Demagogia

Blogi / Wojciech Fułek

Przyszło mi kiedyś odpowiadać w jakiejś ankiecie na pytanie, czego najbardziej nie lubię w naszym życiu publicznym. Niewiele się namyślając, odpowiedziałem, że „demagogii i krzykaczy, którzy swoim hałaśliwym jazgotem zagłuszają wszystko i wszystkich wokół siebie”. Wyrzuciłem z siebie te stwierdzenia jak ze średniowiecznej katapulty, bez większej refleksji na ten temat. Dopiero później zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście to demagogia jest tym, co najbardziej dokucza mi w naszej rzeczywistości?

Bo któż to jest ostatecznie demagog? Chwyciłem za słownik wyrazów obcych, aby odczytać następującą definicję: „polityk, działacz głoszący hasła obliczone na łatwy efekt, starający się pozyskać mało uświadomione masy schlebianiem, obietnicami bez pokrycia i kłamstwem”. W starożytnej Grecji takim mianem określano zaś przywódcę ludu, zwłaszcza w okresie nasilenia walk społecznych w Atenach.

A słowo demagogia, pochodzącego od szlachetnego greckiego sformułowania, oznaczającego „kierowanie ludem” dziś ma już wyłącznie pejoratywne znaczenie i określa „oddziaływanie na uczucia i nastroje polityczne lub społeczne przez nierealne obietnice i pochlebstwa dla osiągnięcia własnych celów”, a w szerszym znaczeniu jest to „wszelka akcja obliczona na łatwy efekt”.

Po krótkiej słownikowej analizie utwierdziłem się w przekonaniu, że w życiu publicznym demagogii nie toleruję, tym bardziej, że najczęściej towarzyszy jej jeszcze „bezinteresowna polska zawiść”. I nie musiałem wcale daleko szukać, aby klasycznych demagogów zdemaskować. Wystarczy włączyć radio, telewizor, przejrzeć codzienne gazety, zajrzeć do interentu. Wszędzie tam odnajdziecie całe pokłady demagogicznych wypowiedzi i opinii najczęściej niespełnionych, zakompleksionych, odrzuconych i biednych ludzi. Albo – drugi biegun – pewnych siebie arogantów, którym nie tylko brak pokory, ale i najczęściej podstaw dobrego wychowania. W gruncie rzeczy powinniśmy im wszystkim współczuć, zwłaszcza, jeśli szczerze wierzą, w to co głoszą. Ale jeśli uznamy takie zachowanie za objaw chorobowy, to może łatwiej nam będzie je zrozumieć.

Klasyczny demagog ma z reguły nieposkromione ambicje polityczne. Prawda w gruncie rzeczy zupełnie go nie obchodzi, ponieważ bywa mało przydatna do demagogicznych chwytów. Bo jeśli komuś brakuje wyobraźni i nie potrafi sam wskazać drogi w ciemności, tak łatwo przecież może zaistnieć światłem odbitym. Nawet jeśli jest to światło odbite od tego, kogo się obrzuca błotem. ? W swej bezinteresownej (czy zresztą aby na pewno?) polskiej zawiści wystarczy wtedy przecież obrzucić wyzwiskami, zarzutami i podejrzeniami innych, których obdarzono zaufaniem. I już – przez sam fakt negacji – czują się na swój sposób bohaterami. Prawda, jakie proste? Na szczęście nie są – ani nigdy nie będą – bohaterami mojego romansu.

Może wciąż jestem naiwny, ale jak dziecko wierzę, że prawda jest prawdą, kłamstwo – kłamstwem; że agresja wywołuje odwrotny skutek niż zamierzał napastnik i przysparza tylko sympatii skrycie atakowanemu; że za anonimowym atakiem ukrywa się zwyczajny tchórz, któremu brak odwagi wystąpić otwarcie; że ludzie bardziej cenią działania pozytywne niż negatywne; że sami potrafią myśleć logicznie i wyciągać wnioski, do czego na pewno nie potrzeba im wprowadzającej w błąd instrukcji i fałszywych informacji. Bo tak naprawdę w gromkich pokrzykiwaniach demagogów chodzi tylko o to, aby ktoś usłyszał ich nazwisko. Dlaczego zatem sprawiać im tę przyjemność?

Miał rację kiedyś mistrz Antoni Słonimski, stwierdzając, że „odporność na demagogię wzmaga się wraz ze stabilnością i stopą życiową. Poczucie humoru i dowcip to antybiotyki zabójcze dla wirusów fanatyzmu”. Tylko kto chce dziś jeszcze słuchać poety i korzystać z jego cennych rad? Może jednak warto…

Wojciech Fułek

Udostępnij artykuł: