Jak będziemy pracować po pandemii?

Blogi / Jan Cipiur

Może już niebawem pracy będzie więcej, bo trzeba byłoby nadrobić straty i zaległości po pandemii, ale czy ludzie zechcą znowu tyrać? Nie będzie jednej odpowiedzi, gdy będzie można wreszcie zacząć ich udzielać, ale wiele wskazuje na to, że roczna już przymusowa przerwa od długoletniego rytuału wytworzyła nowy punkt przegięcia oznaczający kolejny etap procesu skracania średnich czasów pracy.

Jan Cipiur
Jan Cipiur Fot. Autor

Może już niebawem pracy będzie więcej, bo trzeba byłoby nadrobić straty i zaległości po pandemii, ale czy ludzie zechcą znowu tyrać? Nie będzie jednej odpowiedzi, gdy będzie można wreszcie zacząć ich udzielać, ale wiele wskazuje na to, że roczna już przymusowa przerwa od długoletniego rytuału wytworzyła nowy punkt przegięcia oznaczający kolejny etap procesu skracania średnich czasów pracy.

Dzięki dwójce historyków gospodarczych (Michael Huberman i Chris Minns) wiemy, że 150 lat temu, gdy nabierała tempa rewolucja przemysłowa, różnice w obciążeniu pracą były duże także wśród ówczesnej czołówki świata.

W Zjednoczonym Królestwie, gdzie wszystko się zaczęło i mechanizacja była najpowszechniejsza, przeciętny czas pracy wynosić miał 2755 godzin rocznie, podczas gdy w Belgii bez mała 3500 godzin. W przeliczeniu na 50 tygodni w roku różnica wynosiła aż 15 godzin tygodniowo (55 godzin na Wyspach i 70 godzin w Belgii).

Pierwszy duży spadek czasu pracy nastąpił po I wojnie i Wielkim Kryzysie gospodarczym. W 1938 r. w USA pracowano rocznie jedynie 1756 godzin, a więc tak krótko jak obecnie we Francji w jej wymiarze kodeksowym.

Trendy wyznaczają Niemcy?

Straty, ale też apetyty na lepsze życie były po II wojnie wielkie i większe niż po I wojnie, więc pracowano więcej. Najbardziej przykładali się Niemcy.

W 1951 r., kopiąc fundamenty pod rychły Wirtschafswunder (cud gospodarczy) zasuwali po 2400 godzin rocznie, czyli nieco ponad 200 godzin więcej niż na rok przed wojną.

Pracujemy w Polsce 40 godzin i 30 minut tygodniowo, podczas gdy Niemcy – statystycznie tylko 27 godzin z kilkoma minutami

Jakieś 70 lat temu zaczął się jednak powolny, ale ciągły spadek intensywności pracy. W 2017 r. przeciętny roczny czas pracy w Niemczech wyniósł 1354 godziny (wpływ na to miała reforma rynku pracy i wprowadzenie tzw. mini-jobs za max. 450 € miesięcznie). W Japonii 1738 godzin, w USA 1757 godzin, w Polsce 2028 godzin i w Chinach 2174 godziny.

Wg tych danych, pracujemy w Polsce 40 godzin i 30 minut tygodniowo, podczas gdy Niemcy – statystycznie tylko 27 godzin z kilkoma minutami, co wynika z wielkiej tam liczby zatrudnionych na część etatu, długich urlopów i dużej liczby świąt.

Niewielkie zmiany w czasie pracy po pandemii?

Mamy nadzieję gonić zachodnich sąsiadów w konkurencji PKB na głowę, ale mimo, że harujemy jak woły jest to bardzo trudne. Ich bardziej wyręczają najróżniejsze maszyny i automaty, które zresztą umieją budować najlepiej w świecie.

Do zapamiętania z tych porównań jest przede wszystkim, że w Niemczech statystyczny czas pracy zmniejszył się przez ostatnie 150 lat z 3284 do 1354 godzin, czyli niemal dwuipółkrotnie lub o bez mała 2000 godzin rocznie. To tak jakby każdego dnia w roku dodać pracującym Niemcom 5 i półgodziny dziennie wolnego w porównaniu z ich przodkami.

Warto ich naśladować w stylu i jakości pracy, choć nie umiemy, ale też nie chcemy tego i próbujemy przykryć to pretensjami i kpinami z „Niemiaszków”.

Żaden szybki skok automatyzacji i sztucznej inteligencji nie nastąpi przez co najmniej dekadę, bo to wymaga wydatkowania wielkich kapitałów, a te poszły na ratunek pozamykanych gospodarek i ludzi bez wypłaty

Od miesięcy atakuje nas nawała proroctw odnoszący się do nowego rzekomo ładu, porządku i w ogóle całego świata po tym, gdy uda się już odesłać koronawirusa tam skąd przyszedł. Część z nich dotyczy pracy, której ma być podobno mniej, ma być bardziej zdalna i w ogóle inna.

Potwierdza się przy tym naukowo najrozmaitsze oczywistości znane także dzieciom. Takie np., że ciężka i długa praca to mniej zdrowia i kontuzje, ale po pewnym czasie także duży spadek wydajności.

Przewertowałem kilkanaście prac naukowych na temat potencjalnie rewolucyjnych zmian w rozmiarach i sposobach świadczenia pracy, ale raczej szkoda czasu na ich cytowanie, bo we wnioskach są naiwnie jednostronne.

Wbrew uczonym w mowie i słowie, śmiem twierdzić, że żadnej skokowej zmiany nie będzie. Przez dłuższą „chwilę” (chodzi o chwilę w historii, która trwać może lata cale, więc stąd cudzysłów) pracować będziemy dłużej, żeby nadrobić czas i poniesione straty.

Żaden szybki skok automatyzacji i sztucznej inteligencji nie nastąpi przez co najmniej dekadę, bo to wymaga wydatkowania wielkich kapitałów, a te poszły na ratunek pozamykanych gospodarek i ludzi bez wypłaty.

Nie lubimy raczej jeden drugiego i jedna drugiej, ale w samotności wrogość bliźniemu okazywać jest trudniej, więc z radością wrócimy do biur, żeby było jak dawniej – kilka życzliwych twarzy i bataliony prawdziwych i domniemanych wrogów wokół siebie. To jest nasz naturalny żywioł, nie jest nim własne mieszkanie, w którym głównie śpimy.

Jedną pracę jednak zacytuję, bo jeśli wnioski są trafne, to mogą być praktycznie użyteczne. Powstała oczywiście w Ameryce, a dotyczy dziennego światła w biurach (“Economic implications of access to daylight and views in office buildings from improved productivity”).

Autorzy twierdzą, że praca przy lub blisko okna może zwiększyć zdolności umysłowe pracownika o kilkanaście punktów procentowych. W warunkach amerykańskich może się to przełożyć na roczny wzrost płacy o prawie 12 tysięcy dolarów, czyli o 1000 na miesiąc.

Z użyciem założeń dotyczących liczby osób oddalonych od biurowych okien uznali, że potencjał wzrostu PKB w wyniku przesunięcia pracowników do światła dziennego wynosi w granicach 240 mld– 464 mld dolarów rocznie.

Wchodzenie w dywagacje nt. kosztów przebudowy biur ma mało sensu, bo na szeroką skalę nikt się tego nie podejmie, zwłaszcza w krótkim czasie, ale jeśli już zatrąbią na powrót do „normalnej” pracy, z myślą o własnym zdrowiu i lepszym zarobku szukajcie miejsc przy oknach.

Jan Cipiur
Jan Cipiur, dziennikarz i redaktor z ponad 40-letnim stażem. Zaczynał w PAP, gdzie po 1989 r. stworzył pierwszą redakcję ekonomiczną. Twórca serwisów dla biznesu w agencji BOSS. Obecnie publikuje m.in. w Obserwatorze Finansowym.

Źródło: aleBank.pl
Udostępnij artykuł: