Inwestowanie: Dywersyfikacja i aktywność inwestycyjna sposobem na niskie stopy procentowe

NZB 2017/01

nzb.2017.k1.foto.056.a.425x

Jak odnaleźć się w czasach rekordowo niskich stóp procentowych? Wbrew pozorom, pytanie to powinni zadawać sobie nie tylko profesjonalni inwestorzy czy też kadry kierownicze instytucji finansowych.

Karol Materna

Rentowność inwestycji dokonywanych na rynku finansowym przekłada się wszak na efekty długoterminowego oszczędzania, również na cele emerytalne. W konsekwencji jakość życia przeciętnego Kowalskiego, Schmidta czy Duponta na emeryturze zależeć będzie w dużym stopniu od trafności podejmowanych obecnie decyzji inwestycyjnych.

Szczególnym wyzwaniem dla funkcjonowania instrumentów systematycznego oszczędzania, a więc zarówno obligatoryjnych, jak i dobrowolnych elementów systemu zabezpieczenia emerytalnego, jest absolutnie bezprecedensowa reakcja banków centralnych na globalny kryzys. Dr hab. Andrzej Rzońca, przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich (TEP) i były członek Rady Polityki Pieniężnej, podkreśla, iż na przestrzeni minionych stuleci trudno wskazać okres, kiedy stopy procentowe obniżyłyby się poniżej wartości 2%. Radykalne posunięcia banków centralnych zbiegły się w czasie z trwającym wyjątkowo długo, bo już od 1981 r., spadkiem stóp rynkowych w globalnym obrocie międzybankowym. Również i w tym przypadku mamy do czynienia ze zjawiskiem, które w ciągu ostatnich kilkuset lat obserwowano tylko dwukrotnie – w drugiej połowie XV w. i sto lat później, po zawarciu w 1648 r. pokoju westfalskiego. Wiele wskazuje na to, iż sytuacja, która ukształtowała się na rynku w wyniku koegzystencji tych dwóch czynników nie jest tylko stanem przejściowym. Na utrwalenie status quo silnie wpływa chociażby proces starzenia się społeczeństw w państwach rozwiniętych. – Przedsiębiorcy niechętnie inwestują, jeżeli mają problem ze znalezieniem ludzi do obsługi już istniejącego kapitału – zauważa dr hab. Andrzej Rzońca.

Pożywka dla źle zarządzanych firm i… populistów

Niskie stopy procentowe, a co za tym idzie również spadek opłacalności inwestowania, jest również powiązany z ogólnym spowolnieniem wzrostu produktywności. Dynamiczny rozwój niektórych sektorów gospodarki (np. branży IT) nie jest bowiem w stanie zrekompensować skutków stagnacji w innych dziedzinach wytwórczości czy usług. Przewodniczący TEP przypomina, iż mamy w tym przypadku do czynienia ze swoistym mechanizmem błędnego koła – z jednej strony niska produktywność wpływa na spowolnienie wzrostu gospodarczego, a w konsekwencji również na spadek stóp rynkowych, z drugiej zaś działania ratunkowe podejmowane przez banki centralne sprzyjają podmiotom prowadzącym ekstensywną politykę, które nie rozwijają się, nie inwestują ani nie tworzą nowych miejsc pracy.

Jeżeli wartość odsetek bliska jest zeru, przedsiębiorca ma szansę utrzymać się na rynku pomimo olbrzymich długów i znikomych zysków – nadmienia dr hab. Andrzej Rzońca. Choć obecna sytuacja wydaje się ze wszech miar sprzyjać słabszym graczom, to jednak w dalszej perspektywie okazać się może dla nich zabójcza. Prezes firmy Analizy Online Michał Duniec podkreśla, że jednym z efektów drastycznego spadku stóp procentowych był dynamiczny rozwój rynku obligacji korporacyjnych. Aktywa te stanowią obecnie jedną piątą portfela funduszy inwestycyjnych. – Jeśli stopy procentowe zostaną podwyższone na przykład do 3%, wówczas te podmioty, które balansują na granicy efektywności będą musiały zapłacić za obligacje odpowiednio więcej. Większość z nich najprawdopodobniej upadnie – stwierdza. Oprócz licznych problemów natury stricte ekonomicznej, rekordowo niskie stopy procentowe mogą generować również poważne zagrożenia o charakterze społecznym.

Przewodniczący TEP podkreśla również to, iż konsekwencją niekonwencjonalnych działań banków centralnych jest spadek mobilności społecznej. Rosnące rozwarstwienie społeczne zmniejsza akceptację dla tego rodzaju nierówności, a jedynym beneficjentem zaistniałej sytuacji są ugrupowania populistyczne z obu stron sceny politycznej.

nzb.2017.k1.foto.055.a.850xBez reform strukturalnych nie ma co liczyć na ożywienie

Sytuację na rynku dodatkowo pogarsza fakt niepodjęcia koniecznych reform przez rządy wielu państw. Leszek Kąsek, główny ekonomista warszawskiego biura Banku Światowego, podkreśla, iż takie instrumenty, jak obniżka stóp procentowych czy też luzowanie ilościowe miały stanowić jedynie pierwszy etap procesu wychodzenia z kryzysu. W ślad za nimi powinno następować dostosowanie polityki fiskalnej państw do nowych uwarunkowań czy też przeprowadzenie reform o charakterze strukturalnym. – Te oczekiwania się nie sprawdziły – twierdzi. Bardziej zdecydowanie sytuację ocenia dr hab. Andrzej Rzońca, który twierdzi, iż w obliczu braku reform obowiązywanie niskich stóp procentowych można uznać za marnotrawienie czasu. W przypadku wielu krajów doszło do kuriozalnej sytuacji; nawet przeprowadzenie niezbędnych zmian systemowych czy stworzenie zachęt dla rozwoju biznesu oraz inwestowania nie musi przynieść ożywienia gospodarczego. – Przy zerowych stopach procentowych tzw. firmy-zombie, czyli podmioty funkcjonujące na granicy opłacalności, nadal będą się utrzymywać przy życiu – zauważył szef TEP. W przypadku Polski sytuacja przedstawia się znacznie bardziej optymistycznie, z uwagi na relatywnie wysokie stopy procentowe w porównaniu z innymi krajami.

Jakiego rodzaju reformy przyniosłyby najlepszy skutek? Eksperci są zgodni co do tego, że w pierwszej kolejności należy budować klimat przyjazny inwestorom. A to osiągnąć można nie tylko przez obniżki danin publicznoprawnych, ale również – a może przede wszystkim – poprzez tworzenie jednoznacznego i przewidywalnego systemu prawa gospodarczego.

Inflacja prawa ma charakter postępujący; mamy zdecydowanie zbyt dużo aktów prawnych – twierdzi Andrzej Rzońca. Uważa, że należy gruntownie zmienić model świadczeń socjalnych, tak by otrzymywanie tego rodzaju wsparcia nie było demotywujące dla osób w wieku produkcyjnym. Rozwiązaniem miałoby być uzależnienie dostępu do świadczeń od wykonywania pracy bądź też jej aktywnego poszukiwania przez świadczeniobiorcę. Konieczne jest wreszcie sukcesywne zmniejszanie deficytu w finansach publicznych i eliminowanie zbędnych wydatków, co można osiągnąć również poprzez elektronizację wielu obszarów gospodarki. – Oszczędności Polaków powinny iść na inwestycje, a nie na zasypywanie dziury budżetowej – ocenia przewodniczący TEP.

Jego zdaniem, starzenie się polskiego społeczeństwa wymusza również konieczność zwiększenia grona osób w wieku produkcyjnym. Można tego dokonać w dwojaki sposób: podwyższając wiek emerytalny (lub przynajmniej nie podejmując działań mających na celu jego obniżenie) oraz obniżając wiek, w którym najmłodsze pokolenie rozpoczyna naukę szkolną.

Bez podnoszenia wieku emerytalnego system zdefiniowanej składki zostanie de facto rozmontowany; z roku na rok coraz większe rzesze emerytów otrzymywać będą świadczenia indywidualne pomimo niewystarczających składek – podkreśla dr Rzońca. Prezes PZU Powszechnego Towarzystwa Emerytalnego Marcin Żółtek uważa z kolei, że niezależnie od konieczności przeprowadzania niezbędnych reform należy brać pod uwagę również wprowadzenie minimalnego, gwarantowanego dochodu wypłacanego obywatelom przez państwo, na kształt sformułowanej przez Miltona Friedmanna koncepcji podatku negatywnego. – Zaczynamy żyć w świecie, w którym praca stanowić będzie luksus dla osób odpowiednio wykształconych – uważa Marcin Żółtek.

Polski inwestor: konserwatywny czy nieświadomy?

Jakie działania powinni zatem podejmować przyszli emeryci, żeby zgromadzić odpowiedni kapitał na starość? Konieczna jest przede wszystkim zmiana priorytetów w gospodarowaniu domowym budżetem. – Kiedyś musieliśmy odkładać mniej, żeby uzyskać ten sam poziom oszczędności, dziś konieczne jest zwiększenie poziomu gromadzonych środków – przypomina Michał Duniec. Należy również pamiętać o tym, że restrukturyzacja systemu emerytalnego, czyli faktyczne przekształcenie dotychczasowych OFE w fundusze inwestycyjne i postawienie na rozwój dodatkowych instrumentów zabezpieczenia na starość finansowanych przez pracodawców, przyniesie pożądany skutek jedynie wówczas, kiedy instytucje te będą miały możliwość szerokiej dywersyfikacji posiadanych aktywów. Nie można zatem kontynuować obecnej polityki, która ogranicza inwestycje otwartych funduszy emerytalnych do akcji i obligacji korporacyjnych. Zwłaszcza ten ostatni instrument nie może być uznany za bezpieczny; prezes PZU PTU wskazuje chociażby na wysokie ryzyka związane z dochodzeniem należności od nierzetelnych bądź niewypłacalnych emitentów obligacji.

Z drugiej strony spotkać można opinie, iż załamanie systemu emerytalnego i niska efektywność oszczędzania na rachunkach bankowych już obecnie skłaniają Polaków do bardziej aktywnych form lokowania swych oszczędności. Tak uważa Gert Holstege, dyrektor zarządzający internetowego domu maklerskiego Degiro na Europę Środkowo-Wschodnią, a zgromadzone przez tę holenderską firmę dane odnośnie operacji przeprowadzanych przez polskich klientów zdają się potwierdzać powyższą ocenę. To właśnie nasi rodacy dokonywali najskuteczniejszych inwestycji spośród 150 tys. klientów Degiro pochodzących z 18 krajów; średnia stopa zwrotu w styczniu br. wyniosła 2,06%. Gert Holstege podkreśla, że polski inwestor jest równocześnie najmłodszym (ponad 80% klientów internetowego domu maklerskiego nie przekroczyło 45. roku życia, podczas gdy średnia dla całej Unii wynosi 69%) i najbardziej konserwatywnym. Ta ostatnia cecha przejawia się zarówno w niechętnym nabywaniu aktywów zagranicznych, jak też w niewielkiej dywersyfikacji portfela inwestycyjnego przeciętnego Kowalskiego. – Nie do rzadkości należą przypadki, kiedy inwestor nabywa akcje jednej lub co najwyżej kilku firm, traktując taki zakup jako inwestycję długoterminową – wskazuje Holstege.

Istnieją dwa zasadnicze powody, dla których Polacy w tak asekurancki sposób lokują swoje środki. Kluczowym czynnikiem jest oczywiście brak wiedzy wystarczającej do podejmowania optymalnych decyzji na rynku kapitałowym. Dlatego Degiro planuje uruchomić w niedługim czasie własny program szkoleniowo-edukacyjny dla inwestorów indywidualnych. W przedsięwzięciu tym uczestniczyć mają nie tylko eksperci spółki, ale również autorytety z polskiego środowiska naukowego, a program obejmować ma szeroki zakres zagadnień niezbędnych dla każdej osoby dokonującej zakupów na rynku papierów wartościowych oraz instrumentów pochodnych. Sporą rolę w usuwaniu przeszkód dla inwestowania transgranicznego odgrywa również unifikacja instrumentarium regulacyjnego, czego przejawem jest chociażby dyrektywa MiFID. Gert Holstege podkreśla, że to właśnie dzięki określonym w tym akcie prawa wspólnotowego jednolitym zasadom odnoszącym się do transakcji na rynku kapitałowym dynamicznie wzrasta zarówno liczba naszych rodaków nabywających zagraniczne aktywa, jak również zagranicznych inwestorów w Polsce. Według danych przedstawionych przez Degiro tylko na przestrzeni minionego roku odsetek polskich inwestorów, którzy zdecydowali się wyjść poza rynek krajowy zwiększył się o jedną czwartą.

Czy czeka nas cyfrowa rewolucja w kolejnym sektorze?

Drugą przyczyną warunkującą relatywnie niskie zaangażowanie naszych rodaków w aktywne inwestowanie są wciąż zbyt wysokie opłaty pobierane przez fundusze inwestycyjne z tytułu zarządzania aktywami. Prezes firmy Analizy Online podkreśla, że w niektórych przypadkach koszty te mogą być nawet wyższe aniżeli zysk osiągany przez inwestora. – Powinniśmy rozpocząć reformę od dostosowania tych opłat do otoczenia niskich stóp procentowych, w jakim funkcjonujemy – twierdzi Michał Duniec. Kluczem do radykalnej obniżki kwot pobieranych zarówno przez fundusze inwestycyjne, jak i domy maklerskie może okazać się cyfryzacja, czyli mechanizm który przyniósł poważne oszczędności klientom banków czy towarzystw ubezpieczeniowych.

Przykład holenderskiego brokera potwierdza owo założenie; prowizje pobierane przez Degiro są nawet kilkadziesiąt razy niższe aniżeli w przypadku tradycyjnych domów maklerskich. A to bynajmniej nie koniec, firma zapowiada bowiem uruchomienie platformy transakcyjnej, na której możliwe będzie całkowicie bezprowizyjny obrót akcjami dla inwestorów indywidualnych. Przedstawiciele spółki podkreślają, iż niskie koszty nie wiążą się z obniżeniem poziomu bezpieczeństwa inwestycji; aktywa klientów przechowywane są u depozytariusza, będącego odrębnym podmiotem od domu maklerskiego. W przypadku upadłości tego ostatniego akcje czy też obligacje indywidualnych inwestorów nie zasilą zatem masy upadłościowej głównej spółki. Osiągnięcie tak korzystnych warunków jest możliwe z jednej strony dzięki efektowi skali, z drugiej zaś z uwagi na całkowite przeniesienie procesu obsługi klienta do sieci.

Czy oznacza to, iż rodzimy rynek inwestycyjny czeka rewolucja podobna do tej, którą na przestrzeni minionej dekady przeszła polska bankowość? Na to, iż taki scenariusz jest jak najbardziej realny, zdają się wskazywać nie tylko coraz lepsze wyniki internetowych brokerów, ale również stanowisko Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Organ ten nie podzielił zarzutów wysuwanych przez Izbę Domów Maklerskich jakoby działalność holenderskiej spółki miała negatywny wpływ na rynek. Zdaniem UOKiK jest zgoła odwrotnie; presja cenowa wywierana przez nowoczesne podmioty oferujące swe usługi po niższych kosztach może doprowadzić do ukształtowania się poziomu opłat atrakcyjnego dla przeciętnych ciułaczy. A to z kolei może sprawić, że coraz więcej Polaków zacznie wykorzystywać giełdę czy też rynek instrumentów pochodnych jako jeden z instrumentów systematycznego gromadzenia nadmiarowych środków.