Czy kulki z lodu w drinkach mogą być zabójcze?

Blogi / Jan Cipiur

Zmaganie się z hydrą powinno być sportem olimpijskim. Medale byłyby za ścinanie łbów hydry, a ponieważ odrastają one w liczbie większej od poprzedniej, okazji do turniejów by nie zabrakło. Prawda, że świetny to pomysł? Aha, nie wiadomo, o której hydrze mowa. Już błąd naprawiony, chodzi o najprzeraźliwszą ze strasznych, o hydrę durnej biurokracji.

Jan Cipiur
Jan Cipiur Fot. Autor

Zmaganie się z hydrą powinno być sportem olimpijskim. Medale byłyby za ścinanie łbów hydry, a ponieważ odrastają one w liczbie większej od poprzedniej, okazji do turniejów by nie zabrakło. Prawda, że świetny to pomysł? Aha, nie wiadomo, o której hydrze mowa. Już błąd naprawiony, chodzi o najprzeraźliwszą ze strasznych, o hydrę durnej biurokracji.

Pokłady rodzimej są przebogate, mamy jej więcej niż węgla, ale historyjki będą z obcych krajów, żeby  wrażenia niebyło, że tylko u nas sprawy wolą stać na głowie.

Po prawdzie jednak jest też istotniejszy powód.

W USA ukazała się kolejna książka Martina Lindstroma. Jej tytuł to „The Ministry of Common Sense” (Ministerstwo zdrowego rozsądku). Tak przezywane są tam czasem działy zwalczające nonsensy. U nas takich (chyba?) nie ma.

Były za to dwie wielkie komisje sejmowe Leszka Balcerowicza i Janusza Palikota, z których jednak nic istotnego nie wyszło.

Podtytuł książki wyjaśnia, że autor radzi jak wykorzeniać biurokrację z jej kosztami, złe wymówki i cały ten „corporate BS, czyli mniej grzecznie (BS = bullshit) –g.....y sznyt korporacyjny.

Zadzwoń Prezesie na własną infolinię

Wśród wielu anegdot najbardziej przeraża najłagodniejsza historyjka. Pewien bankowiec powiesił na  ścianie gabinetu rysunek swego małoletniego dziecięcia. Wrócił nazajutrz do biura i co zoczył? Niewprawnej kresce latorośli towarzyszył równy gryzmoł informujący, że złamał zasadę banku zabraniającą zostawianie na noc w biurze przedmiotów prywatnych.

Pewien biznes kartowy był źle oceniany przez klientów. Lindstrom doradzał jego szefom i zaaranżował kolację z nimi. Wcześniej uzgodnił gdzie trzeba, że na ten czas karty prezesów przestaną działać. Pisze, że trzeba było widzieć furię jednego z nich, gdy po nieudanej próbie uregulowania rachunku za taksówkę usiłował dodzwonić się, a potem załatwić sprawę na swojej własnej infolinii.

W rejsie z Zurichu do Frankfurtu pasażerowie musieli wypisać swoje dane kontaktowe na wypadek, gdyby okazało się, że mogli zostać zarażeni „Covidem” podczas lotu. Niestety dostępne były tylko dwa długopisy, które przechodziły z rąk do rąk nieobleczonych rękawiczkami.

Podczas wysiadania ludzi wypuszczano z samolotu co dwa metry jeden pasażer, żeby nie chuchali na siebie na schodkach, ale już w autobusie z płyty do terminala stłoczono ich jak śledzie w beczce.

Szczeble biurokracji

Dawny wysoki urzędnik Pentagonu napisał list do „Economista” i podzielił się doświadczeniami z amerykańskiego wojska z lat 90. ubiegłego już stulecia. Doradcy ówczesnego sekretarza obrony wymyślili i wdrożyli zasady odstępowania przez określonych dowódców od regulacji i zasad, które przeszkadzały im w dobrym wypełnianiu zadań.

Smakowity jest zwłaszcza przykład przepisów regulujących wydatki na posiłki spożywane podczas podróży służbowych w lotnictwie. Roczne ich koszty wynosiły wówczas 8 mld dolarów, ale na sprawdzanie poprawności stosowania przepisów w tej mierze wydawano podobno 3 mld dolarów rocznie, czyli prawie połowę tego co wydawano na posiłki spożywane w delegacjach.

Przez czas jakiś nie sprawdzano zatem, czy delegowany żołnierz posilał się w Ritzu i spał w parku, czy też pałaszował hot-dogi na ławce w parku, a spał jednak w Ritzu, byle rozliczał się jak trzeba.

Było tak, ale tylko do objęcia ministerstwa obrony przez nową ekipę, która zgodnie z utartą niemal wszędzie tradycją, wszystko to co dziełem poprzedników i daje się usunąć, wyrzuciła tę praktykę z odrazą do kosza.

Można powiedzieć - drobiazgi, my to znamy historie stawiające włosy na głowie. Jednak bzdury piramidalne są łatwiejsze do usunięcia niż miriady drobiazgów. I to jest właśnie nasza zmora.

Martin Lindstrom zwraca uwagę, że możemy ulżyć sobie w tej niedoli. Widać oczywisty związek z rozmiarem firm. Najprzyjaźniejsze są te raczkujące, które tracą zdrowy rozsądek wraz korporacyjną dorosłością, silosowaniem i zarządzaniem przez system kluczowych wskaźników efektywności KPI.

Wraz z nabieraniem przez firmy „ciała” zanika empatia, czyli rozumienie sytuacji drugiej osoby, a pracownicy stają się mniej zainteresowani współpracą z ludźmi z innych działów, o klientach nie wspominając.

W opinii Lindstroma najlepiej radzą sobie firmy z trzema, czterema poziomami raportowania. Każdy kolejny szczebel zarządzania to ok. 10-procentowy wzrost obciążeń ludzi pracą oraz nieporozumienia w komunikacji z oczywistym skutkiem w formie rozrostu regulacji i przełożeniem na koszty.

Lepiej ufać pracownikom

Autor twierdzi, że zamiast pisać nowe regulaminy, lepiej zaufać pracownikom i oddać im inicjatywę.

We Włoszech nie można podobno podawać do napojów lodu w kulkach, bo kulki – jak te w pistoletach – są zabójcze. W odróżnieniu od tych prostopadłościennych, którymi - jak wiadomo – krzywdy bliźniemu nie da się uczynić.

Ludzie mają najróżniejsze oblicza, a jest nas na świecie już prawie 8 miliardów i wbrew domorosłym demografom wieszczącym apokaliptyczne wyludnienie i upadek ZUS, będzie tych miliardów jeszcze co najmniej parę więcej, tyle że nie białych, czyli tych u nas, „na Zachodzie”, w najwyższej cenie.

Bardziej chodzi jednak o oblicza w znaczeniu przenośnym, w tym o skłonność do przestrzegania reguł. Wśród mnóstwa pracowitych mrówek i spokojnych owieczek żerują oczywiście wilki, lwy i tygrysy, ale też padlinożercy zatwardziali i okazjonalni – hieny, sępy, wrony.

Biurokracja jest w tym obrazie jak zoo, w którym nas zamknięto byśmy sąsiadów nie gryźli, a nawet schrupali, ale też by nas kto nie skrzywdził.

Gdy spyta ktoś, czy uda się biurokrację wytępić, odpowiedź jest przecząca, bo hydry nie dają się zniewolić, a dekapitowane bardzo szybko wykształcają u siebie nowe głowy.

Nadzieja jest tylko w porównaniu zoologicznym. Dawniej zoo były jak kamienne twierdze z kazamatami, dziś bardziej przypominają parki, a wybiegi dla zwierząt potrafią być ogromne.

Niby wszystko gra, ale od zwiedzania takiego bolą nogi. I jak tu nam dogodzić?

Źródło: aleBank.pl
Udostępnij artykuł: