Czy banki mogą obniżyć koszty?

Gospodarka / Komentarze ekspertów

Krzysztof Kalicki
Krzysztof Kalicki

Banki cały czas szukają możliwości obniżenia kosztów i faktycznie to czynią. Problem w tym, że obciążenia pozabiznesowe przekraczają realne możliwości redukcji kosztów w takiej skali, która pozwoliłaby na wypracowanie satysfakcjonujących (godziwych) zysków, w stosunku do zainwestowanego kapitału, pisze Prof. dr hab. Krzysztof Kalicki.

#KrzysztofKalicki: Sektor bankowy znowu staje się ważnym kołem ratunkowym gospodarki, (...) politycy ponownie szukają rozwiązania kosztem banków i ich klientów #ZBP

Od wielu lat trwa wyścig sektora dotyczący skompensowania spadającego tempa przychodów w stosunku do dramatycznie rosnących kosztów, co implikuje budzący niepokój rynków spadek rentowności kapitału w sektorze bankowym.

Ceny akcji sektora bankowego już od wielu lat są outsiderami na rynkach giełdowych wielu państw, a szczególnie w Polsce.  Tracą nie tylko akcjonariusze, ale i przedsiębiorcy, klienci kredytowi, deponenci czy pracownicy sektora, jak również przyszli emeryci.

Populiści chętnie sięgają do kieszeni banków

Kluczowego znaczenia w tym kontekście nabiera pytanie, jakie są przyczyny rosnących kosztów w sektorze. W znacznym stopniu jest to efekt tzw. tsunami regulacyjnego, które w skali globalnej stanowiło odpowiedź na kryzys 2008 roku.  Sprostanie nowym – bardziej lub mniej słusznym – wymogom oznaczało gigantyczne nakłady na informatykę, wydatki osobowe, nakłady na raportowania, znacząco wyższe koszty kontroli wewnętrznej i zewnętrznej, compliance, podwyższonych wymogów kapitałowych, utrzymywania płynności etc.

W Polsce zbudowano irracjonalną narrację, że „banki i tak sobie jakoś poradzą”, pomimo obciążania ogromnymi kosztami. Zamiast podjęcia próby poprawy sytuacji, kontynuowano zatem drenowanie tego sektora, również spełniając żądania różnych grup społecznych, w imię fałszywej „politycznej potrzeby” lub opacznie rozumianej „sprawiedliwości”.  

Lekką ręką przerzucano na banki liczne dodatkowe koszty nieprzemyślanych pomysłów dyktowanych polityczną potrzebą „dla realizacji słusznych celów”.  Oprócz nakładów związanych z bezpieczeństwem samych banków, narzucono im pokrywanie kosztów „społecznych” przez obciążanie kosztami wpłat na BFG, z którego pokrywano miliardowe straty SKOKów.

Do tego należy dodać wydatki, wynikające z gigantycznej i powielanej wieloaspektowo sprawozdawczości kierowanej do różnych publicznych instytucji, koszty wdrażania i wykorzystywania systemów prowadzonej przez państwo walki z nadużyciami podatkowymi, nakłady na przeciwdziałanie praniu pieniędzy i wiele innych , niemałych wydatków.

Przekonanie, że pieniądze w bankach biorą się ex nihilo spowodowało, że państwo wymuszało, uchwalało i przerzucało na banki idące w setki milionów koszty pomocy kredytobiorcom hipotecznym. Jakby tego było mało, banki stały się sponsorem wydatków politycznych dystrybuowanych przez budżet – w postaci podatku od instytucji finansowych, stanowiącego obciążenie dla sektora sięgające miliardów złotych rocznie.

Trzeba podkreślić, że koszty podatku od instytucji finansowych, czy BFG nie są w żaden sposób skorelowane z dochodowością i nie stanowią kosztu uzyskania przychodu dla banków, mimo, że są przez banki ponoszone, aby państwo mogło pobierać podatek dochodowy od nieistniejących dochodów.

Czy takie rozwiązania są zgodne z podstawowymi zasadami systemu podatkowego i czy są etyczne?

Wyroki sądów też mogą być abuzywne

Kolejne koszty wiążą się z kuriozalnymi kosztami podważania umów w odniesieniu do kredytów walutowych.  Pomysły polityczne i lobbystyczne wpływają na sądy, utwierdzając prawników w przekonaniu, że banki udzielając kredytów naruszały prawa konsumenta, co w efekcie ma prowadzić do obalenia umów kredytowych i zapewnienia konsumentowi wieloletniego finansowania bez konieczności ponoszenia przez niego żadnych kosztów.

U podstaw takich przekonań leżą niczym nie uzasadnione twierdzenia np. że banki ustalają kursy walut. Niektóre sądy ignorują w swoich rozstrzygnięciach obiektywną rzeczywistość i istnienie rynku walutowego, który na całym świecie – jak i w Polsce – jest podstawą tworzenia tabel kursowych – nie tylko banków, ale i kantorów, fintechów, NBP, etc.  

Jeżeli podważa się konstytucyjne zasady działania gospodarki rynkowej i kształtowanie cen, czy kursów przez rynek, to abuzywna jest każda cena wystawiana w tabeli przez dowolnego sprzedawcę każdego towaru. 

Przyjmowanie tej absurdalnej narracji prowadzić ma do uznawania postanowień umów kredytów walutowych za abuzywne, a w konsekwencji do uznania, że żadnego kredytu nie było i że klientowi należy się mieszkanie niemal za darmo.  

Takie wnioski można wyciągnąć z coraz częściej zapadających wyroków w tzw. sprawach frankowych, które nazywam abuzywnymi. Celowo używam słowo „abuzywne”, ponieważ uważam, że wywodzone z niewiedzy lub złej intencji prowadzą do nadużycia i zachwiania (a nie przywrócenia) równowagi pomiędzy bankiem a kredytobiorcą.

W ten sposób kwestionuje się  zasadę, że długi trzeba spłacać, a umów dotrzymywać.

Gdy sąd bawi się w Robin Hooda

Ostatni przykład to wyrok sądu okręgowego w Warszawie, który ustalił nieistnienie stosunku prawnego wynikającego z umowy kredytowej (sic!) w kwocie 2,4 mln PLN, co ma przynieść kredytobiorcom korzyść 1,9 mln PLN. 

Sędzia uznał, że niepotrzebne jest postępowanie dowodowe, bo kredytobiorcy są konsumentami, a w jego mniemaniu nie rynek, ale bank ustalał kurs walutowy.

Ogromnym problemem jest fakt, że sądowe rozstrzygnięcia, wywodzone ze specyficznej interpretacji faktów i przepisów, prowadzą do zaprzeczenia teorii i praktyki ekonomicznej, w tym do rozbieżności z podstawowymi prawami ekonomii, nie kwestionowanymi od tysięcy lat w teorii i praktyce, takimi jak ustalanie się kursów walut w wyniku popytu i podaży na efektywnym rynku walutowym, czy zmiany wartości pieniądza w czasie, w zależności od stóp procentowych dla danej waluty.

To absolutne nieporozumienie wynikające z niedostatków wiedzy ekonomicznej lub premedytacji. Nieetyczne unieważnianie umów w oparciu o wątpliwą interpretację rzeczywistości gospodarczej, wbrew pożytkom odniesionym przez kredytobiorców (wartość mieszkań, niższe ceny, wcześniejszy dostęp rodzin do dachu nad głową, uniknięcie kosztów najmu, etc.) generuje ryzyko nieobliczalnych kosztów, które mogą ponieść banki i ich niewalutowi kredytobiorcy, deponenci, usługobiorcy.

Czy to jest niewiedza, czy zabawa w Robin Hooda? Jedno i drugie niesie ze sobą zagrożenie stratami, którego z pewnością nie da się zaabsorbować postulowaną przez dyletantów redukcją kosztów.

Ciekawe, że sędziowie nie uważają za słuszne i etyczne skorzystanie z wiedzy ekspertów finansowych i obiektywnej oceny rzeczywistości gospodarczej. Łatwiej jest realizować wątpliwą sprawiedliwość poprzez paralogiczne wyroki.

Ignoruje się bowiem fakt, że bilanse banków składają się nie tylko z aktywów w postaci kredytów, ale i z pasywów – przede wszystkim z zobowiązań, za spłatę których odpowiada wobec swoich deponentów i wierzycieli bank.

Ciekawe, czy tak samo by argumentowali ci sami sędziowie próbując odzyskać własne pieniądze od osoby, której je uprzednio pożyczyli? Jestem pewny, że nie, a rozstrzygnięcia skłaniające ich do takiego postępowania z pewnością określiliby jako rozbójnicze.

Politycy muszą zrozumieć sektor bankowy

Dziś sektor bankowy znowu staje się ważnym kołem ratunkowym gospodarki.  Z tym wiążą się dalsze zagrożenia, gdzie politycy ponownie szukają rozwiązania kosztem banków i ich klientów.

Kolejne, po sektorowych, propozycje odraczania spłat rat kredytowych i odsetek całkowicie ignorują fakt, że takie działanie oznacza konieczność refinansowania i ponoszenia kolejnych kosztów odsetek przez tak nadwerężone przez państwo przedsiębiorstwo, jakim jest bank.

Co więcej, koszty „nowej” polityki stóp procentowych też muszą ponieść banki i deponenci. Drastyczne obniżenie stóp procentowych z dnia na dzień w warunkach rosnącej inflacji z ekonomicznego punktu widzenia oznacza dla banku spadek marży z oprocentowania i dalsze pogarszanie się o miliardy złotych wyników sektora.

Taka polityka jest formą nakładania ukrytego podatku i służy przede wszystkim obniżeniu kosztów długu publicznego kosztem oszczędzających obywateli i banków, którym spadają gwałtownie wyniki. Ubytek przychodów w takiej skali jest realnie nie do pokrycia nawet przez największe oszczędności płacowe czy inwestycyjne banków.

Dodajmy, że nad bankami wiszą również w niedalekiej przyszłości koszty dostosowania struktury funduszy do wymogów MREL’a. Można je szacować co najmniej na ponad 1 mld PLN rocznie.

Tymczasem nowa sytuacja gospodarcza już powoduje wzrost kosztów w postaci rezerw na nieobsługiwane kredyty – przedsiębiorstw i ludności.

Można zapytać, do czego taka populistyczna i często nieetyczna polityka wobec banków doprowadzi ? Ekonomiści wiedzą doskonale, że w gospodarce jest zawsze „coś za coś”, a złe decyzje nie są bezkarne i implikują czasami tragiczne w skutkach kryzysy.

Bezpardonowe wykorzystywanie jednego sektora gospodarczego , aby  realizować cele polityczne, społeczne, pozarynkowe transfery między grupami społecznymi i przedsiębiorcami, czy bankami już niesie negatywne skutki dla rozwoju.

Tym, którzy może jeszcze tego nie dostrzegają, trzeba przypomnieć wycofywanie się instytucji finansowych z prowadzenia biznesu w Polsce, czy też ciągle przeprowadzane redukcje kadrowe w bankach.

Dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie, i warto wspomnieć obawę J. Kochanowskiego, że  Polak nową przypowieść sobie kupi, że przed szkodą i po szkodzie głupi.  

Ten brak zainteresowania skutkami działań politycznych, regulacyjnych, orzeczniczych i ryzyka prawnego jest nieodpowiedzialny i głęboko niepokojący. Zbywanie alarmistycznych wypowiedzi i argumentów banków – powszechnie powtarzanym stwierdzeniem „banki jakoś sobie poradzą, bo w bankach są pieniądze” powinno budzić gniew ludzi rozsądnych, w tym kredytobiorców złotowych, kredytobiorców biznesowych, deponentów, wierzycieli banków, a nawet nadzorców etc.

Mało kto już pamięta, że kryzys finansowy wynikający z braku spłat kredytów w latach 1991-94 kosztował państwo (czytaj społeczeństwo) kilkadziesiąt miliardów złotych. Za przywileje dla tak niewielu zapłacą wszyscy.

Samoograniczanie nie przyniesie już rezultatu

Ten stan rzeczy prowadzi do tego, że wiele parametrów w sektorze bankowym systematycznie się pogarsza. Jeszcze w 2011 roku relacja zysku do funduszy własnych wynosiła 15,2%, a w roku 2019 już tylko 6,7%, czyli poniżej rynkowego kosztu kapitału.

Obliczona do kwietnia 2020 wartość RoE wyniosła już tylko 5,94%, a RoA 2,61%. Ponadto, na koniec kwietnia 2020, jedna trzecia sektora banków komercyjnych notowała straty.

Na pogorszanie się wyników sektora bankowego wskazuje wolniejsza dynamika przychodów operacyjnych w stosunku do wzrostu kosztów ogółem za lata 2009-2019, które wzrosły w ciągu dziesięciu lat odpowiednio 60% i 63%.

Trzeba dodać, że dynamika kosztów ogólnego zarządu, gdzie wchodzi podatek bankowy i składki na BFG wzrosła w tym okresie o 69%, czyli w minionej dekadzie dynamika kosztów była znacznie wyższa od dynamiki przychodów – mimo ciągłej redukcji zatrudnienia, kosztów operacyjnych i wdrażania nowych wysokowydajnych technologii informatycznych.

W takim kontekście jakiekolwiek dodatkowe samoograniczanie się instytucji finansowych nie przyniesie oczekiwanego rezultatu. Zwłaszcza teraz, w dobie kryzysu, konieczne jest przewartościowanie polityki wobec banków i dokonanie odpowiedzialnego przeglądu obciążeń, zarówno regulacyjnych, jak i fiskalnych, w celu ich daleko posuniętej racjonalizacji.

Bardziej doświadczony kraj, jakim są Stany Zjednoczone stosuje zupełnie inne podejście. W USA rząd i FED w trosce o stabilność sektora bankowego rozwinął całą gamę instrumentów wsparcia. W celu zwiększenia płynności primary dealers uzyskały dostęp do finansowania do 90 dni, w celu zwiększenia kredytów dla biznesu i gospodarstw domowych. Koszt finansowania ma być niski – primary credit rate, a zabezpieczenia dosyć swobodne.

USA podjęły też kroki w celu podtrzymania rynku obligacji dużych korporacji oraz przy wsparciu państwa sekurytyzacji pożyczek studenckich, kredytów samochodowych, skupu przez FED pożyczek mieszkaniowych, a także rozwinięto parasol nad małymi instytucjami finansowymi.

Warto przypomnieć powiedzenie byłego ministra gospodarki Niemiec, że może stabilność finansowa nie jest wszystkim, ale bez stabilności wszystko jest niczym.

Opracowanie K.Mórawski

Źródło: aleBank.pl
Udostępnij artykuł: