Giełda: Koniec taniej spekulacji

NZB 2015/02

Podczas sierpniowego załamania się na rynkach akcji rynek walutowy zachował się inaczej, niż to wcześniej bywało w takich sytuacjach. Wyraźnie tracił amerykański dolar, a zyskiwało euro. Byłoby jednak dużym błędem przypisywać wspólnej walucie rolę tzw. bezpiecznej przystani.

Podczas sierpniowego załamania się na rynkach akcji rynek walutowy zachował się inaczej, niż to wcześniej bywało w takich sytuacjach. Wyraźnie tracił amerykański dolar, a zyskiwało euro. Byłoby jednak dużym błędem przypisywać wspólnej walucie rolę tzw. bezpiecznej przystani.

Marek Rogalski

Na rynkach finansowych zwyczajowo wskazuje się tzw. safe haven, czyli aktywa, gdzie inwestorzy mogą "zaparkować" pieniądze podczas kryzysu. Od dobrych kilku lat były to amerykańskie obligacje. Wyraźnie było to widać podczas kryzysu subprime w 2008/2009 r., kiedy to amerykański dolar mocno zyskiwał, mimo że geneza globalnego kryzysu wychodziła przecież z USA - wtedy inwestorzy uznali, że papiery rządu USA gwarantują wypłacalność w przeciwieństwie do instrumentów kreowanych przez rynki finansowe. A jak amerykańskie obligacje, to i dolar. Niemniej najczęściej do grupy safe haven zalicza się szwajcarskiego franka, japońskiego jena oraz okazyjnie złoto. Ostatnio te relacje uległy przebudowaniu.

Niewdzięczny frank

Z grupy safe haven wypadł w tym roku szwajcarski frank. Wpierw na skutek nadmiernej zmienności po uwolnieniu kursu EUR/CHF przez bank centralny 15 stycznia (chociaż wtedy na franku można było nieźle zarobić), a potem za sprawą działań banku centralnego, który zdecydował się na dalsze obniżki stóp procentowych. Ujemna stopa pojawiła się jeszcze w grudniu ub.r., ale dopiero po 15 stycznia działania SNB stały się wyraźniejsze - obecnie środek stawki LIBOR 3M oscyluje wokół -0,75 proc. Dodatkowo bank centralny często przypomina, że waluta jest mocno przewartościowana, co szczególnie nie dziwi, biorąc pod uwagę skalę jej umocnienia od stycznia. W efekcie od tego momentu frank pozostaje w trendzie spadkowym w głównych układach. Dzieje się tak też dlatego, że Thomas Jordan, szef SNB, regularnie daje do zrozumienia, że bank centralny nie wykorzystał jeszcze wszystkich środków (chociaż do sztywnego kursu EUR/CHF już nie powróci). Innymi słowy, nie można wykluczyć, że stopy procentowe w Szwajcarii w najbliższych miesiącach jeszcze spadną. A dość prawdopodobne jest to, że SNB będzie jednym z ostatnich banków centralnych, który zacznie je podnosić.

Carry-trade, czyli o co w tym chodzi

Zresztą zrozumienie pojęcia tzw. bezpiecznej przystani nieraz pokrywa się z działaniami będącymi wynikiem strategii nazywanych carry-trade. O co w tym chodzi? W dużym skrócie globalne fundusze szukają okazji inwestycyjnych - z reguły są to waluty, których banki centralne utrzymują wysoką stopę procentową, ale dodatkowym warunkiem musi być stabilne i perspektywiczne otoczenie gospodarczo-polityczne. Carry-trade coraz częściej bywa też używany do bardziej agresywnych strategii na rynkach akcji, jak też surowców. Jeżeli typy są wybrane, zaczyna się szukanie finansowania pod transakcję. Logiczne jest znalezienie takiego kredytodawcy, który pożyczy na jak najniższy procent. W efekcie tzw. bazą finansującą stają się pożyczki denominowane w walutach, których banki centralne mają niskie stopy procentowe, najlepiej bliskie zeru i dodatkowo słabą walutę.

Jen to najlepszy wariant na carry-trade

Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat świetnie w tej roli sprawdza się japoński jen. Stopy procentowe są bliskie zeru (0,1 proc.), a Bank Japonii rozpoczął w kwietniu 2013 r. szeroki program skupu aktywów wart 80 bln JPY rocznie (początkowo 60-70 bln JPY). Miał to być element tzw. abenomiki, czyli szerokiego programu gospodarczego firmowanego przez premiera Shinzo Abe, którego celem ma być wyjście Japonii z długotrwałej stagnacji gospodarczej i inflacji bliskiej zeru. Po blisko dwóch latach widać, że wymiernym efektem było wyraźne osłabienie się jena, a cele nie zostały osiągnięte - to sugeruje, że BoJ nie zrezygnuje szybko z powyższych działań, a być może nawet zwiększy ich skalę. To teoretycznie może wpłynąć na dalsze osłabienie się jena. Powtórzenie casusu z ostatnich 3 lat jest jednak mało prawdopodobne. I to nie tylko z racji, że tamtejszym politykom słaby jen zaczyna się coraz mniej podobać (ci mają akurat najmniej do powiedzenia). Kluczową przesłanką będzie fakt, że inwestorzy w najbliższych miesiącach będą mniej skłonni do podejmowania nadmiernego ryzyka - innymi słowy, tak zwane smart money myślą w tym momencie bardziej o tym, jak dobrze upłynnić spekulacyjne aktywa, które jeszcze im zostały. Po prostu inwestorzy na rynkach finansowych nie doceniają ryzyka, jakie wiąże się z Chinami. Tym samym nowe strategie carry-trade to w tym momencie zbyt duże ryzyko, nawet, jeżeli przyjmiemy założenie, że polityka największych banków centralnych pozostanie łagodna dłużej, niż to się obecnie zakłada (historycznie perspektywa większej ilości pieniądza na rynku działała mobilizująco na rynki akcji i inne spekulacyjne aktywa).

nzb.2015.k2.foto.036.150xMarek Rogalski
Główny analityk walutowy
w Domu Maklerskim Banku
Ochrony Środowiska S.A.
Z rynkiem kapitałowym związany
od 1994 r. W 2003 r. rozpoczął
karierę w firmach zajmujących
się rynkiem forex. Aktywny
komentator wydarzeń rynkowych
w polskich mediach. Na finansową
rzeczywistość patrzy nie tylko
z punktu widzenia Excela, ale
zwłaszcza stara się dostrzec
motywy psychologiczne reakcji
rynku na konkretne fakty.

Euro dość zmienne, ale wciąż ciekawe

W pierwszych miesiącach tego roku wspólna waluta była hitem wśród funduszy inwestycyjnych opierających strategie na carry-trade. Perspektywa wprowadzenia skupu aktywów przez Europejski Bank Centralny sprawiła, że wspólna waluta weszła w wyraźny trend spadkowy. Niemniej, jak to zwykle na rynkach finansowych bywa, ogłoszenie tej decyzji przez ECB w marcu (QE w wysokości 60 mld euro miesięcznie i ujemna stopa depozytowa na poziomie 0,2 proc.) zbiegło się z ustanowieniem minimum na parach z euro. Kłania się w tym momencie strategia - graj na plotki, ale realizuj zyski, jak pojawią się fakty. Niemniej mocnym argumentem za odreagowaniem wspólnej waluty były też absurdalnie niskie poziomy rentowności europejskich obligacji - zwłaszcza niemieckich. Tu papiery 10-letnie dyskontowały fakt, jakoby przez bardzo długi okres inflacja miałaby być bardzo bliska zeru, czyli scenariusz japoński. Nie jest wykluczone, że docelowo może być to realny scenariusz, ale jest jeszcze za wcześnie, aby móc to wyceniać. W efekcie kolejne miesiące przyniosły odreagowanie euro, ale prawdziwa panika, polegająca na dramatycznym pokrywaniu krótkich pozycji w euro miała miejsce w ostatniej dekadzie sierpnia. Wtedy w ciągu kilku dni euro podrożało o kilka procent, a ujemna korelacja tej waluty z indeksami głównych światowych giełd była dość wyraźna. Innymi słowy, euro drożało tym bardziej, im więcej spadał niemiecki indeks DAX, jak też amerykański Dow Jones. Na dłuższą metę ta relacja może być jednak trudna do utrzymania.

Wydaje się jednak, że pewna grupa inwestorów będzie ponownie skłaniać się ku euro jako walucie finansującej spekulacje. Dlaczego? Bo perspektywa wydłużenia w czasie ultra luźnej polityki monetarnej przez Europejski Bank Centralny jest dość realna. Otwarcie na ten temat powiedział szef Europejskiego Banku Centralnego w pierwszych dniach września, zapowiadając, że ECB jest gotowy na dodatkowe działania, jeżeli pojawi się taka potrzeba. A perspektywy wyraźniejszego odbicia inflacji są mizerne (pośrednio przez dołujące ceny paliw), ale spodziewane wyraźniejsze ożywienie w gospodarce raczej nie prędko się pojawi, biorąc pod uwagę zagrożenia płynące z Chin. Reasumując, w obliczu takich perspektyw szanse na kontynuację rozpoczętej w maju 2014 r. przeceny wspólnej waluty na światowych rynkach są spore.

nzb.2015.k2.wykres.035.450xDolar to prawdziwa bezpieczna przystań

Prezentowane wcześniej - frank, jen czy też euro - to ciekawe możliwości pod kątem ewentualnego finansowania spekulacyjnych transakcji carry-trade. Niemniej, jeżeli rozglądamy się za walutą, w której można "zaparkować" kapitał na dłużej, nie obawiając się przy tym ewentualnych zawirowań w globalnej gospodarce, to amerykańska waluta wydaje się być najlepszą alternatywą. Dlaczego? Bo bardzo trudno wyobrazić sobie sytuację w której FED sygnalizuje powrót do polityki dodatkowego luzowania - trzy programy skupu aktywów (QE) są definitywnie za nami. Amerykański bank centralny pozostaje obecnie w stanie gotowości na ewentualne zaostrzenie polityki. Ewentualne perturbacje w globalnej gospodarce mogą co najwyżej ten okres stand-by rozciągnąć w czasie. Bo nie można wykluczyć, że FED podniesie stopy najwcześniej w I połowie 2016 r. Tymczasem w przypadku euro oraz jena, czy też franka, istnieje duże ryzyko, że stanie się dokładnie odwrotnie. Nie jest wykluczone, że do tego grona dołączy nawet Bank Anglii z funtem, chociaż o scenariuszu ewentualnej obniżki stóp otwarcie mówi jedynie główny ekonomista - Andy Haldane.


 

Powyższy tekst ma charakter stricte edukacyjny i nie może być inaczej traktowany.

 

Udostpnij artyku: