instytucje finansowe powinny zmienić warunki umów na korzystniejsze dla klientów. Nie wiadomo wprawdzie, jakimi wytycznymi miałyby się banki kierować, ale ruch został wykonany. Nie można więc dziwić się, że jeszcze dalej poszło PiS, które domagało się, by sprawę załatwiło za banki państwo. Opozycyjna partia chciałaby wprowadzić odpowiednie rozwiązania ustawodawcze. Politycy PiS zapewne zainspirowali się rozwiązaniami węgierskimi - tam trzy lata temu parlament dał klientom możliwość spłaty hipoteki po korzystniejszym kursie niż rynkowy. Gwoli ścisłości dodajmy, że nie są to wcale propozycje nowe. O podobne udogodnienia od dawna walczą na przykład członkowie krakowskiego Stowarzyszenia Obrony Poszkodowanych Hipotekami PRO FUTURIS. W stosowanej przez nich retoryce często przywoływana jest Dyrektywa 93/13/ CEE Rady Europy z dnia 5 kwietnia 1993 o nieuczciwych warunkach w umowach z konsumentami, pozwalająca unieważnić nieuczciwe zapisy umowne, o ile daje się udowodnić brak równowagi stron w rozmowach klienta z bankiem. Cytowany jest też świeżo wydany w podobnym duchu wyrok Trybunału Sprawiedliwości w Strasburgu z 14 marca 2013 w sprawie przeciwko Caixa d’Estalvis de Catalunya, Tarragona i Manresa.

A wszystko to odbywało się tuż przed kolejnym referendum w Szwajcarii. 30 listopada mieszkańcy wszystkich 26 kantonów odrzucili zwiększenie do poziomu 20 proc. minimalnych rezerw złota. Wcześniej - i to od kilku tygodni - analitycy i media przestrzegali, że w dłuższej perspektywie, jeżeli Szwajcarzy uznaliby, że rezerwy złota należy podnieść, frank może się umocnić. To zaś oznaczałoby, że wyborcza licytacja dobroczyńców może trwać u nas jeszcze długo. O ratowaniu "frankowiczów" mówili nawet członkowie PO. - Cały czas monitorujemy sytuację Szwajcarii w związku z planowanym referendum dotyczącą rezerw złota. Dzisiaj wyraźnie widać, że spora część Szwajcarów jest za umocnieniem franka (to nastąpiłoby wskutek zwiększenia rezerw złota) - mówił senator Kazimierz Kleyna, przewodniczący senackiej Komisji Budżetu i Finansów Publicznych. W jego opinii, konsekwencją tego mógłby być wzrost zadłużenia naszych obywateli, którzy przed laty zaciągnęli kredyty głównie mieszkaniowe w tej walucie. - Komisja, którą kieruję jest gotowa podjąć odpowiednią inicjatywę ustawodawczą. Musimy jednak pamiętać, że ustawa regulująca problem zadłużenia osób, które zaciągnęły kredyty w walutach innych niż złoty nie może obciążać budżetu państwa, a przez to i podatników - dodawał Kazimierz Kleyna. Czy oznacza to jednak, że rozważane były na przykład pomysły PiS? - Ewentualny projekt ustawy wymaga naprawdę pogłębionych analiz i musi brać pod uwagę także ryzyka i odpowiedzialność osób, które zaciągały kredyty w walutach obcych - stwierdził przewodniczący senackiej Komisji Budżetu i Finansów Publicznych. Coś jednak mogło, a może i jest, na rzeczy - nieoficjalnie wiadomo, że ta sprawa jest przedmiotem analizy także Ministra Finansów.

Banki w defensywie

A co na to wszystko najbardziej zainteresowani, czyli banki? Trudno się dziwić, że są raczej negatywnie nastawione. W końcu każde rozwiązanie przerzucające koszty osłabienia naszej waluty na nie, mogłoby odbić się na ich wynikach. Tu wypada dodać dość oczywistą konstatację, że może niekoniecznie bylibyśmy świadkami takiego scenariusza Bardziej prawdopodobne byłoby przerzucenie tych kosztów na klientów. To wszystko jednak mogłoby poważnie wpłynąć na stabilność sektora bankowego. Przy takim zagrożeniu nie może także dziwić, że o sprawie ewentualnej pomocy frankowiczom wypowiedział się także KNF. Urząd wyliczył nawet, że operacja przewalutowania kredytów we frankach na złotowe po kursie z dnia udzielenia kosztowałaby 40-50 mld zł.

Bankowcy odnoszą się do stwierdzeń polityków z dużą rezerwą. Przede wszystkim argumentują, że wcale nie zależało im na wciskaniu klientom kredytów walutowych. Co więcej, zapewniają, że rzetelnie informowali o ryzyku walutowym. Z tym akurat wypada się zgodzić, zwłaszcza że od połowy 2006 r. obligowała ich do tego Rekomendacja S. Było więc tak, że klienci potwierdzali pisemnie, że zapoznali się z informacjami o ryzyku. Banki oferowały także kredyty w złotych - wprawdzie w tym wypadku często zdarzało się, że klientom brakowało zdolności kredytowej, by taką pożyczkę otrzymać.

Sprawiedliwość społeczna?

W całej dyskusji pomija się pewien dość ważny aspekt. O jego randze świadczy lektura komentarzy pod artykułami na ten temat. Zastanówmy się bowiem, czy ulgowe traktowanie posiadaczy kredytów we frankach szwajcarskich byłoby uczciwe wobec tych, którzy zaciągnęli kredyt w złotych. W Polsce niestety utarło się, że małe grupy zdobywają korzyści kosztem całej zbiorowości, jeżeli odpowiednio głośno swoje potrzeby wyartykułują. Warto przypomnieć, że posiadacze kredytów złotowych również przeżywali problemy - wysokie stopy procentowe, zwiększone koszty obsługi długu. Można więc zastanowić się, czy ustawodawcy nie powinni pomyśleć także o nich. Tym bardziej że ludzie spłacający kredyty frankowe w dalszym ciągu płacą niższą miesięczną ratę od złotowych. Chociaż akurat w tym przypadku nie do końca obrazuje to powagę sytuacji. Jak pisał jakiś czas temu portal comperia.pl: (...) większą zgryzotą jest bardzo wysokie saldo zadłużenia, w przeliczeniu na złote, osób z kredytami we frankach. Przykładowo, kredyt we frankach zaciągany w styczniu 2008 r. wypłacany był po kursie 2,12 zł. To oznacza, że te 300 tys. zł 30-letniego kredytu było równe 141 500 zł kredytu we frankach. Do dziś spłaconych zostało ok. 21 tys. franków. Obecnie do oddania jest więc ok. 120 tys. franków. Niestety, po przeliczeniu tej kwoty na złote po obecnym kursie (3,56 zł za franka), otrzymujemy zadłużenie na poziomie ponad 428 tys. zł. To kwota o ponad 40 proc. wyższa niż pożyczona ponad 5,5 roku temu, i to pomimo solidnej spłaty rat przez cały ten czas. W wielu przypadkach ta kwota bardzo znacząco przewyższa także wartość nieruchomości stanowiącej zabezpieczenie kredytu. (źródło: http://www.comperia.pl/o-co-chodzi-w-problemie-kredytow-we-frankach.html).

Warto się też zastanowić, czy stosowna regulacja miałaby dotyczyć wszystkich kredytobiorców frankowych. Wiadomo, że wielu z nich to deweloperzy - być może należałoby wprowadzić korzystniejsze przepisy dla osób fizycznych. Debata zapewne będzie trwała jeszcze długo

 

Udostpnij artyku: