Gloria victis

Maciej Małek

Sobotni finał piłkarskiej Ligi Mistrzów dostarczył wszystkiego tego, co czyni futbol, czy - jak wolą Amerykanie - soccer, najpopularniejszą z gier. Poza jednak dramaturgią samego widowiska zakończonego uniesieniem w górę pucharu przez bohaterów dnia - bramkarza Petra Cecha i napastnika Didier'a Drogb'ę, uderzyła mnie uwaga relacjonującego spotkanie Zbigniewa Bońka; kiedy kończy się mecz nie ma przeciwnika.

Sobotni finał piłkarskiej Ligi Mistrzów dostarczył wszystkiego tego, co czyni futbol, czy - jak wolą Amerykanie - soccer, najpopularniejszą z gier. Poza jednak dramaturgią samego widowiska zakończonego uniesieniem w górę pucharu przez bohaterów dnia - bramkarza Petra Cecha i napastnika Didier'a Drogb'ę, uderzyła mnie uwaga relacjonującego spotkanie Zbigniewa Bońka; kiedy kończy się mecz nie ma przeciwnika.

Jakże przaśnie i prowincjonalnie wypadają na tym tle piłkarze świeżo upieczonego mistrza Polski, którzy fetując swój sukces śpiewali piosenkę wulgarnie poniżającą jednego z rywali... Jeden z wielkich przegranych sobotniego współzawodnictwa Arjen Robben, w przeszłości piłkarz Chelsea, nie tylko pogratulował zwycięzcom, ale został po ojcowsku przygarnięty przez wielkiego wygranego, jakim bez wątpienia, był tego dnia reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej. Warto by tę lekcję przyswoili nie tylko Ci, którzy za paręnaście dni reprezentować nas będą podczas Euro 2012, ale my wszyscy, którzy kibicując naszym, zaprezentujemy nasz kraj przed Europą, ale nie tylko...

Udostępnij artykuł: