Całkowita rezygnacja z rosyjskiego gazu ryzykowna?

Gospodarka

Palniki gazu
Fot. stock.adobe.com/FOTOWAWA

Sekretarz Stanu Piotr Naimski, odpowiedzialny w rządzie za politykę energetyczną poinformował w wywiadzie prasowym, że Polska nie przedłuży z Gazpromem kontraktu gazowego, który kończy się w roku 2022.

#WitoldGadomski: Wadą gazowej strategii rządu jest prymat polityki nad rynkiem #PolskaPolitykaEnergetyczna #LNG #BalticPipe #Gazprom #StrategiaEnergetycznaPolski

Gaz będziemy kupowali z Norwegii i do Polski będzie dostarczany przez gazociąg Baltic Pipe, którego właścicielem będzie Gaz-System i duńska firma Energinet. Gazociąg nie jest jeszcze gotowy i istnieje ryzyko, że nie zostanie skończony do 2022 roku. Ale to nie jedyne ryzyko.

Będziemy też kupować gaz skroplony, LNG, sprowadzany ze Stanów Zjednoczonych. Według Naimskiego po 2022 roku Polska całkowicie zaprzestanie zakupów gazu rosyjskiego, a LNG będzie tańszy o 20 − 30% od gazu z Rosji.

Odcięcie się od gazu rosyjskiego ma Polsce zapewnić, zdaniem ministra, bezpieczeństwo energetyczne. Strategia ta budzi jednak wątpliwości.

Dywersyfikacja źródeł sprzyja niższym cenom

Ceny LNG kształtują się na rynku, w oparciu o kontrakty spotowe i trudno z góry przesądzić, czy będą tańsze, czy też droższe od gazu rosyjskiego. Tym bardziej, że Gazprom ma duże pole manewru, jeśli idzie o określanie cen. Chce rzecz jasna cen możliwie najwyższych, ale dla odbiorców, którzy mają alternatywne źródła zaopatrzenia, może je obniżyć.

Litwa wydzierżawiła pływający terminal odbioru LNG i w ten sposób skłoniła Gazprom do obniżki cen. W dalszym ciągu kupuje gaz rosyjski, który jest po prostu tańszy.

Baltic Pipe ma przepustowość 10 mld m3 rocznie, więc dostawy gazu norweskiego nie wystarczą do zaspokojenia potrzeb Polski. Można też wątpić, by był on tańszy od rosyjskiego.

Będzie uzupełniany przez amerykański LNG, a rząd ma nadzieję, że Polska stanie się hubem gazowym dla Europy Środkowej. To plany mało realne, gdyż nasi sąsiedzi nie zamierzają rezygnować z zakupów od Gazpromu, a rosyjski koncern łatwo będzie mógł konkurować z polskim gazowym hubem.

Projekt dostaw gazu z Polski na Ukrainę jest z kolei obarczony silnym ryzykiem politycznym. Nie można wykluczyć, że obecne władze Ukrainy osiągną z Rosją porozumienie, a jego częścią będzie wznowienie dostaw rosyjskiego gazu. Polska może więc zostać z nadmiernie rozbudowaną infrastrukturą gazową, a koszty jej amortyzacji obciążą klientów PGNiG.

Sześć bloków jądrowych za 100 mld zł

Wadą gazowej strategii rządu jest prymat polityki nad rynkiem. Tymczasem Unia Europejska dąży do urynkowienia handlu gazem. I wielcy odbiorcy gazu – np. zakłady azotowe lub elektrownie, a także samorządy – mogą kupować surowiec na rynku europejskim, bez pośrednictwa polskiego monopolisty PGNiG, który może mieć problemy ze znalezieniem odbiorców. Zwłaszcza, jeśli będzie miał wysokie koszty pozyskania gazu i amortyzacji infrastruktury.

Piotr Naimski ujawnił też rządowe plany zainstalowania w Polsce sześciu jądrowych  bloków energetycznych. Koszt jednego bloku to 15 − 20 mld zł, więc rządowe plany wymagałyby pozyskania ponad 100 mld zł kapitału.

Zapewne będzie to kapitał państwowy, co zablokuje na kilka dekad urynkowienie sektora energetycznego. Naimski twierdzi, że polski rząd rozpatrzy różne oferty dostawy technologii jądrowej, ale związki ze Stanami Zjednoczonymi są obecnie tak silne, że jest niemal pewne, że dostawcą będzie firma amerykańska, zapewne Westinghouse.

Amerykanie są naszym ważnym sojusznikiem, ale opieranie bezpieczeństwa energetycznego Polski wyłącznie na nich sprawi, że nasza pozycja negocjacyjna będzie trudna. A to oznacza drogą energię.

Źródło: aleBank.pl
Udostępnij artykuł: