Bankowość i Finanse | Gospodarka | Wywiad | Martwię się o sektor finansowy

BANK 2020/12

Z prof. dr. hab. Marianem Nogą, wykładowcą Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu rozmawiali Przemysław Barbrich i Jan Osiecki.

Prof. Marian Noga, Wyższa Szkoła Bankowa we Wrocławiu.
Prof. Marian Noga, Wyższa Szkoła Bankowa we Wrocławiu. Źródło: WSB

Z prof. dr. hab. Marianem Nogą, wykładowcą Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu rozmawiali Przemysław Barbrich i Jan Osiecki.

Grudzień to naturalny czas podsumowań, jak zatem ocenia pan rok 2020?

– Tak złego roku nie pamiętam. Okazuje się, że inflacja bazowa jest wyższa od wskaźnika CPI. Jest najwyższa w Unii Europejskiej. Przebiliśmy 4%, a inflacja CPI za październik wyniosła 3,1%. To oznacza, że Rada Polityki Pieniężnej nie panuje nad inflacją. Dla sektora bankowego to informacja, że stracił nadzorcę, bo ten zamiast pomagać, zaczyna przeszkadzać.

Czy według pana ustawienie stawki bazowej i stopy referencyjnej na poziomie 0,1% to był błąd popełniony przez RPP?

– Inflacja zaczęła rosnąć od początku zeszłego roku. Już wtedy RPP powinna, przynajmniej sygnalnie, podwyższyć stopy procentowe.

Po co?!

– To działanie pokazałoby, że Rada Polityki Pieniężnej ma inflację pod swoją kontrolą. W końcu kto ma kontrolować inflacje, jeśli nie ona?

Co można było zatem zrobić?

– Stopa referencyjna wynosiła 150 punktów bazowych, a następnie obniżono ją o jeden punkt procentowy w dwóch skokach. W moim przekonaniu w lutym, marcu, najpóźniej w kwietniu powinno się ją podnieść, właśnie po to, żeby pokazać światu, że RPP panuje nad inflacją.

Potem zaczęła się pandemia. I co, pana zdaniem, powinien był zrobić bank centralny? Trzeba było obniżać stopę referencyjną, utrzymać ją na ówczesnym poziomie?

– To, że bank centralny ustawia stopę referencyjną na przykład na poziomie 0,1%, nie oznacza, że tyle musi wynosić zawsze. To jest tylko impuls monetarny pierwszego rzędu płynący do gospodarki. W moim odczuciu zabrakło takiego impulsu od władzy monetarnej w lutym i marcu. Gdyby się pojawił w górę wiosną, to później łatwiej byłoby stopniowo schodzić np. z 1,75% i zeszlibyśmy nawet do tego 0,1%, ale dopiero w sierpniu. Jednocześnie walczylibyśmy z inflacją i z pandemią, pomagalibyśmy gospodarce i nie wprowadzalibyśmy zamieszania w sektorze bankowym.

Co ta sytuacja oznacza dla banków?

– Sytuacja wygląda następująco: banki otrzymują informacje, że stopa referencyjna wynosi 0,1%, stopa depozytowa wynosi 0%, a stopa lombardowa 0,5%. Jeśli mamy stopę depozytową wynoszącą 0%, to oznacza ni mniej ni więcej, że banki nie mają po co składać pieniędzy w banku centralnym, bo nie dostaną nic. Ale czy banki mają wolne środki?

Mają i to dużo…

– Do pandemii dealer NBP sprzedawał ilość bonów za 100 mld czy 120 mld zł – to pokazuje nadpłynność sektora. I teraz banki mają nadpłynność, ale mamy też koronawirusa, marcowy lockdown spowodował, że 70% gospodarki stanęło. A stanęłoby zapewne jeszcze więcej, gdyby nie różnego rodzaju postojowe i inne tarcze osłonowe. Czy w takiej sytuacji banki są skłonne pożyczać pieniądze, które leżą w ich skarbcach?

Nie bardzo…

– Banki, broniąc się przed trudnymi, czy wręcz niespłacalnymi kredytami, żądają od klientów zabezpieczeń, których ci po prostu nie mają. W efekcie akcja kredytowa zamiast rosnąć, spada – i to mimo tak niskiej stopy referencyjnej, a z banków powoli uciekają pieniądze depozytariuszy, bo oprocentowanie depozytów jest, jakie jest. Klienci indywidualni pewnie chowają pieniądze do skarpety, no bo gdzie je mogą trzymać, jeżeli zabrali je z banków?

Pewnie w jakimś stopniu poszli w rynek nieruchomości…

– To nie jest najgorsza sytuacja. Ceny nieruchomości w wielu miejscach stanęły lub spadły, więc jest to świetna okazja do inwestowania.

Wróćmy jednak do sektora bankowego. Według danych KNF, 20 banków ma straty wynoszące w sumie miliard złotych. To oznacza, że kłopoty ma 10% sektora. To już poważny problem, który jest efektem działań RPP.

– Sektor jako całość powinien wytrzymać, w końcu przeszedł pięć poważnych stress testów. Ale jeżeli upadnie jakiś średniej wielkości bank, to wystąpi efekt domina, ponieważ może dojść do wybuchu nadmiernych emocji u klientów. A ci pewnie już teraz są zaniepokojeni sytuacją, ponieważ wiedzą, że banki zarabiają na kredytach, a tych nie udzielają, bo większość chętnych nie ma odpowiedniego zabezpieczenia. Banki, żeby przerwać ten zaklęty krąg, musiałyby zrezygnować z żądania zabezpieczenia wynoszącego powyżej 100% wartości kredytu.

Martwię się o sektor finansowy. Kryzys finansowy może być przełamany tylko wtedy, jeżeli w państwie jest mocny system bankowy – wszystkie inne problemy, jak dług publiczny czy atak na walutę da się odkręcić. Ale jak pada sektor bankowy, to natychmiast się to przeradza w kryzys gospodarczy.

Sektor bankowy od lat powtarza: „Obciążenia nakładane na nas są za duże. Podatek bankowy został nałożony niepotrzebnie. Wpłaty na BFG, dodatkowe rezerwy, które tworzymy – to wszystko spowodowało, że jesteśmy najbardziej opodatkowani w Europie”. Co trzeba zrobić, żebyśmy nie przyśpieszyli marszu do kryzysu?

– Gdy zaczynała padać branża koncertowo-eventowa, wicepremier Piotr Gliński wymyślił rozdawanie pieniędzy. I zrobiono to tak, że piosenkarz dostawał 100 tys., a jego menedżer 400 tys. zł. Jeśli władza ma robić coś dla sektora bankowego, warto to przemyśleć i wykonać lepiej niż pomoc dla kultury.

Co pan zaproponowałby?

– Najprostsze rozwiązania są związane z naszymi polskimi wewnętrznymi sprawami, takimi jak choćby podatek bankowy. Można na przykład na okres pandemii zwolnić banki z tego obciążenia. I to już byłaby bardzo konkretna pomoc dla sektora.

Wróćmy na chwilę do podsumowań roku. Słuchając wypowiedzi ministra finansów, mam wrażenie, że jest pełen optymizmu, mimo iż w tym roku mieliśmy mieć budżet zrównoważony, a jest jak jest…

– Mamy rekordowe zadłużenie państwa, które próbuje się zamiatać pod dywan. Do tego spór z Unią Europejską o budżet, który chcemy wetować, bo nie podoba się nam praworządność europejska. Nasz budżet był zrównoważony, ale tylko na papierze. Gdy ogłaszano te buńczuczne zapowiedzi, wyciągnąłem kalkulator i nawet przy rachowaniu w sposób bardzo życzliwy dla rządu wychodziło mi, że dochody z VAT-u przeszacowano o co najmniej 10 mld zł. A przypomnijmy, że na 435 mld zł dochodu Skarbu Państwa, z VAT-u miało pochodzić aż 200 mld. To przeszacowanie widać było nawet gołym okiem. A budżet zrównoważono tylko drogą ustalenia tego faktu przez polityków.

Teraz w poprawce do ustawy budżetowej resort zakłada, że dochód będzie wynosił 398,7 mld zł. To jest możliwe?

– To może się udać, bo polska gospodarka jest oparta na małych i średnich przedsiębiorstwach, a one dostały postojowe, więc ludzie zachowali pracę i wydawali pieniądze w sklepach.

Natomiast w deficyt wynoszący 109,3 mld zł nie wierzę, sądzę, że będzie wyższy, bo może jednak pojawi się zastrzyk finansowy dla sektora bankowego, co automatycznie zwiększy dziurę budżetową.

Jeśli zostaną podjęte działania typu zawieszenie podatku bankowego, to możemy popatrzeć na przyszły rok optymistycznie? Czy działania są już spóźnione i trzeba się martwić?

– Działania są spóźnione i jakikolwiek optymizm w spojrzeniu na roku 2021 nie będzie uzasadniony, bowiem dopiero pod koniec przyszłego roku wrócimy do stanu gospodarki z końca roku 2019. Mówiąc realnie, czeka nas bardzo trudny rok 2021 i gonienie tego, co było. A zatem prawdziwe wzrosty gospodarki zaczną się dopiero w roku 2022.

Udostpnij artyku: