Efekt batoga, nieoczywiste źródło inflacji

Blogi / Jan Cipiur

Inflacja ma wielką szansę stać się słowem tego roku. Oby nie stała się słowem pięciolecia lub dekady. Jej przyczyny są zazwyczaj trywialne i przewidywalne, ale działają też te mniej znane.

Jan Cipiur
Jan Cipiur Fot. Autor

Inflacja ma wielką szansę stać się słowem tego roku. Oby nie stała się słowem pięciolecia lub dekady. Jej przyczyny są zazwyczaj trywialne i przewidywalne, ale działają też te mniej znane.

Brian Moynihan, szef Bank of America (BofA), drugiego pod względem wielkości banku w USA, zauważył w wywiadzie dla agencji AP, że przez lata jego kariery tempo wzrostu wydatków opłacanych kartami (kredytowymi i debetowymi) jego banku nie było to wielkie jak w 2021 r. Również szef Visy Al Kelly wskazuje na rekordy w zapłatach kartami.

W listopadzie wydatki regulowane kartami BofA były aż o 27 proc. wyższe niż w listopadzie 2019 r., czyli tuż przed pandemią. Skąd ten run na sklepy?

Pieniędzy ludziom w Stanach generalnie nie brakowało i ciągle nie brakuje, ponieważ rząd i Fed reagowały na kolejne ataki koronawirusa z całą mocą, kierując na rynek ogromne ilości pieniędzy. Gospodarka nie zgubiła za wiele tempa, wraz z nią rosną płace. Bezrobocie to teraz też nie problem.

Po drugiej stronie awersu zawsze znajdziemy jednak rewers – dziś na nim napisy w różnych językach o inflacji.

Inflacja, bal na Titanicu?

Z reakcją monetarno- fiskalną jest tak jak było z dokładaniem węgla do paleniska parowozu: za dużo palacz wrzucił, kocioł wybuchł, a mógł wrzucić w sam raz.

Jednak dobre rady formułować łatwo, trudniej określić ante factum, o ile mniej pieniędzy trzeba było dokładać, żeby ludzi i gospodarki nie podusić, ale też ognia pod inflacją nie rozpalić. Zdolnych do rozwiązania tego równania zabrakło, ale czy w ogóle mamy takich?

Bal na Titanicu to właściwe, przedwczesne, czy nazbyt ponure i w ogóle durne skojarzenie?

Amerykanie nie wiedzą, że ich inflacja (6,8 proc. w listopadzie br.) jest o cały punkt procentowy niższa niż w Polsce, denerwują się zatem bardziej, niż gdyby wiedzieli, że u innych jest z cenami jeszcze gorzej.

Martwić się bowiem mają czym, bo wzrost cen jest najwyższy od 39 lat - całe dwa pokolenia takiego nie doświadczyły.

Poszli zatem na wyścig z inflacją. Co ciekawe, biegają mniej po  galeriach handlowych lub dyskontach, a bardziej po miejscach z rozrywkami, biurach podróży i restauracjach. Bal na Titanicu to właściwe, przedwczesne, czy nazbyt ponure i w ogóle durne skojarzenie?

Rekordowe zadłużanie się w 2020 roku

Prezes Moynihan byłby przeciw pesymistom. Zaznaczył, że dzięki aktywnej polityce monetarnej i fiskalnej, USA szybko wyszły z recesji. Uważa, że gdy ludzie mają za co i kupują, to jest dobrze.

Jako bankier wie doskonale, że złe nastroje wśród ludzi bankom bardzo źle służą, więc proinflacyjnego charakter runu na wydatki nie podkreślał.

Powiedział co chciał powiedzieć, ale i bez jego oświadczenia wiemy, że podstawowym źródłem obecnego wybuchu inflacji jest nadmiar pieniędzy w obrocie wskutek „drukowania” i luzowania przez rządy rygorów podatkowych i wydatkowych, a więc także tych związanych z zadłużeniem.

Wydatki mogły rosnąć także wskutek zaciągania przez państwa wielkich długów, zarówno w bankach centralnych, jak i na rynkach finansowych.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy podał właśnie, że pod względem jednorocznego wzrostu wartości globalnego długu od II wojny nie było takiego roku, jakim był rok 2020. Światowe zadłużenie wyniosło 226 bilionów (226 000 mld dolarów), wzrosło przez jeden tylko rok aż o 28 proc. i stanowi obecnie dwuipółkrotność (256 proc.) sumy produktów krajowych brutto wszystkich państw świata.

Inflacja, podobnie jak inne złożone procesy gospodarcze, nie jest zjawiskiem jednoczynnikowym. W związku z globalizacją część ekonomistów przypomina o teorii nazywanej efektem lub inaczej bata (bullwhip effect).

Szkodliwe robienie zapasów

Nazwa wzięła się od zjawiska fizycznego wskutek którego nie tak znowu silne poruszenie rękojeścią bicza wywołuje olbrzymią prędkość na końcu rzemienia.

Pod pojęciem efektu batoga kryje się krótkookresowy zazwyczaj fenomen polegający na zamawianiu na zapas, czasem ilości podwójnych, a czasem i potrójnych w relacji do spodziewanego, rzeczywistego popytu. Podaż maleje wskutek sztucznie pompowanego popytu – ceny rosną.

Dziś efekt batoga daje o sobie znać głównie w wyniku porozrywania globalnych łańcuchów dostaw w konsekwencji pandemii.

Robienie zapasów w ciężkich czasach jest u ludzi powszechne i nie do wyperswadowania

Najpierw zaczyna brakować np. chipów. Producenci smartfonów, aut i dziesiątek innych rzeczy stają się nerwowi i zamawiają ich coraz więcej. Wytwórcy półprzewodników odbierają silny sygnał popytowy, na który nie są w stanie w pełni odpowiedzieć. Zaopatrzeniowcy boją się coraz bardziej, co to będzie, więc wysyłają kolejne zamówienia, kreując coraz wyższy (sztuczny) popyt.

Sztuczne podkręcanie w ten sposób popytu jest zazwyczaj do opanowania w krótkim czasie, ale dziś czas jest nienormalny. Nie wiadomo jak długo potrwa pandemia i jakie może mieć skutki ekonomiczno-finansowe oraz w zachowaniach ludzi, więc lepiej mieć towar (sprzedawalny) na składzie i w drodze, niż go nie mieć.

W długim czasie powstają warunki do wyścigu cen z płacami, a to oznacza dłuższy niż krótszy czas inflacji.

Walka z efektem batoga zwanym też, od nazwiska jego badacza z MIT, efektem Forrestera, jest trudna, ponieważ robienie zapasów w ciężkich czasach jest u ludzi powszechne i nie do wyperswadowania.

Podczas II wojny, kiedy obowiązywało racjonowanie wielu towarów, opublikowano  w Stanach rysunek, na którym ktoś ładuje na wózek wielkie ilości puszek z różnymi produktami. Sprzedawca patrzy nań pytająco, więc klient tłumaczy: „Ja nie chomikuję, robię tylko zapasy zanim wparują tu prawdziwi ciułacze”.

W próbach oswojenia swojego efektu Jay Forrester opracował niedługo po II wojnie „grę w piwo” (beer game). Rywalizują w niej cztery zespoły wcielających się w role detalistów, hurtowników, dystrybutorów i browarników, współpracujących w symulowanym łańcuchu dostaw. W grze chodzi o to, żeby zaspokoić popyt po jak najmniejszych kosztach.

Profesor John D. Sterman prowadzi beer game w MIT od 40 lat. Chociaż gracze nie muszą borykać się z wieloma prawdziwymi problemami, np. z pracownikami, zaopatrzeniem w chmiel i jęczmień, czy deficytem mocy przerobowych, to nie są w stanie wyjść z gry z tarczą.

Generowane przez nich koszty są przeciętnie 10 razy wyższe od optymalnych. Podczas jednej z gier z udziałem bardzo ważnych prezesów, ponieśli biedacy koszty w wysokości 190 000 dolarów, podczas gdy mogły one wynieść jedynie 1000, jeśliby ich decyzje zaopatrzeniowe były właściwe, tj. racjonalne.

Główne źródło inflacji widzę w polityce monetarnej i fiskalnej prowadzonej zbyt niefrasobliwie już od ponad 10 lat, ale czynników było i jest więcej, więc bullwhip effect też daje znać o sobie.

Jan Cipiur
Jan Cipiur, dziennikarz i redaktor z ponad 40-letnim stażem. Zaczynał w PAP, gdzie po 1989 r. stworzył pierwszą redakcję ekonomiczną. Twórca serwisów dla biznesu w agencji BOSS. Obecnie publikuje m.in. w Obserwatorze Finansowym.
Źródło: aleBank.pl
Udostępnij artykuł: