Bankowość i finanse | Psucie Pieniądza | Spektakularne przypadki i ich następstwa

BANK 2020/05

Fot. Tomasz Zajda/stock.adobe.com

„Choć niezliczone są klęski, wskutek których królestwa, księstwa i rzeczypospolite upadać zwykły, to jednak według mego mniemania cztery są najsilniejsze: niezgoda, śmiertelność, niepłodność ziemi i spodlenie monety” – zauważył 500 lat temu Mikołaj Kopernik.

Słynny polihistor zapisał się w pamięci potomnych przede wszystkim swoimi obserwacjami astronomicznymi. Jego horyzonty były jednak – jak przystało na człowieka Renesansu – znacznie szersze. Obok wojskowości czy medycyny, Mikołaj Kopernik interesował się także ekonomią. Jej właśnie poświęcił swoje doniosłe, choć mniej znane od traktatów astronomicznych, dzieło „Monetae cudendae ratio”, czyli „Rozprawa o urządzeniu monety”.

Zawarte w nim uwagi i spostrzeżenia pozostają aktualne do dziś, na czele z prawem Kopernika-Greshama głoszącym, że „gorszy pieniądz wypiera lepszy”. Jednak pomysł – jak to ujął Kopernik – „spodlenia monety” nie jest ani domeną współczesności, ani wymysłem Renesansu. Towarzyszy ludzkości od zarania dziejów, pokazując zarazem, jak ogromnie doniosła jest władza nad pieniądzem.

Pieniądz jako towar

Trudno przecenić znaczenie przełomu, jakim było pojawienie się kruszcowych monet. Dotychczasową praktykę, polegającą na starannym odważaniu potrzebnej ilości kruszcu, zastąpił proces znacznie prostszy – odliczania monet o znanej wadze i bezpośrednio wynikającej z niej wartości. Moneta była wówczas niczym innym jak kolejnym towarem – powszechnie akceptowanym i używanym do rozliczeń przy transakcjach.

Do jego wytworzenia idealnie nadawały się złoto i srebro – metale wysoce kowalne, odporne na czynniki zewnętrzne, a przy tym dostępne w ograniczonej ilości. I choć wczesne monety nie miały wybitych nominałów, na podstawie charakterystycznych, powtarzalnych wzorów (wizerunek władcy czy bóstwa) ich użytkownicy mogli łatwo oceniać wartość. Problem polegał na tym, że ta z czasem systematycznie malała.

Zepsuty denar i koniec „Pax Romana”

Sztandarowym przykładem tego procederu jest los rzymskiego denara. Wybity w Rzymie pod koniec III wieku p.n.e., miał na awersie wizerunek bogini Romy i symbol X, oznaczający wartość dziesięciu asów (podstawowa moneta z brązu w starożytnym Rzymie), równoważną 4,55 g czystego srebra.

Początkowo faktycznie każda z monet tyle srebra zawierała. Przez niemal ćwierć tysiąclecia denar był bity z niemal czystego srebra (choć waga monety z czasem nieznacznie spadała), będąc ostoją systemu monetarnego republiki i jednym z filarów jej gospodarczej potęgi.

Z czasem – od cesarza Nerona – kolejne partie denarów zawierały coraz mniej srebra. Jego udział w „srebrnej” monecie spadł ostatecznie do ok. 2%, a zalany bezwartościowym pieniądzem rynek załamał się, rozpoczynając tzw. kryzys III wieku – głęboką zapaść polityczną, militarną i gospodarczą imperium. Doszło do tego, że instytucje podatkowe, zamiast pobierać świadczenia w pozbawionym wartości pieniądzu, domagały się towarów, cofając wymianę handlową do barteru.

O skali upadku dobitnie świadczy fakt, że gdy na przełomie II i I w. p.n.e. funt złota stanowił równowartość 1000 denarów, to 450 lat później, po dziesięcioleciach hiperinflacji, trzeba było za niego zapłacić aż 330 mln denarów. Upadek, połączony z procederem psucia monety, zakończył trwający 265 lat okres „Pax Romana” – czas rozwoju, spokoju i dobrobytu na ziemiach imperium.

Praskie grosze zamiast denarów

Psucie monety nie było niczym niezwykłym także w epokach nam bliższych, zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Dość wspomnieć, że Mieszko I i Bolesław Chrobry wybijali swoje denary ze srebra wysokiej próby, natomiast w czasach Bolesława Śmiałego monety w połowie składały się z miedzi.

Prawdziwą katastrofą były jednak emisje Mieszka Starego, który w czasie rozbicia dzielnicowego władał dzielnicą senioralną, fałszując zarazem bite monety – jednostronnie tłoczone blaszki, nazywane brakteatami. O ile w 1173 r. z jednej grzywny srebra wytwarzano około 700 denarów, kilka lat później było ich niemal dwukrotnie więcej. Powszechną praktyką była także „renovatio monetae” – przymusowa wymiana pieniądza na nowy, o niższej zawartości kruszcu.

Psuciem monety zapisał się w historii także Kazimierz Wielki, który w ten sposób finansował budowę ważnych dla kraju zamków i miejskich fortyfikacji. I choć okres jego rządów jest oceniany przez historyków pozytywnie, zepsuta przez króla moneta straciła na znaczeniu na rzecz zagranicznego pieniądza o lepszej jakości – praskich groszy.

Warto w tym miejscu zauważyć, że proces psucia monety nie może być oceniany jednoznacznie negatywnie. Jego pozytywną funkcją było zniechęcanie do trwałego przechowywania pieniędzy, co wymuszało ich szybki obrót i przyczyniało się do intensyfikacji rozwoju gospodarczego.

Początek nieszczęść królestwa

Psuciem monety zapisali się również Jagiellonowie, których działania na tym polu mógł obserwować Mikołaj Kopernik. Astronom był przecież świadkiem zapaści królewskiej waluty, wypieranej jako środek płatniczy przez monety z Czech czy Węgier.

W języku zapisały się także znacznie późniejsze działania Andrzeja Tymfa, dzierżawiącego za Jana Kazimierza królewską mennicę. „Dobry żart tynfa wart” – głosi powiedzenie, przywołujące monetę o wartości zaniżonej o połowę.

O skali upadku politycznego i gospodarczego kraju dobitnie świadczy odczytywanie przez współczesnych wybitego na monetach napisu. „ICR”, czyli Ioannes Casimirus Rex, znaczyło po polsku Król Jan Kazimierz. Akronim ten bywał jednak złośliwie tłumaczony jako „Initium Calamitatis Regni” – początek nieszczęść królestwa.

Ząbkowana krawędź

Samo psucie monety, praktykowane na przestrzeni wieków przez niezliczonych władców i rządy, wcale nie musiało być przy tym procederem instytucjonalnym. Sposobem na „prywatne” psucie pieniądza było skrawanie jego krawędzi, pozwalające na odzyskiwanie niewielkich ilości kruszcu przy zachowaniu kształtu i nominalnej wartości monet.

Do dzisiaj możemy oglądać ślady dawnych sposobów radzenia sobie z takimi praktykami. Gdy wyciągniemy z portfela monetę, jest duża szansa, że jej krawędź będzie pokryta ząbkami lub jakimś wzorem.

Znakowanie krawędzi monety było, wymyślonym prawdopodobnie przez Isaaca Newtona, zarządcę Mennicy Królewskiej w Londynie, sposobem na zabezpieczenie pieniędzy przed zeskrobywaniem z ich krawędzi drobin kruszcu.

Najnowszy przykład psucia monety

Warty wspomnienia jest też całkiem świeży przykład psucia monety w wykonaniu Narodowego Banku Polskiego. I nie chodzi tu o prowadzoną przez bank centralny politykę emisyjną, ale o psucie monety w dosłownym – sięgającym kruszcowej przeszłości – znaczeniu. W 2014 r. zmienił się bowiem skład metalu, z którego bite są polskie monety najniższej wartości, 1-, 2- i 5-groszówki. Zamiast stosowanego dotychczas mosiądzu manganowego MM59 (CuZn40Mn), nowe zaczęto wytwarzać ze zwykłej stali, zaledwie powleczonej szlachetniejszym stopem.

Emitent tłumaczył to faktem, że wartość surowca, użytego do bicia miedzianych monet, przewyższa ich wartość nominalną, więc zastąpienie dotychczasowego surowca stalą przyniesie znaczące oszczędności. W praktyce był to modelowy przykład psucia monety, gdzie – przedstawiając sytuację w nieco przejaskrawiony sposób – „nowe” kilkugroszówki opłacało się puścić w obieg, płacąc nimi np. za zakupy, a „stare” zachować jako środek tezauryzacji.

W 2020 r. podobny proceder zastosowano w przypadku monet o wyższych nominałach, od 10 groszy do 1 złotego. Używany dotychczas – również w monetach bitych według nowszego wzoru – miedzionikiel (MN25) zastąpiono stalą pokrytą miedzią i niklem.

Wiara czyni cuda?

W 1971 r. prezydent Richard Nixon ogłosił rezygnację z wymienialności dolara na złoto. Ustanowiony międzynarodowym porozumieniem w 1944 r. system z Bretton Woods, z dolarem jako walutą międzynarodową opartą na parytecie złota, przestał istnieć. Rozpoczęła się, trwająca do dziś, era pieniądza fiducjarnego, którego nazwa trafnie określa kluczową cechę.

„Fides”, czyli łac. „wiara” oznacza, że wartość waluty wynika z zaufania do emitenta, którego nie ograniczają już – jak przed wiekami – zasoby dostępnego kruszcu. Trzęsienie ziemi, jakim dla światowej gospodarki okazała się pandemia koronawirusa SARS-CoV-2, pozwoli przekonać się, jak głębokie jest to zaufanie.

Udostępnij artykuł: