Banki przespały rozwój rynku e-commerce

Tylko u nas

Cezary Smorszczewski, współzałożyciel Alior Banku i prezes Private Equity Managers S.A.

Postawa liderów biznesu wobec dynamicznych zmian, w szczególności tych generowanych przez postęp technologiczny i umiejętność wykorzystania ich dla zapewnienia sobie pozycji na rynku – kwestia ta była jednym z tematów wystąpienia Cezarego Smorszczewskiego, współzałożyciela Alior Banku a obecnie prezesa Private Equity Managers S.A, podczas spotkania absolwentów MBA Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz WU Executive Academy. Nawiązując do tematu wystąpienia, prezes Smorszczewski podzielił się z redakcją naszego portalu przemyśleniami dotyczącymi przyszłości sektora finansowego, roli tradycyjnej bankowości w obliczu coraz silniejszej konkurencji ze strony fintechów – a także związku pomiędzy niską innowacyjnością polskich firm a modelem edukacji przyjętym nad Wisłą.

Osiem lat temu Pan Prezes wprowadził na rynek bankowy startup w postaci Alior Banku. Czy w dzisiejszym świecie taki sukces dałoby się powtórzyć?

– Myślę, że zawsze jest miejsce na biznes tzw. disruptive – innowacyjny, przełomowy, wywracający tradycyjny porządek. Alior Bank był właśnie takim projektem, w który zresztą na początku mało kto wierzył. Pamiętam jak jeździliśmy z Wojciechem Sobierajem szukać pieniędzy na inwestycję. Kiedy byliśmy na przykład w Stanach Zjednoczonych to niewiele osób postrzegało biznesową szansę w tym, co chcieliśmy robić. Niektórzy oceniali nasz pomysł jako całkowicie irracjonalny. Ale podobnie było z Uberem – też początkowo nikt nie wierzył w model biznesowy przyjęty przez tę spółkę. Regułą jest, że pionierzy zwykle napotykają wiele barier – ale podstawę sukcesu stanowi silne przekonanie założycieli, że realizowany projekt ma sens i szanse powodzenia na rynku. Pozostaje natomiast pytanie, czy taki startup miałby szanse powodzenia w tradycyjnej bankowości – czy jednak lepiej byłoby skoncentrować się na branży fintech. Pamiętajmy, że banki – ale również instytucje płatnicze typu Visa, MasterCard, American Express – przespały dynamiczny rozwój rynku e-commerce. Co się tymczasem działo w tej branży? Rozwinęły się nowoczesne systemy płatności typu PayPal czy Square, w Polsce mamy Przelewy24, Dotpay, eCard, PayU – które dzięki Allegro posiada 40 procentowy udział w rynku. Zarówno banki, jak i tradycyjne organizacje kartowe tak naprawdę nie istnieją na rynku e-commerce’owym; udział tradycyjnego sektora finansowego wynosi tam jedynie 5-7 procent. Banki przynajmniej utrzymują jakiś udział w tym rynku poprzez pay-by-linki.

Porozmawiajmy trochę o fintechach. W jakich dziedzinach rozwija się oferta tych przedsiębiorstw?

– Należy wskazać przede wszystkim na wspomniany wcześniej obszar płatnościowy. Nie mniejsze znaczenie mają dla fintechów przekazy pieniężne i tzw. money remittance – czyli przekazy pieniędzy z kraju miejsca pracy do kraju pochodzenia; działają tu firmy takie jak WesternUnion, MoneyGram, WireTransfer – warta już miliard dolarów spółka z Estonii czy Azimo, w którą to firmę zainwestował zarządzany przez nas fundusz MCI. TechVentures. Kolejny obszar ekspansji fintechów to płatności mPOS i rozwój rynku mPOS-ów. Widać to w przypadku takich spółek jak Square, który przeprowadził IPO przy wycenie bliskiej 3 mld dolarów. Warto pokreślić, że szefem Square jest szef Twittera. Jeszcze inny obszar fintechowy jest powiązany z instytucjami finansowymi – chodzi tu o zarządzanie portfelem klientów. Powstały w tej branży różne spółki w rodzaju Moven, należącej do Bretta Konga. Kolejna płaszczyzna działalności firm z branży technologicznej to obszar bezpieczeństwa. Wchodzi tu w grę kryptografia, autentykacja, identyfikacja czy zabezpieczenie płatności. Pamiętajmy również o obszarze AML, gdzie chodzi o kontrolę, aby pieniądze nie pochodziły z szarej strefy. Obszarem, który w ostatnich latach rozwinął się wyjątkowo dynamicznie, są wreszcie platformy FX-owe. To jest zdumiewające, że takie firmy jak X-trade Brokers, TMS Brokers czy nawet platforma Alior Trader mają tak pokaźne udziały w rynku. Jaki z tego wniosek? Jamie Dimon, szef JP Morgan, nieprzypadkowo stwierdził, że największym zagrożeniem dla bankowości jest we współczesnym świecie właśnie Dolina Krzemowa i spółki które tam powstają. Przytoczę tylko jeden przykład: dziś pozyskiwanie kredytów w 43 procentach dokonuje się poza bankami. Powstały firmy, które są w tej działalności znacznie lepsze, znacznie skuteczniejsze aniżeli sektor bankowy. Oczywiście, te kredyty są później odsprzedawane bankom – które je chętnie kupują, ponieważ muszą mieć aktywa w swym bilansie.

Z drugiej strony często podkreślany jest fakt, że jedynie bankowość daje najwyższy poziom gwarancji bezpieczeństwa…

– Ale dotyczy to wyłącznie jednej z form działalności bankowej: gromadzenia depozytów od klientów. Na zbieranie depozytów bezwzględnie konieczna jest licencja bankowa. Tu nie ma innej możliwości. Co więcej: takiej możliwości być nie powinno. Natomiast już jeżeli chodzi o udzielanie pożyczek – to w tym zakresie zasadniczo nie jest konieczne uzyskanie licencji. Te podmioty mają finansowanie od właścicieli, z rynku kapitałowego, posiłkują się rynkiem pieniężnym w krótkich kredytach – to są chwilówki, w przypadku których bardzo łatwo zabezpieczać swoje ryzyko płynnościowe. Po co nam nadzór do zrobienia platformy forexowej?

Czy rysują się jakieś szanse synergii pomiędzy tradycyjną bankowością a coraz bardziej agresywnymi i kreatywnymi jednocześnie graczami z branży fintech. Czy jedynym modelem koegzystencji jest walka?

– Walka będzie trwała dopóty, dopóki banki nie zapłacą takiej ceny, jaką chcą założyciele spółek fintechowych. Albo banki faktycznie zapłacą, albo te spółki będą po prostu z nimi konkurować. Pamiętać trzeba jednak, że bankowość nie ma przed sobą jakiejś spektakularnej szansy. Chyba, że zacznie być innowacyjna – jednak pamiętajmy że innowacyjność w bankowości to niezwykle ryzykowna rzecz. Moim zdaniem, najbardziej perspektywicznym kierunkiem jest tworzenie podmiotów, które nie podlegają szczegółowemu nadzorowi finansowemu, które nie są kontrolowane przez instytucje nadzorcze – dla przykładu pośrednictwo kredytowe. To są ogromne pieniądze. Mamy spółki peer-to-peer lending, B2B2C lending, B2B lending, Forex B2B. W tych wszystkich obszarach banki nie są w stanie konkurować – każdy bank ma za sobą jakąś historię, ciągnie za sobą 20 departamentów, które muszą podpisać akceptację na dokumencie wprowadzającym innowacje. Tymczasem cechą charakterystyczną innowacji jest konieczność podjęcia ryzyka i zaangażowania określonego kapitału. Niestety – na wielu projektach po prostu się traci, i jest to całkowicie normalne.

Innowacyjność zależy przede wszystkim od poziomu kapitału ludzkiego. Niestety – podczas ostatniej edycji Kongresu Obywatelskiego padło dość pesymistyczne stwierdzenie, że system edukacyjny przygotowuje młodych Polaków raczej do ról odtwórczych. Czy Pan Prezes zgodziłby się z tym stwierdzeniem?

– Oczywiście, że tak. Niestety, właśnie taki model edukacji realizowany jest Polsce. Z jednej strony powstają setki szkół na najróżniejszych poziomach, jednak są one nastawione wyłącznie na ilość a nie na jakość. Kiedy kończyłem w Polsce Politechnikę, następnie wydział prawa a później jeszcze uczelnię w Chicago – nigdzie nie spotkałem się z sytuacją, żeby na wykład przychodziło przeszło tysiąc studentów. Na wydziale prawa na moim roku było 200 studentów – dziś ta liczba nierzadko idzie w tysiące. Powiedzmy szczerze – w takich warunkach kształcimy często ignorantów. Ale to nie jedyny problem. Wielką popularność zachowują kierunki związane z zarządzaniem, a obecne są na większości uczelni. Prawda jest taka, że jest ich za dużo i takie profilowanie nie odpowiada potrzebom na rynku pracy. Nasze nauczanie jest schematyczne i co najgorsze pozbawione wartości praktycznej. W polskim szkolnictwie dominują nauczyciele czy wykładowcy, którzy do przekazania mają tylko książkową wiedzę. Tymczasem nie o to chodzi. Jeżeli mamy wykształcić ludzi genialnych, wybitnych, to kształćmy ich w niestandardowy sposób, starajmy się im stworzyć niekonwencjonalne warunki, a nauczanie zostawiajmy osobom, które oprócz wiedzy typowo akademickiej, mogą też podzielić się doświadczeniami wyniesionymi z praktyki Polskie szkoły nie mieszczą się w pierwszych trzech setkach światowych rankingów. Mieszczą się w czwartej lub piątej setce. Dlaczego tak się dzieje? Bynajmniej nie dlatego, że dysponujemy słabymi naukowcami; polscy fachowcy są naprawdę znakomici, tu nie mamy się czego wstydzić. Niesprawny jest natomiast system, który nie daje szansy wybić się głodnym sukcesów talentom. Jeśli ktoś osiągnie spektakularny sukces, to chętnie mówimy o tym jednostkowym przypadku – tymczasem w Stanach Zjednoczonych w tym samym czasie wybijają się tysiące młodych ludzi, nierzadko z biednych, emigranckich rodzin. Druga sprawa to oczywiście niewielkie zasoby finansowe, jakimi dysponują polskie uczelnie. Żaden z naszych uniwersytetów nie dysponuje kwotą miliarda dolarów – tymczasem jeden uniwersytet Stanforda posiada fundusz w wysokości aż 20 mld dolarów. Te problemy finansowe to przynajmniej po części skutek podejścia kadry naukowej do kwestii pozyskiwania kapitału. Żaden z polskich dziekanów nie pójdzie do absolwenta uczelni, który odniósł spektakularny sukces w biznesie, i nie będzie go zachęcał do wpłaty jakiegoś datku na tę uczelnię. Nigdy nie spotkałem się z przypadkiem, żeby przedstawiciel polskiej uczelni którą ukończyłem zwrócił się do mnie z prośbą o finansowanie; z reguły było odwrotnie i to ja wychodziłem z inicjatywą. Polskiej kadrze naukowej brakuje pierwiastka przedsiębiorczości – czego ujemnym efektem, przynajmniej w pewnym stopniu, jest finansowa kondycja placówek naukowo-badawczych i edukacyjnych.

Karol Jerzy Mórawski

Udostępnij artykuł: