Forum Technologii Bankowych | Wydanie Specjalne | Archiwalna dysk(recja)

BANK 2020/08

Fot. Angelov/stock.adobe.com

Gromadzenie danych w skali mikro w domu. Co zrobić z prywatnymi zdjęciami, filmami, dokumentami? Jak chronić? Gdzie bezpiecznie przechowywać? Mini przegląd od VHS do przechowywania w chmurze.

Czy kiedykolwiek zastanawiali się Państwo, co by było, gdyby nagle te wszystkie zdjęcia, które robimy każdego dnia, trzeba było wydrukować i grzecznie ułożyć w albumach? Ile by ich było? Jak wyglądałyby nasze mieszkania? Podejrzewam, że albumy leżałyby wszędzie, a historii naszego życia, dokumentowanej co kilkadziesiąt minut lub godzin, nie przejrzałby (nawet pobieżnie) chyba nikt – no, chyba że żyłby naszym życiem.

Jak często fotografujemy? Kilka lat temu szacunki (nie poparte wielkimi badaniami) wykazywały, że na przestrzeni dwóch minut robimy więcej zdjęć, niż w całym XIX w. Brzmi to dumnie, póki się nie zastanowimy, ile osób w XIX w. miało aparat fotograficzny. Wtedy to była raczej ciekawostka pokazywana na odpustach i przy okazji wizyty cyrku w miasteczku, a nie sposób na przechowywanie wspomnień czy standardowa metoda identyfikacji ludzi. No i gdzie tym pozowanym, długo naświetlanym zdjęciom, do dzisiejszego chwytania emocji…

Kilkaset fotek dziennie? To standard…

Miłośnicy jednego ze znanych portali podróżniczych wywnioskowali, że każdego dnia (oczywiście podczas podróży) przeciętny Kowalski robi 46 zdjęć i 12 selfie. To pozornie dużo, ale pewnie wielu krzyknie jak ja: „Tylko tyle??? Ja się w tych kategoriach nie mieszczę…” I pozwólcie państwo, że poddam się samokrytyce, bo to, ile robię zdjęć, wcale nie świadczy o tym, że umiem. Raczej mógłbym stwierdzić, że lubię, a tłukę tyle, bo „może jakieś wyjdzie”. Ile ich jest? Wystarczy szybki rzut oka do komputera i… dane nie kłamią. Podczas krótkich wakacji dziennie robiłem… ok. 500 zdjęć (!). Tylko aparatem – no a przecież jest jeszcze telefon. A nawet dwa – każdy ma dodatkową kartę, by się pamięć nie zapchała za szybko… i każdy robi za aparat fotograficzny. Czyli w sumie, to i tak wyjdzie lekką ręką 600–700 zdjęć dziennie. Dobrze, że wakacje nie są długie i zbyt często nie występują. Uff, i tu pojawia się ta okrutna myśl – a przecież „kiedyś to…” Nie, nie powiem, że kiedyś to było lepiej – bo nie było!!! Było strasznie i nikt mnie nie przekona, że było inaczej. Inne aparaty, technika, materiały fotograficzne. To wszystko się zmieniło. Fakt, nie robiłem tylu zdjęć. Kadr, chwila, światło i w ogóle wszystko musiało być bardziej przemyślane. Bo to i klisze miały swoje ograniczenia (kto jeszcze pamięta te standardowe 24 lub 36 klatek?), trudno dostępne, zwykle czarno-białe – no i za każde zdjęcie – za to, by je zobaczyć – trzeba było zapłacić. Ktoś wywoływał sam, inny oddawał do zakładu, ale i tak to wszystko słono kosztowało… Jak każda pasja. Teraz jest prościej. Jest inaczej.

Skarbiec na wspomnienia potrzebny od zaraz

Zdjęć robimy tysiące i często (ja na pewno) nie radzimy sobie ani z ich selekcją, ani też z obróbką. Zanim się do tego zabiorę, już mam kolejne, baaaardzo ważne i piękne zdjęcia, które trzeba zgrać z aparatu i zapełniać pamięć komputera. To to chyba wszyscy znamy. Zdjęcia, filmy, dokumenty… Co z tym robić? Jak i gdzie przechowywać? Sami sobie zgotowaliśmy małe cyfrowe piekło i jakoś musimy sobie z nim poradzić. Warto to zrobić. Zwłaszcza że każde z tych zdjęć kiedyś może się okazać tak cenne, tak wyjątkowe, tak niezwykłe… Nie wiemy, co jest za zakrętem, jaki kolejny wirus nas zaatakuje, co i kiedy będą mogły zobaczyć nasze dzieci i wnuki? Czy pojadą tam, gdzie my byliśmy? Czy poczują smak kawy w Neapolu i zapach traw na stepach Ukrainy? Czy my jeszcze tam będziemy? Nie wiemy, więc każde z tych naszych wspomnień utrwalonych cyfrowo przechowujemy jak skarb. A skarb ma swoje miejsce. Bezpieczne.

Pamiętacie Państwo film dla dzieci „Richie milioner”? Rodzice głównego bohatera w swym wielkim sejfie nie przechowywali złota, kamieni szlachetnych, papierów wartościowych itd. Przechowywali wspomnienia – ich okruchy. Starą piłkę, rękawicę, dziecięce zabawki. To, co dla nich było najcenniejsze. Nie każdy ma jednak wykuty w skale sejf, a każdy chce mieć i szybki dostęp do swego archiwum, i pewność, że jest ono bezpieczne. To teraz trochę o tych naszych domowych sejfach. Jeśli zdjęć nie wywołujemy i nie przechowujemy w wersji papierowej, to co zrobić?

Nie korzystajmy z technologii przeszłości

Oczywiście, ilu ludzi, tyle szkół i pomysłów, jak to wszystko zabezpieczyć i przechowywać. Są nawet tacy, którzy sugerują, by filmy (nie fotki a filmy!) zgrać na taśmy VHS i trzymać w piwnicznych pudłach na wieczne „nigdy do zobaczenia”!!! Uwaga. Jeśli ktoś nam zaproponuje takowe rozwiązanie, wówczas nie łapiemy się za głowę, tylko – patrząc głęboko w oczy pomysłodawcy – przypomnijmy, jak działał VHS i wytłumaczmy, że ani to poręczne, ani dobre (zaraz na taśmach pojawią się jakieś dropy). Sam magnetowid to dziś towar luksusowo nieosiągalny, a co za tym idzie, jest spory problem zarówno, by zarchiwizować w ten sposób dane, jak też później je odtworzyć.

Także i koncepcję, by jako archiwum wykorzystać 3,5-calowe dyskietki (wycofane ze sprzedaży w 2011 r.), odkładamy na półkę razem z resztkami zapisanych w ten sposób wspomnień. Następcy tych zacnych jak na swoje czasy systemów, płyty CD, w sprzedaży wciąż są, ale też nie należą do najłatwiejszych i najbardziej popularnych nośników pamięci. W sumie ta forma magazynowania danych nie byłaby taka zła, gdyby nie dwa, wcale nie takie małe, problemy. Po pierwsze pojemność płyty. Jakoś nie przystoi już do tego, ile ważą te nasze coraz lepsze, robione coraz doskonalszym sprzętem zdjęcia. No bo co to jest dziś 700 mega? Wystarczy na 200 zdjęć? Czasami. Po drugie – już mało kto sprzedaje komputery z wbudowaną stacją dysków. Co zatem robić? Kupić zewnętrzną nagrywarkę? Bawić się jak kilkanaście lat temu? Opisywać dyskietki markerami i szukać w nich potem jednego zdjęcia godzinami? Większego sensu to nie ma.

Dysk najlepszym sejfem?

Najprościej (!) byłoby trzymać wszystko to (całe nasze dotychczasowe życie) na twardym dysku komputera. Zdjęcia są pod ręką, łatwo je posegregować, znaleźć. I na tym kończą się zalety. Przetrzymywanie danych na komputerze ma sens, o ile wierzymy w cuda i pokładamy nadzieję w technice, że nic nigdy z nim się nie stanie, a jego pamięć będzie rosła razem z liczbą kolejnych, dokładanych mu przez nas danych…. Tak to niestety nie działa.

Do niedawna najczęściej stosowaną metodą przechowywania kilo, mega i giga bajtów prywatnych danych były twarde dyski zewnętrzne. W sumie lekkie, łatwe w obsłudze, coraz pojemniejsze i coraz tańsze. Z kolejnymi systemami USB, które miały umożliwić szybkość przesyłu danych i dostępu. I to był najlepszy – a może i nadal jest – ze sposobów archiwizacji. Dysk to dysk – mamy go fizycznie. Da się podpiąć do komputera, tv, czy czego tam jeszcze i można obejrzeć zdjęcia. Choć i tu czasami pojawiają się schody. Wystarczy, że mamy zdjęcia na PC i na Macu – i zaczyna się nierówna walka z cyfrową materią. Dane wprawdzie są bezpieczne, ale komputery i dyski nie do końca ze sobą współpracują. Najlepiej mieć jeden system lub różne dyski, co niestety zwiększa i ich liczbę i koszt archiwizacji. Kolejne zalecane przez znawców tematu działanie, to… co najmniej dublowanie dysków. Bo gdyby się ten jeden jedyny uszkodził, możemy stracić wszystko. Próby odzyskania danych ani nie dają 100% gwarancji powodzenia, ani nie są tanie. Wniosek – musimy sobie sprawić szafę na dyski, niech im będzie sucho, ciepło, bezpiecznie, z dala od kurzu, wstrząsów i wody. Od małych dziecięcych rączek wyposażonych w młotki też. (Ależ to jest zabawa zobaczyć, co jest w środku takiego dysku! Sam, ku znikomej uciesze mego ojca, otworzyłem słynną Smienę tuż po zrobieniu zdjęć, by zobaczyć, jak te zdjęcia wyszły. Początkowo wyszedł z siebie ojciec, a zdjęcia, to dopiero kolejne, i to po wytłumaczeniu mi zasad tej fotograficznej zabawy). Przed dziecięcą ciekawością i sprytem uchronić może tylko solidna szafa lub większa świadomość szkrabów, która jednakże przychodzi z wiekiem.

Wystarczy szybki rzut oka do komputera i… dane nie kłamią. Podczas krótkich wakacji dziennie robiłem… ok. 500 zdjęć (!). Tylko aparatem – no a przecież jest jeszcze telefon. A nawet dwa – każdy ma dodatkową kartę, by się pamięć nie zapchała za szybko… i każdy robi za aparat fotograficzny. Czyli w sumie, to i tak wyjdzie lekką ręką 600–700 zdjęć dziennie. Dobrze, że wakacje nie są długie i zbyt często nie występują.

Fot. Blue Planet Studio/stock.adobe.com

A może jednak cloud…

Przed tym, by nikt niepowołany nie dobierał się do naszych danych, szafa już nie uchroni – to stanowczo za mało. Tu już musimy się postarać o inne zabezpieczenia. Sieć jest pełna dobrych rad, jak ten dysk zabezpieczyć. Hasłem? A może lepsze byłoby szyfrowanie? Te pomysły, jak i bezpłatne zabezpieczenia, służą niestety głównie poprawie naszego samopoczucia. Są raczej namiastką zabezpieczeń, a nie ich realnym wydaniem. Za coś solidnego, porządnego trzeba zapłacić, znaleźć fachowców, posłuchać rad, wprowadzić kody, hasła i spać spokojnie. (Albo robić i mieć zdjęcia, których wyciek nikogo nie skompromituje – to chyba najprostsze i najtańsze zabezpieczenie.)

Ostatnie lata to totalna zmiana systemów i sposobu przechowywania danych. To już nie fizyczne dyski, a cyfrowa chmura stała się miejscem gromadzenia dosłownie wszystkiego. Zbierania i dzielenia się: zdjęciami, filmami, dokumentami, danymi. Niczego nie musimy nosić, a wszystko mamy. Nic nie waży, nie zajmuje miejsca, a jest! Rozwiązanie genialnie proste i pełne zalet – dostęp do danych mamy natychmiast, niezależnie od tego, gdzie jesteśmy i z jakiego sprzętu korzystamy, wystarczy, że wiemy, gdzie szukać i znamy hasło dostępu. A co jeśli zna lub pozna je jeszcze ktoś? Przecież to ma być nasz sejf! Ale czy jest?

Producenci programów tekstowych, biurowych, graficznych czy internetowi giganci owszem oferują nam dostęp do chmury i bezpieczeństwo, ale przecież wiemy, że nie ma takich zabezpieczeń, których złamać się nie da. Co chwila światem celebrytów wstrząsają informacje o kolejnych zdjęciach gwiazd, które wyciekły (oczywiście zostawiając te, które wyciec miały – bo nieważne jak, byle dużo mówili i nazwiska nie przekręcali). Słyszymy przecież o aferach, które są tylko dowodem na to, że z chmury czasami coś pospadać może. Wyciekają dane i zdjęcia, poufne informacje wstrząsają światem polityki. Tyle że te największe, to już walka, za którą czasami stoją rządy i ich służby oraz wielkie pieniądze. Za tymi małymi stoi najczęściej ciekawość lub żądze (i dopiero pieniądze).

Prawie sześć lat temu świat plotkarski żył wyciekiem zdjęć takich gwiazd, jak Jennifer Lawrence, Kate Upton, Ariany Grande czy Kristen Dunst. Hakerom udało się włamać do ich prywatnych kont w telefonach, komputerach oraz w sieci i wykraść wszystko to, co rozgrzało internet. Ale to gwiazdy – zainteresowanie tym, co robią i jak się zachowują, kiedy świat nie patrzy, jest o niebo większe od zainteresowania tym, co Kowalski jadł na wakacjach w Grecji lub jakie kąpielówki założył podczas wypoczynku na egipskiej plaży.

Kowalski – czyli ja – ma z chmurą inny problem: ile ta chmura wytrzyma, czytaj: ile zdjęć i danych pomieści. Standardowo całkiem sporo, a niestandardowo – no cóż – za rozwiązania niestandardowe trzeba po prostu płacić. Normalnie, jak to za magazyn rzeczy różnych. Z magazynu coś może zginąć, to już wiemy, to się zdarza. Ale czy cały magazyn nie zniknie? Na oczy nie widziałem magazyniera, a więc? Niby są gwarancje, ale… I tu właśnie wracamy do punktu wyjścia. Kiedyś to… Nie, lepiej nie było. Było inaczej.

PS. Czy jest coś trwalszego i bezpieczniejszego od chmury? Może naskalne starożytne „fotki” jaskiniowe? W Brazylii właśnie zamalowano takie sprzed 11 tys. lat. Przeszkadzały…

Udostępnij artykuł: