Bankowość i Finanse | Gospodarka | Koronawirus – globalne wyzwanie, bezprecedensowa reakcja

BANK 2020/05

Fot. Archiwum prywatne

Z Rafałem Sonikiem, przedsiębiorcą, sportowcem i filantropem, rozmawiał Karol Materna.

Jak epidemia może wpłynąć na kondycję światowej gospodarki?

– Obecna sytuacja ma charakter bezprecedensowy. Z początku próbowano wyznaczać kolejne analogie, najpierw do globalnego spowolnienia z lat 2008–2011, później do wcześniejszych wydarzeń. Dzisiaj wiemy, że mamy do czynienia z kryzysem głębszym niż kiedykolwiek. Wielką niewiadomą pozostaje, w jakim stopniu instrumenty uruchamiane przez poszczególne kraje i struktury, takie jak Unia Europejska, będą skuteczne w porównaniu z przeszłością, kiedy świat był o wiele mniej zglobalizowany. Dzięki internetowi wymiana informacji jest błyskawiczna, zatem i instrumenty reakcji są o wiele bardziej rozwinięte niż kiedykolwiek.

Paradoksalnie na plus obecnej sytuacji można zaliczyć fakt, że jest to kryzys ogólnoświatowy, a nie regionalny. Problemy popytowe w Europie odbiły się bardzo mocno na kondycji gospodarek takich krajów, jak Bangladesz czy Egipt, skąd większość produkcji trafia na rynek europejski czy amerykański. To oznacza, że prawie wszyscy na świecie mają to samo wyzwanie. Dzięki temu, że komunikujemy się bez granic, wiedza przepływa błyskawicznie i doświadczenia, zebrane w różnych częściach świata, po bardzo krótkim czasie dostępne są dla pozostałych. Najbardziej ucierpią te państwa, które mają najsłabsze zasoby technologiczne, finansowe i logistyczne, niewydolne systemy ochrony zdrowia czy też niesprawne rządy lokalne lub krajowe. Ta epidemia jest wyzwaniem bezprecedensowym nie tyle nawet pod względem stricte medycznym, bo historia zna przypadki pandemii pochłaniających znacznie więcej ofiar, ile z uwagi na fatalne skutki dla światowej gospodarki.

Działania, podjęte przez polski rząd można uznać za wystarczające do zaspokojenia oczekiwań i potrzeb przedsiębiorców w tym kryzysowym czasie?

– Ani legislatorzy, ani uczestnicy gospodarki od strony realnej, ani ci od strony sterującej, do których po części można zaliczyć banki, ale też instytucje takie, jak KNF czy NBP, nie mieli wystarczającej wiedzy, żeby od razu zareagować adekwatnie do skali i struktury wyzwań. Podczas jednej z wideokonferencji z premierem Mateuszem Morawieckim i wicepremier Jadwigą Emilewicz wskazywałem, że w kontekście odmrażania kolejnych sektorów gospodarki czeka nas gigantyczne wyzwanie edukacyjne. Pewną analogią może być kryzys sprzed dekady, po którym przeprowadzono gigantyczny projekt stress testów dla banków Unii Europejskiej. Gdyby wówczas te testy nie zostały przeprowadzone, dziś mielibyśmy do czynienia ze znacznie poważniejszym wyzwaniem. Kilka tygodni temu największy polski bank w ciągu kilku dni przeniósł pięć tysięcy osób do pracy zdalnej. To byłoby absolutnie niewykonalne, gdyby nie współczesna infrastruktura teleinformatyczna, ale również, gdyby 10 lat temu nie wdrożono skrupulatnie wniosków ze wspomnianych testów.

Teraz zastanówmy się, czy ktokolwiek, przygotowując w poprzedniej dekadzie projekty stress testów, przeprowadzając je, i wdrażając później wnioski, mógł przewidzieć, że zostanie sparaliżowana gastronomia, hotelarstwo, znaczna część sektora transportowego i zamknięte będą granice dla obywateli? Nikt nie mógł tego przewidzieć, i nikogo nie można winić, że nie był przygotowany na kumulację problemów. Analogicznie odpowiedziałbym tym, którzy oczekują zdecydowanej krytyki podejmowanych obecnie działań antykryzysowych. Politycy czy regulatorzy odpowiedzialni za stabilność gospodarki mają do czynienia z potężną kumulacją wyzwań, a w swych działaniach muszą stosować odpowiednie procedury formułowania i weryfikacji przepisów.

Niedawno miałem okazję tłumaczyć parlamentarzystom, na czym polega kluczowy problem branży inwestorów w nieruchomości komercyjne. Podałem przykład Galerii Krakowskiej, która jest fragmentem dworca kolejowego i autobusowego. Cały ten kompleks jest zorganizowany jako duże centrum handlowe z peronami i miejscami obsługi pasażerów, zatem przez cały czas musi być oświetlony, klimatyzowany i monitorowany. Właściciel obiektu ponosi koszty udogodnień, z których korzystają pasażerowie, tymczasem najemcy lokali w zdecydowanej większości nie działają i nie są w stanie opłacać czynszów, bo po krótkim czasie wyczerpałyby im się rezerwy gotówki. Dzięki tym wyjaśnieniom parlamentarzyści zrozumieli, że autopoprawka wniesiona tuż przed obradami sejmu do obowiązujących przepisów doprowadziłaby do bankructwa zarówno właścicieli sklepów, jak i właścicieli obiektów, takich jak galerie handlowe. A taki np. minister rozwoju zajmuje się całą gospodarką, musi zatem zrozumieć naraz kilkadziesiąt podobnych mechanizmów. To jest niemożliwe. Co więcej, należałoby wprowadzać bardzo szybko regulacje, które dawałyby szansę przetrwania tym, którzy mają problem odnaleźć się w tak złożonych mechanizmach gospodarczych i wzajemnych zależnościach.

Myślę, że ta lekcja jest odrabiana bardzo szybko i każda kolejna nowelizacja tarczy antykryzysowej będzie precyzyjniej i dokładniej dobranym lekiem do choroby. Już dziś zmienia się rozumienie takich zagadnień, jak podatek od nieruchomości. To jedno z głównych źródeł dochodu gmin, którego pobór od drugiej połowy marca jest bardzo zagrożony. Pojawiły się propozycje rozwiązań, które idą w dwóch kierunkach. Postulowane jest zniesienie lub poluzowanie restrykcji zadłużania się gmin. Równocześnie wskazuje się na możliwość uruchomienia instrumentów wsparcia z budżetu państwa, które pojawiły się ostatnio w projektach nowelizacji tarczy antykryzysowej. Dodam tylko, że rządzący odrabiają zadanie w warunkach niemałej ekspozycji na konflikt polityczny i niespokojnego czasu także i w tej sferze, z którą przecież mają na co dzień do czynienia.

– Przejdźmy do konsekwencji globalnych. Czy epidemia będzie początkiem końca globalizacji? Czy realna staje się wizja reindustrializacji państw, które dotąd wypychały produkcję tam, gdzie jej koszty były niższe?

– Odpowiedź na to pytanie chciałbym oprzeć na historii naszej bankowości. W latach 90. ub. wieku przez Polskę przetaczała się dyskusja, jak powinien wyglądać polski system bankowy. Czy otworzyć rynek w sposób dowolny na obecność międzynarodowych instytucji finansowych na terenie kraju, czy starać się utrzymać banki w polskich rękach? Ostatecznie rynek został mocno otwarty, ale zachowaliśmy na nim przyczółki, takie jak Bank Gospodarstwa Krajowego, Bank Ochrony Środowiska, Bank Gospodarki Żywnościowej, a w szczególności PKO Bank Polski. O tym ostatnim w latach 90., a i po roku 2000 mówiło się, że to relikt przeszłości. Tymczasem od dziesięciu lat PKO Bank Polski jest kotwicą biznesową! Wręcz najistotniejszą instytucją finansową dla polskiej gospodarki.

Jeżeli popatrzeć na strukturę portfela kredytowego PKO Banku Polskiego i historię tego portfela, to widać wyraźnie, że podmiot ten, funkcjonujący w odróżnieniu od BGK całkowicie w warunkach rynkowych, znakomicie się wywiązuje ze swej roli od ponad 10 lat, realnie wspierając rozwój wielu, a może nawet i wszystkich sektorów gospodarki. Dzisiaj nie ma wątpliwości, że obecność mocnych polskich banków na rynku ma gigantyczne znaczenie. Osobiście uważam, że decyzja o odkupieniu Pekao była słuszna. Dzięki temu mamy w Polsce dwa mocne komercyjne banki, kilka mniejszych i ten specyficzny, jakim jest BGK. Te instytucje wspierają polską gospodarkę realnie, współfinansują i kontrolują jej rozwój oraz skutecznie stabilizują sytuację w czasach kryzysu.

Wracając do pytania: czy powinniśmy byli wówczas otworzyć całkowicie rynek, nie stawiając żadnych warunków kapitałowi zagranicznemu w tworzeniu banków w Polsce i opanowaniu rynku? Nie. Należało zrobić to, co zrobiliśmy, czyli pozwolić bankom międzynarodowym zaistnieć na naszym rynku w takim stopniu, w jakim umożliwiało to rozwój technologiczny i kapitałowy sektora, wsparcie w tych fazach polskiej gospodarki, w których wtedy się znajdowała, zachowując zdrową proporcję (która moim zdaniem w tej chwili w Polsce istnieje) pomiędzy instytucjami z kapitałem polskim i zagranicznym. Nie zrobiliśmy tego w handlu spożywczym i dzisiaj znakomita większość obrotów jest generowana przez firmy międzynarodowe działające na polskim rynku. Czy to jest technologicznie niezbędne? Nie jest. Czy to jest kapitałowo niezbędne? Dzisiaj już nie, ale jest za późno. W branży dominują firmy, które weszły na zupełnie niechroniony rynek, a polscy przedsiębiorcy są zepchnięci do defensywy.

W kontekście obecnego kryzysu warto także wywołać poważną dyskusję na temat zachowania żywotnych fragmentów procesów technologicznych, produkcyjnych czy R&D w granicach Polski i Unii Europejskiej. Weźmy przykład koncernów samochodowych, które dużą część produkcji realizują w krajach UE. Czy lepiej by było, żeby ten przemysł był wyprowadzony do krajów o niskich kosztach produkcji? Na pewno nie. Podobnie wygląda sytuacja znakomitego projektu technologicznego, jakim jest Airbus. Przecież jest to wspólne przedsięwzięcie wielu krajów europejskich, w tym również Polski. Dobrze, że Europa produkuje samoloty czy samochody, mimo że kryzys silnie dotyka te branże. Na pewno powinniśmy rozmawiać o tym, jakie dziedziny gospodarki lub jakie fragmenty procesów technologicznych powinny być zachowane w poszczególnych krajach i w naszej europejskiej strukturze, żebyśmy byli lepiej przygotowani na ewentualne kolejne wstrząsy, ale i doceniali znaczenie rynku wewnętrznego, który jest fundamentalnie ważny dla naszej przyszłości.

Udostępnij artykuł: