Innowacyjność: Innowacyjności nie wprowadzi się jedną ustawą

NZB 2017/01

nzb.2017.k1.foto.033.a.850x478

Z prof. Michałem Kleiberem, prezesem Polskiej Akademii Nauk w latach 2007–2015, ministrem nauki i szkolnictwa wyższego w latach 2001–2005, rozmawiał Karol Jerzy Mórawski.

50

Rosnąca w imponującym tempie liczba studiujących Polaków przez wiele lat podawana była jako wskaźnik postępu cywilizacyjnego. Dziś, kiedy wielu absolwentów uczelni nie może znaleźć pracy, a poziom licznych szkół wyższych pozostawia wiele do życzenia, niejeden zadaje sobie pytanie, czy sprawy faktycznie poszły we właściwym kierunku. Jak pan odniósłby się do tego niełatwego problemu?

– W mojej ocenie przyrost wskaźnika skolaryzacji stanowi niewątpliwy sukces okresu transformacji, jednak z innego powodu, niż to się to powszechnie podaje. Tak dużą gotowość młodego pokolenia do podejmowania edukacji na poziomie wyższym ocenić należy jako znak wiary, że opłaca się zdobywać wykształcenie, że wiedza jest czymś ważnym w życiu. Warto podkreślić, że ci młodzi ludzie zyskują wsparcie ze strony swych bliskich; ich rodziny często podejmowały niemały wysiłek, żeby sfinansować czesne przez trzy lub pięć lat. Niestety, znacznie mniej pozytywnie ocenić należy politykę w zakresie szkolnictwa wyższego na przestrzeni minionych 27 lat. Najważniejszym błędem było przyjęcie założenia, że niewidzialna ręka rynku jest w stanie zapewnić nie tylko powszechną dostępność studiów, ale również odpowiednio wysoki poziom kształcenia. Tymczasem udało się osiągnąć jedynie pierwszy z zakładanych celów: do niedawna w Polsce funkcjonowało ponad 460 uczelni, z czego przeszło 65% stanowiły szkoły niepubliczne. Z biegiem czasu ta liczba uległa pewnej redukcji, dziś funkcjonują 432 uczelnie. Niestety, wiele spośród tych szkół prywatnych, ale również niektóre państwowe, reprezentują po prostu niski poziom.

W przypadku szkolnictwa wyższego ilość nie przekłada się na jakość; w liczącej 6,5 mln ludności, a więc czterokrotnie mniejszej niż Polska Finlandii, kraju, któremu dziś nie bez przyczyny zazdrościmy dynamicznego rozwoju funkcjonuje zaledwie… 18 uczelni, a i to zdaniem niektórych środowisk może być zbyt dużo. Minister edukacji Finlandii wspomniał mi swego czasu o pomysłach redukcji części szkół wyższch. W Niemczech, kraju dwukrotnie liczniejszym jeśli chodzi o populację, działa nieco ponad 200 uczelni, a więc w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców czterokrotnie mniej niż w Polsce. Taka sytuacja generuje u nas wiele nieprawidłowości; po pierwsze, najsłabsze szkoły po prostu oszukują studentów, którzy zdobywają bardzo problematyczne wykształcenie. Ponadto przez wiele lat słabsze uczelnie odciągały pracowników najlepszych placówek od pracy badawczej; zjawiskiem dość powszechnym była praca na dwóch, trzech, a nawet pięciu etatach dydaktycznych. Na szczęście ten proces udało się w jakimś stopniu ograniczyć, jednak nie ulega wątpliwości, iż tego rodzaju postępowanie w istotny sposób osłabiło potencjał polskiej nauki. Natomiast przeprowadzenie konsolidacji sektora szkół wyższych jest ciągle przed nami, choć wymaga to odwagi politycznej. Zdarza się, że w trzydziestotysięcznym mieście funkcjonuje kilka uczelni – nietrudno się domyślić, iż reprezentują one wówczas niski poziom – tymczasem samorządy ze względów wizerunkowych jak niepodległości bronią tych szkół. Dochodzi do sytuacji paradoksalnych: najbardziej skłócone siły polityczne w samorządzie okazują się nagle zjednoczone jeśli chodzi o obronę istnienia uczelni na terenie powiatu.

Czy efektem owego obniżenia poziomu są również coraz gorsze oceny dla polskich uczelni w międzynarodowych rankingach?

– Faktycznie, międzynarodowe rankingi uczelni wypadają dla Polski dość słabo; niektórzy zauważają, że nasze szkoły wychodzą w nich z roku na rok coraz gorzej. Nie jest to jednak wyłącznie wina samych szkół wyższych. Od siedmiu lat jestem szefem jedynego uznawanego rankingu polskich wyższych uczelni, prowadzonego przez Fundację Edukacyjną Perspektywy i wiem dokładnie, jak tworzone są rankingi międzynarodowe. Z uwagi na brak jednolitych danych bardzo często sporządzane są one w sposób uproszczony i cząstkowy. Podam przykład: najczęściej cytowany ranking szanghajski ocenia wyłącznie efekty badawcze na uczelniach, a do tego robi to w sposób całkowicie niedostosowany do polskiej specyfiki. Polskie szkoły wyższe, przynajmniej od czasu II wojny światowej, mają charakter dziedzinowy, są dość wąsko wyspecjalizowane w jakimś obszarze wiedzy. Dlatego mamy uniwersytety, politechniki, uczelnie ekonomiczne, wychowania fizycznego czy medyczne; taka struktura jest ewenementem w skali światowej. Dopóki nie połączymy tych szkół, a na to jak dotychczas się nie zanosi, to mamy minimalne szanse, żeby zająć dobre pozycje w rankingach między narodowych. W rankingu polskim uwzględniamy zarówno efekty stricte naukowe, jak również dydaktyczne, opinie pracodawców, innowacyjność i cały szereg dodatkowych kryteriów. Gdyby te wszystkie czynniki uwzględnić w zestawieniach światowych, na pewno wypadlibyśmy w nich lepiej, jednak w dalszym ciągu poza pierwszą setką czy dwusetką.

Czemu tak się dzieje? Przyczyn jest wiele, ale najważniejszą przeszkodę stanowi przestarzały system. Blokuje on kariery młodych ludzi; ścieżka awansu jest na tyle rozciągnięta w czasie, że 30-letni naukowiec nie ma szans zostać profesorem, a nawet gdyby mu się to udało, to nikt nie powierzy mu kierowania odpowiedzialną grupą badawczą, co w USA jest standardem. Istotną barierę stanowi również finansowanie. W stosunku do PKB nauka w Polsce otrzymuje z budżetu przeszło trzykrotnie mniej pieniędzy, aniżeli wynosi średnia dla całej Unii. Jeszcze większym problemem jest jednakże rażąco niskie finansowanie uczelni i instytutów badawczych ze strony sektora przedsiębiorstw. Ocenia się, że polska nauka otrzymuje z sektora prywatnego mniej niż połowę środków pozyskiwanych z budżetu. Są dwa wyjaśnienia braku wsparcia innowacyjnych działań ze strony polskiego biznesu. Pierwsze z nich zakłada, że menedżerowie nie widzą w polskich naukowcach partnerów i nie wierzą w korzyści płynące ze współdziałania z placówkami badawczymi. W konsekwencji są przekonani, że poradzą sobie bez inwestowania w prace badawcze i wdrażanie innowacji. Drugą, w mojej opinii poważniejszą barierą dla finansowania nauki i innowacyjności przez biznes jest brak skutecznych mechanizmów zachęty dla przedsiębiorców. W niektórych krajach przedsiębiorca ma prawo odpisać od podstawy opodatkowania nie 100% wydatków na prace badawczo-rozwojowe, tylko 200 czy jeszcze więcej. Mentalność polskich polityków odzwierciedla fakt, że przez wiele ostatnich lat można było zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów wydatki na nowe rozwiązania technologiczne kupione za granicą, ale już nie na innowacje opracowane w kraju. Tymczasem w USA ponad 50% studentów, i to nawet już tych z pierwszych lat studiów, bierze udział w projektach badawczych. Na amerykańskich uczelniach standardem są dwa typy doktoratu – jeden badawczy, a drugi za osiągnięcia wdrożeniowe. Jeśli nie zachęcimy biznesu, by się angażował w działania innowacyjne, by zatrudniał polskich uczonych, będziemy mieli ciągłe problemy z jakością szkolnictwa wyższego.

nzb.2017.k1.foto.034.a.425xNa uwarunkowania prawno- -organizacyjne skarżą się nie tylko szkoły wyższe i naukowcy. Również w zgodnej opinii przedsiębiorców regulacje nie sprzyjają innowacyjności…

– Powiedziałbym więcej: przepisy nierzadko wykluczają innowacyjność. Problem ten dotyczy nie tylko indywidualnych firm wdrażających nowoczesne rozwiązania, ale również obszarów kluczowych dla całej gospodarki, jak partnerstwo publiczno-prywatne, zamówienia publiczne czy też offset. Podam przykład prawa odnoszącego się do tej ostatniej materii, z któ rą miałem do czynienia parę lat temu, będąc przewodniczącym rządowego komitetu offsetowego. Wiele z tych przepisów ma charakter wybitnie anty-innowacyjny, a ich modyfikacja postępuje bardzo powoli. Na przykład: w ustawie o offsecie istnieje zasada, że dostawca uzbrojenia ma obowiązek zainwestowania w Polsce środków o wartości całego kontraktu. Samo to wydaje się problematyczne, zwłaszcza biorąc pod uwagę terminy przewidziane przez prawo. Przykładowo, przy kontrakcie na zakup myśliwców F16 mieliśmy dwa miesiące na wynegocjowanie inwestycji za 6 mld 28 mln dolarów. Do tego jeszcze dochodzi penalizacja za niewykonanie zobowiązania offsetowego na poziomie 100%. Co to znaczy? Jeśli w ramach offsetu przewidziano inwestycję o wartości 50 mln dolarów, a dostawca uzbrojenia zainwestował już 10% tej kwoty, po czym okazało się, że projekt nie wypali – co w działalności innowacyjnej jest możliwe i w pełni zrozumiałe – to musiał on przekazać całe 50 mln dolarów w ramach kary. Tymczasem we wspomnianej wcześniej Finlandii penalizacja w analogicznej sytuacji była na poziomie 15%, co przecież w zupełności wystarcza, żeby zmobilizować dostawcę do wywiązania się ze zobowiązań offsetowych. My tak naprawdę powinniśmy najpierw przeczytać ustawy obowiązujące w różnych krajach, przeanalizować rozwiązania najlepiej pasujące do polskich realiów, a dopiero później brać się za pisanie własnych przepisów.

Zmiany wymaga również świadomość samych studentów. Dziś część z nich traktuje studia raczej jako przedłużenie etapu szkolnego, a nie kształtowanie ścieżki kariery zawodowej. Jak skłonić młodych ludzi, żeby koncentrowali się na kierunkach dających większe szanse na zatrudnienie?

– Powiem coś, co zabrzmi jak banał: żeby modernizować państwo, potrzebna jest synergia wielu działań. Spektakularne gesty, jak choćby jedno okienko dla przedsiębiorców czy jednorazowe przyznanie wyższych środków na prace badawcze nie rozwiążą żadnego z systemowych problemów. Kluczowym zadaniem musi być poprawa jakości funkcjonowania państwa równolegle w bardzo wielu obszarach. Aby właściwie ukształtować podejście przyszłego studenta, konieczna jest reorientacja całego systemu edukacji, aż od fazy przedszkolnej. Już na tym etapie, przez wielu mylnie utożsamianym wyłącznie z zabawą, powinniśmy rozwijać cechy, które pozostają na całe życie. Do nich zaliczam odwagę do artykułowania swoich sądów i brak strachu przed autonomicznym myśleniem czy też zdolność do pracy w zespole. Nade wszystko już wśród dzieci powinniśmy rozwijać cechę, którą nieco górnolotnie określę mianem miłości do uczenia się. Dzieci powinny trochę zatęsknić za 1 września, a nie traktować końca czerwca jako wyzwolenia od uciążliwych obowiązków. O tym, jak rozbudzać kreatywność wśród uczniów, świadczą choćby moje obserwacje podczas pracy na uniwersytetach w Niemczech i Stanach Zjednoczonych. Uczelnie te miały podpisane umowy z prywatnymi szkołami, miałem więc szansę zobaczyć, jak się w nowoczesnej szkole kształtuje dziecięce umysły. Najbardziej chwalony był nie ten uczeń, który podał wynik do 5 miejsca po przecinku, tylko ten, który wybrał niekonwencjonalną drogę rozwiązania. Chodziło o naukę myślenia, robienia po swojemu. Na innych zajęciach dzieliło się klasę na 5–7-osobowe grupy, żeby uczniowie wypracowywali wspólne rozwiązania. Tymczasem u nas dominuje mentalność szablonu. To jest absolutna katastrofa, młodzież przychodzi na studia i jest za późno, żeby im zaszczepić kreatywność. Problemem jest również postawa wielu popularnych mediów, które swoim powierzchownym przekazem odgrywają fatalną rolę w kształtowaniu postaw młodego pokolenia. W efekcie takich działań młodzi ludzie wybierają często studia w absurdalny sposób, bez świadomości najlepszej dla siebie drogi do sukcesu i kariery. Odrębnym problemem jest niemal całkowity brak kształcenia ustawicznego; w Polsce kształci się ustawicznie tylko ok. 5% pracowników, podczas gdy w krajach skandynawskich jest ich często dziesięciokrotnie więcej. Tymczasem kształcenie ustawiczne jest ważne nie tylko z uwagi na aktualizację wiedzy kierunkowej bądź wręcz zmianę zawodu; poprzez kontakt z dodatkową edukacją człowiek nabiera innego stosunku do innowacyjności jako takiej. Inaczej każda zmiana kojarzy mu się raczej z zagrożeniem niż z szansą.

Skoro mówimy o kształtowaniu pewnych postaw, warto wspomnieć o realizowanej przez władze wspólnotowe polityce sukcesywnego zdejmowania odpowiedzialności z konsumentów. Skąd bierze się tendencja do usprawiedliwiania ignorancji znacznej części społeczeństwa?

– Uważam, iż ta polityka ma swe korzenie w braku wzajemnego zaufania. Dystrybucja ryzyka na wszystkich interesariuszy w danym obszarze jest kluczem do właściwego funkcjonowania przedsiębiorstw, całych sektorów gospodarki i w konsekwencji całego państwa. Jak brakuje zaufania, to obawiamy się również wzięcia na siebie tej cząstki ryzyka i odpowiedzialności, która towarzyszy tak naprawdę każdej bez wyjątku podejmowanej czynności zawodowej. Ten „konsumpcyjny” stosunek do wiedzy, technologii czy finansów jest przyczyną wielu głębokich problemów. Podam dość wymowny przykład: jeden z sondaży wykazał, że prawie połowa Polaków nie wie, co to jest procent składany. Teraz proszę sobie wyobrazić, że takie osoby zaciągały kredyty frankowe: przecież one w ogóle nie były w stanie zrozumieć ryzyka, jakie wiąże się z tą formą pożyczki, niezależnie od tego, jak dogłębne i wyczerpujące byłyby informacje przedstawiane przez bank. Praktycznie każdy bank czy inny dostawca usług w sytuacji spornej może być w takiej sytuacji posądzony o wykorzystywanie informacyjnej przewagi nad klientem. To, że klient nie zrobił ani kroku, żeby się do takiej transakcji przygotować, czy w ogóle nie czuje takiej potrzeby, nie jest brane pod uwagę przez znaczącą część opinii społecznej.

Niestety, i w tym przypadku wielce szkodliwą rolę odgrywają media. Ludzie są zarzucani zewsząd informacją o możliwościach łatwej „konsumpcji”, zniechęcającej do podejmowania jakiegokolwiek wysiłku myślowego. Problemem jest nie tyle powszechny dostęp do najnowocześniejszych technologii informacyjnych, ile fakt, że nie potrafimy nad nimi panować i nadawać właściwego kierunku. Dotyczy to również obszaru bezpieczeństwa: ogromny postęp w takich dziedzinach jak biotechnologia czy bankowość elektroniczna rodzi równocześnie większe możliwości dokonania ataku terrorystycznego czy wyłudzenia pieniędzy. Aby skutecznie przeciwdziałać tego rodzaju zagrożeniom, potrzeba odpowiednio przygotowanych obywateli, a nie społeczeństwa nieświadomego problemów, pod wpływem emocji i tabloidowych doniesień łatwo przechodzącego od lekkomyślności ku panice.

Jak powinno się w takim razie upowszechniać wiedzę ekonomiczną – zarówno na poziomie podstawowym, jak też wśród przedsiębiorców, których edukacja finansowa również pozostawia wiele do życzenia?

– Nie sposób wskazać jednego kierunku takiej edukacji. Istnieje oczywiście wiele inicjatyw realizowanych zarówno przez instytucje publiczne, jak Narodowy Bank Polski, różne instytucje sektora finansowego czy organizacje pozarządowe. Rzecz w tym, by do całego tego zagadnienia podejść holistycznie. Świadomość ekonomiczna Polaków jest w ogóle niska, a jeśli chodzi o często kluczowe szczegóły dotyczące funkcjonowania sektora finansowego, wiedza ta jest nierzadko na poziomie zerowym. Efektem są nie tylko całkowicie nieświadomi swych wyborów konsumenci, ale niestety również menedżerowie w nawet dużych firmach. Zmiana tego stanu rzeczy jest wyzwaniem dla całego systemu edukacji, nie może się ograniczać jedynie do określonych grup społecznych czy pojedynczych inicjatyw. Jeszcze raz odwołam się do przykładu Finlandii: dzieci w tym kraju robią biznesplany w pierwszej klasie szkoły podstawowej, jeszcze zanim się nauczą pisać. Jak wyglądają takie inicjatywy? Nauczyciel zapowiada, że za miesiąc jest wycieczka i kosztuje ona 5 euro, a dzieci muszą same uzbierać tę kwotę. Pomysły są różne, wielu uczniów wykonuje na przykład jakieś upominki czy ozdoby świąteczne i sprzedaje swoim znajomym czy sąsiadom. Chodzi tu o to, aby dzieci nauczyć myśleć w kategoriach ekonomicznych; jak się tego nie robi do końca studiów – a w Polsce to częsta sytuacja – to konsekwencje są fatalne.

Pozostaje kwestia właściwego podejścia do innowacyjności. Polskie firmy, które odniosły spektakularny sukces nierzadko bywają krytykowane za wykorzystywanie importowanych komponentów czy know-how. Gdzie jest złoty środek między autarkicznym zakładem produkcyjnym z czasów PRL a naklejaniem polskiego logo na gotowe wyroby sprowadzane z Chin?

– Na temat innowacyjności jest w Polsce bardzo wiele mylnych poglądów, artykułowanych nawet przez ludzi sprawujących odpowiedzialne funkcje. Przytoczyłbym tu pewne anegdotyczne, acz w pełni prawdziwe stwierdzenie: innowacyjność to w polskich warunkach mocno nadużywany termin o bliżej nieokreślonym znaczeniu. Przeciętnemu Kowalskiemu owa innowacyjność kojarzy się z reguły z tym, że będziemy mieli polski smartfon albo auto na poziomie Mercedesa zbudowane w 100% w polskich zakładach. Ale nie to powinno być naszym celem, tylko zdolność wyszukiwania nisz w całym procesie dodawania wartości do produktów i usług końcowych. Dziś w takim kraju jak Polska, przy relatywnie niskim potencjale finansowym, najróżniejsze elementy współpracy – również, a może w szczególności transgranicznej – są kluczem do sukcesu. Te firmy, które potrafią się odnaleźć w tym modelu, są już dziś na wygranej pozycji; nawet jeśli wykonują rzecz drobną, a finalny produkt czy usługa jest firmowania przez światowy koncern, to jest to polski wkład do innowacyjności. W jakimś momencie taka firma ma szanse się wzmocnić i wykupić firmę zagraniczną albo stworzyć własny produkt finalny, jednak nie to powinno być celem naszych marzeń. Warto dodać, iż innowacyjność nie musi być produktowa: może to być nowy cykl produkcyjny, innowacyjność marketingowa czy organizacyjna. Nowoczesne rozwiązania nie są również wyłącznie domeną dziedzin z kategorii high-tech, jak biotechnologia, nanotechnologia czy teleinformatyka; można skutecznie wprowadzać innowacyjne rozwiązania w sektorach tradycyjnych, jak budownictwo czy hutnictwo. Jedno jest pewne: jeżeli nie zaczniemy stawiać na innowacje na poziomie podstawowym, to z wizją polskiego smartfonu czy innego przełomowego wynalazku możemy się pożegnać.