Jak tracić czas i nie mieć wyrzutów sumienia

Polecamy

„W poszukiwaniu straconego czasu” można zgubić więcej czasu, niż czytając  wiekopomne dzieło Marcela  Prousta.  Oglądanie seriali jest tylko jedną z wielu dróg do samodoskonalenia się w sposobach zabijania czasu. Seriale są jak ludzie. Lepsze i gorsze. Seriale są bowiem takie same, jak ich widzowie. Kreują świat na miarę wyobrażeń nie tylko swoich twórców, ale i odbiorców. Nie potępiam tych, którzy je oglądają, bo sam nie jestem bez winy. 

„W poszukiwaniu straconego czasu” można zgubić więcej czasu, niż czytając  wiekopomne dzieło Marcela  Prousta.  Oglądanie seriali jest tylko jedną z wielu dróg do samodoskonalenia się w sposobach zabijania czasu. Seriale są jak ludzie. Lepsze i gorsze. Seriale są bowiem takie same, jak ich widzowie. Kreują świat na miarę wyobrażeń nie tylko swoich twórców, ale i odbiorców. Nie potępiam tych, którzy je oglądają, bo sam nie jestem bez winy. 

Każdy z nas ma przecież  jakiś ulubiony serial na miarę swoich potrzeb. Bo zaspokajają one  nie tylko nasze  zapotrzebowanie na  trwonienie swojego  czasu, ale i inne ważne emocjonalne potrzeby ludzkiego   gatunku: potrzebę przynależności do określonej grupy (nie tylko oglądających konkretny serial, ale czerpiących z niego określone wzory),  potwierdzenia własnej wartości (przecież głupszy niż Ferdek Kiepski czy Solejuk z „Rancza” nie jestem)  czy też podstawowe potrzeby bezpieczeństwa (bo lepiej, jak wszystkie nieszczęścia przydarzają  się innym, a nie nam). A przerwy reklamowe pozwalają z kolei na skuteczne zaspokajanie potrzeb fizjologicznych.

Na razie  jednak to  seriale rządzą czasem widzów, a nie odwrotnie, choć ciekawe, jak zmieni się  świat, kiedy kolejne pokolenie samo sobie układać będzie program telewizyjny na miarę własnych gustów, potrzeb i wolnego czasu. Zastanawiam się też, skąd wziął się kilka lat temu  fenomen popularności serialu o Annie German, który w Rosji oglądało znacznie ponad 20 milionów widzów, a w Polsce ich ilość też przekroczyła wszystkie wskaźniki oglądalności (ponad 7 mln telewidzów przyciągał  przed telewizory każdy z kolejnych odcinków, mocno rozciągnięty w czasie, z powolną, dość „staromodną” narracją). Czy magnesem była sama, autentyczna  postać piosenkarki i jej dramatyczne losy? A może to właśnie odmienna  formuła takiego serialu, zrealizowanego przez rosyjskiego producenta i polskiego reżysera Waldemara Krzystka, stanowi klucz do zrozumienia tego fenomenu?  To też dowód, że warto czasami pójść pod prąd pewnym modom i ułatwieniom serialowego obrazu, warto sięgnąć po historie autentyczne, warto nawet szukać takich opowieści, w których znajdziemy  odrobinę prawdy o nas samych. Takiej popularności nie doświadczył emitowany właśnie kolejny telewizyjny serial o Eugeniuszu Bodo (ponoć to jedna z najdroższych produkcji serialowych). Na realizację czeka z kolei w TVP serial  o   Violetcie Villas, której popularność  i walory  wokalne porównywalne były z German, a jej  losy, pełne życiowych i artystycznych zwrotów oraz  dramatycznych wydarzeń  są niewątpliwie doskonałym materiałem filmowym. Coś o tym wiem, bowiem jestem pomysłodawcą tego serialu i jego współscenarzystą. Ale czy zrealizowany w końcu o niej serial okaże się sukcesem – zależy to oda tak wielu czynników, że trudno cokolwiek prognozować.

Skądinąd najbardziej denerwujące w tym natłoku różnych polskich seriali – oprócz dosyć schematycznej, dopasowanej do telewizyjnej estetyki  gry większości aktorów (zdarzają się oczywiście chlubne wyjątki), bywa ich scenograficzne tło. Większość planów wygląda bowiem tak, jakby wnętrza urządzano, korzystając np. z gotowych wzorów IKEI. Nie tylko wyposażenie czy meble się powtarzają, ale nawet kolorystyka jest podobna.  A wszechobecny „product placement” tak zdominował codzienne życie serialowych bohaterów, że robią zakupy tylko w określonych supermarketach, jeżdżą wyłącznie samochodami jednej marki czy używają najlepszych kosmetyków konkretnego producenta, który zapłacił za to stosowną zapłatę.  Dlatego czasami „z pewną taką nieśmiałością” wolę obejrzeć „niesłusznych politycznie i historycznie”, ale za to pozbawionych tego współczesnego bagażu „Czterech Pancernych”, mimo iż doskonale wiem, jakie zakończenie ma kolejny odcinek.

Wiem, wiem, każde pokolenie ma taką rodzinę Matysiaków, na jaką zasłużyło. Aha, recepta  jak nie żałować straconego czasu poświęconego serialom jest stosunkowo prosta. Zasiąść w wygodnym fotelu podczas emisji, podłożyć poduszkę pod głowę i … uzupełnić niedobory snu. Może przyśni się  nam  ciekawsza  fabuła od tej serialowej?

Wojciech Fułek
pisarz i scenarzysta, długoletni  samorządowiec,
aktualnie wiceprezes Europejskiego Związku Uzdrowisk ESPA,
zawodowo związany z Sopockim Instytutem Ubezpieczeń

Foto: Archiwum

Udostępnij artykuł: