Demagogia i populizm – Włochy przed wyborami parlamentarnymi

Gospodarka

Zdjęcia ilustracyjne - Rzym
fot. Fotolia

Realizacja obietnic wyborczych największych włoskich partii politycznych kosztowałaby 459 miliardów euro. Obliczył to Roberto Perotti, profesor Uniwersytetu Bocconi, prestiżowej prywatnej wyższej szkoły ekonomicznej w Mediolanie.

#MarekLehnert: Około czterdziestu procent włoskich wyborców nie wie, na kogo głosować #Włochy

Jego analizy ukazywały się na łamach rzymskiego dziennika „La Repubblica”, a po każdym odcinku przedstawiciel zainteresowanej partii zgłaszał oficjalne zastrzeżenia, które ekonomista odpierał w prosty sposób, zarzucając autorom programów nieznajomość elementarnych działań matematycznych.

O ile profesor Perotti nie posunął się do krytyki propozycji programów wyborczych, o tyle jego poważne wątpliwości budziły wskazywane w nich sposoby zdobycia niezbędnych funduszy dla ich realizacji.

Trzy partie za podatkiem linowym

Blok wyborczy centroprawicy, w którego skład wchodzą Forza Italia Silvio Berlusconiego, Liga – dawniej Północna i separatystyczna, obecnie ksenofobiczna i momentami neofaszystowska oraz partia o patriotycznej nazwie Fratelli d’Italia (Bracia Włosi), jak zaczyna się włoski hymn narodowy, do niedawna jedyna spadkobierczyni faszyzmu w wersji soft, na proponowane przez siebie inicjatywy potrzebują najwięcej, bo aż 310 miliardów euro.

Tyle kosztować będzie m.in. realizacja programu „dochodu godności”, czyli zasiłek dla żyjących na skraju ubóstwa oraz bezrobotnych oraz emerytów, ale także amnestia dla dzikiego budownictwa, zniesienie opłat za żłobki oraz wypłacanie gorzej zarabiającym po 400 euro miesięcznie na każde dziecko do szóstego roku życia.

Najwięcej kosztować będzie obiecywana zgodnie przez wszystkie trzy partie (według sondaży mające największe szanse na zwycięstwo w wyborach 4 marca) reforma systemu podatkowego. Chodzi o zapowiedź wprowadzenia podatku liniowego w wysokości około dwudziestu procent, a dokładnie od 15 do 23, niezależnie od dochodów podatnika.

812 euro miesięcznie dla samotnych

Pomoc ze skarbu państwa dla najmniej zarabiających jest od dawna asem w rękawie Ruchu 5 Gwiazd (kiedyś byłego komika Beppe Grillo, który jednak aktualnie i to tuż przed wyborami zdystansował się od swego politycznego tworu). W jego wersji nosi ona nazwę „dochodu obywatelstwa”, co oznacza wypłacanie co miesiąca 812 euro osobie samotnej i 1706 euro parze dorosłych z dwójką dzieci.

Pięciogwiazdkowy program wyborczy przewiduje zwolnienie z podatków osób, których roczny dochód nie przekracza dziesięciu tysięcy € (26 tysięcy w przypadku rodziny), jak i dość zawiłą reformę systemu emerytalnego. Finanse na ten cel pochodzić mają z oszczędności administracji publicznej, co jednak będzie niewystarczające, dlatego profesor Perotti szacuje koszt realizacji tych obietnic na 63 miliardy euro.

Nieco tańsze będą obietnice rządzącej obecnie Partii demokratycznej, której włoski ekonomista zarzuca zupełnie niezrozumiałą lekkomyślność, jakiej dowodem jest jej program, bo przecież chodzi o stronnictwo, które rządziło Włochami od 2013 roku (i to nie najgorzej). Demokratom wystarczy 56 miliardów euro.

Dosadnie o tym, za co uważa te programy, wyraził się Carlo Calenda, minister rozwoju gospodarczego w ustępującym rządzie, którego zdaniem, gdyby opodatkować wszystkie głupstwa, jakie znalazły się w tych obietnicach, uzbierałaby się kwota równa wysokości budżetu Włoch na przyszły rok.

Banki w ręce komitetów robotniczych

Dodajmy, że nie wszystkie obietnice, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wymagają nakładów finansowych. Ruch 5 Gwiazd na przykład zapowiada uchylenie od razu czterystu ustaw, ale także ustanowienie „agentów prowokatorów”, którzy będą próbować sprowadzić polityków na drogę korupcji.

Stronnictwo „Władza dla ludu” chce odciąć się od UE, wypowiedzieć wszystkie traktaty i zlikwidować jej instytucje. Neofaszyści z organizacji „Casa Pound” zapowiadają porzucenie euro i powrót do lira, a opieką społeczną zamierzają objąć tylko osoby narodowości włoskiej „co najmniej od dwóch pokoleń”.

Skrajna lewica zaś chciałaby, aby zakładami przemysłowymi, ale również bankami – po ich bezwzględnej nacjonalizacji – zarządzały „komitety robotnicze”. Radykałowie, podający się od ponad pół wieku za zadeklarowanych pacyfistów, chcieliby, aby przyszłe europejskie siły zbrojne wchodziły w skład Sojuszu Atlantyckiego. Po staremu jedynie przeciwni są użyciu broni jądrowej.

Może nic dziwnego, że około czterdziestu procent wyborców nie wie, na kogo głosować?

Udostępnij artykuł: