Jazzowy wiatr od morza

Aktualności

Kilka miesięcy temu w artykule "Kiedy słychać dżezu pierwsze trzaski" przypominałem na tych łamach trudny "katakumbowy" okres polskiego jazzu, który w latach 1948-1955 został uznany za muzykę wręcz wrogą socjalistycznym ideałom. Jej "odpolitycznienie" okazało się jednak procesem niełatwym i długotrwałym. Najgorszy okres jazz przetrwał, schodząc do politycznego podziemia i ukrywając się pod nazwą "muzyki tanecznej".

Ważnym wydarzeniem na drodze do „rehabilitacji” muzyki jazzowej był z pewnością Międzynarodowy Festiwal Młodzieży i Studentów, zorganizowany latem 1955 roku w Warszawie. Polskie Nagrania wydały wtedy serię płyt pod wspólnym tytułem „Kronika Dźwiękowa Festiwalu Młodzieży”, na których nie zabrakło nagrań zespołów jazzowych. Ba, pojawiła się nawet – po raz pierwszy w okresie powojennym – płyta zachodniej grupy jazzowej „The Bruce Turner Quintet” z Wielkiej Brytanii, a w stolicy zorganizowano cykl koncertów pod nazwą „Estrada Jazzowa”, których gospodarzem był Leopold Tyrmand. W lutym 1956 roku ukazał się w Gdańsku pierwszy numer ilustrowanego miesięcznika „Jazz”, który natychmiast stał się ulubionym pismem muzycznym młodego pokolenia. Józef Balcerak, redaktor naczelny nowego miesięcznika, reklamował go jako „jedyne pismo, poświęcone muzyce jazzowej, ukazujące się w krajach Europy Środkowej i Wschodniej”. Nic więc dziwnego, że to właśnie na Wybrzeżu narodził się też wkrótce pomysł muzycznego festiwalu, który okazał się imprezą przełomową, po której nic już nie mogło być takie, jak wcześniej. A – przypadający w tym roku – jubileusz 60-lecia I Ogólnopolskiego Festiwalu Muzyki Jazzowej SOPOT’1956 jest doskonałą okazją do przypomnienia gorących sporów, także polityczno-ideologicznych, które rozgorzały wtedy wokół tej imprezy.

W roku 1956 w całej Polsce lawinowo już powstawały kolejne jazz-cluby, a jednym z filarów prężnie działającego gdańskiego był, blisko zaprzyjaźniony z Leopoldem Tyrmandem (jeszcze z okresu jego wojennego pobytu w Wilnie), późniejszy ojciec polskiego rocka, wybrzeżowy dziennikarz Franciszek Walicki. To on okazał się jednym z głównych pomysłodawców zorganizowania w Sopocie wielkiej, międzynarodowej imprezy festiwalowej, na której mogliby się pojawić w głównej roli muzycy jazzowi.

W jednym z wywiadów Tyrmand, nie tylko „jazzowy guru” młodego pokolenia, ale i arbiter elegantiarum (jego słynne czerwone skarpetki przeszły do legendy) oraz popularny pisarz owiany aurą gigantycznego sukcesu sensacyjnej powieści „Zły” (1955), wspominał:

„Walicki przyjechał do mnie z facetem nazwiskiem Kosiński. Powiedzieli: Widzi Pan, co się dzieje? Róbmy festiwal jazzowy! Ja powiedziałem: Świetnie, róbmy!, po czym wciągnąłem w to Eilego (Marian Eile – redaktor naczelny kultowego wtedy i opiniotwórczego krakowskiego tygodnika „Przekrój” – przyp. WF) i Skarżyńskiego (Jerzy Skarżyński – grafik, scenograf, malarz, plakacista, autor festiwalowego plakatu, scenografii i programów- przyp. WF)…

Trochę inaczej wyglądało to w opublikowanych wiele lat później wspomnieniach samego Walickiego:

Wiosną 1956 roku, podczas jednego z naszych spotkań w Warszawie, Tyrmand wysunął pomysł zorganizowania na Wybrzeżu dużej imprezy muzycznej z udziałem najciekawszych polskich muzyków i zespołów jazzowych. Lolek miał przygotować listę zaproszonych zespołów, ja miałem zbadać teren i doprowadzić do realizacji pomysłu. Zainteresowaliśmy imprezą znakomitego organizatora, Jerzego Kosińskiego – ówczesnego dyrektora Wojewódzkiej Agencji Imprez Artystycznych w Sopocie – a po kilku tygodniach stało się jasne, że impreza odbędzie się w sierpniu 1956 roku w Sopocie i otrzyma nazwę I Ogólnopolski Festiwal Muzyki Jazzowej. To Tyrmand był spirytus movens tego festiwalu. On dobierał wykonawców, ustalił skład Komitetu Honorowego i prowadził pierwsze koncerty”.

Komitet Honorowy, któremu przewodniczył Jerzy Kosiński, miał stanowić jednocześnie pewien „wentyl bezpieczeństwa” dla organizatorów, stąd w jego składzie znaleźli się luminarze świata kultury, sztuki i nauki – Jerzy Broszkiewicz, Michał Duda, Marian Eile, Stefan Kisielewski, prof. Jan Kott, prof. Zygmunt Mycielski, Jerzy Skarżyński, Leopold Tyrmand i Franciszek Walicki. Wszyscy oni wypowiadali się na temat swoich związków z jazzem w starannie opracowanym festiwalowym folderze. Np. Stefan Kisielewski – z właściwą sobie dozą przewrotności i ironii – pisał tam m.in.:

Jazz to specyficzne upowszechnienie twórczości – szczyt marzeń niejednej demokracji. Z faktu tego wynika proces naturalnej selekcji jazzowych wykonawców – selekcji dokonywanej nie w konserwatoriach, akademiach i filharmoniach, lecz w praktyce, w życiu, w najdrobniejszej komórce społecznej…

Leopold Tyrmand z kolei swojej refleksji starał się nadać nieco głębszy, wręcz filozoficzny wymiar, rozprawiając się przy okazji z przeciwnikami jazzu:

O pojęcia, jak wiadomo, rozlewano zawsze największe kałuże krwi… Nienawistny ton sporów o muzykę jazzową wynika przede wszystkim ze skłębionych nieporozumień. Zjawisko to zachodzi zawsze wtedy, gdy te same słowa znaczą różne rzeczy albo gdy te same rzeczy określane są przy pomocy różnych słów. Mętność, brak jasnych klasyfikacji i kryteriów, mgła wokół upodobań i umiłowań artystycznych wywołują u wszystkich zgrzytanie zębów i budzą trudną do opanowania chęć łomotania przeciwnika polanem po głowie.

Cały festiwal rozpoczął się w poniedziałek, 6 sierpnia 1956 roku barwnym, wesołym pochodem wszystkich muzyków oraz tysięcy młodych ludzi przez centrum miasta (tłum maszerował dzisiejszym deptakiem, który wtedy nosił jeszcze imię Marszałka Konstantego Rokossowskiego), wzbudzając istną sensację, a słynna historia z niesionymi na jego końcu – w formie transparentów – 4 literami, który utworzyły w pewnym momencie niecenzuralne słowo, przeszła do festiwalowej legendy. Przez cały tydzień w centralnej Sali wystawienniczej Biura Wystaw Artystycznych (dziś: Państwowa Galeria Sztuki), zlokalizowanej nieopodal sopockiego mola, odbywały się koncerty kolejnych wykonawców. W piątek wieczorem zaplanowano wielkie Jam Session w Operze Leśnej (jeszcze nie przykrytej dachem), w którym wystąpili wszyscy muzycy i soliści. W tym samym miejscu następnego dnia zorganizowano koncert „All Stars”, aby 12 sierpnia, w niedzielę zakończyć całe wydarzenie muzycznym festynem z licznymi atrakcjami na molo. Wszystkie koncerty zapowiadał i prowadził osobiście Leopold Tyrmand, a jazz królował niepodzielnie nie tylko na sopockich scenach, ale również i na ulicach, parkach i plażach.

Tak wspominał tamtą atmosferę Franciszek Walicki:

W ciągu siedmiu chłodnych wieczorów lata 1956 rozbrzmiewała w Sopocie melodia starej murzyńskiej pieśni Swanee River (to także pomysł Tyrmanda), inaugurująca kolejne koncerty festiwalu. Melodia ta stała się zresztą później tradycyjnym sygnałem wszystkich następnych festiwali jazzowych w Polsce – z Jazz Jamboree włącznie.

6 sierpnia uroczystego otwarcia pierwszej imprezy dokonał Stefan Kisielewski, a Leopold Tyrmand dokonał prezentacji pierwszego zespołu.

W ciągu siedmiu kolejnych dni sierpnia ponad trzydzieści tysięcy młodych ludzi, przybyłych na Wybrzeże z najdalszych zakątków kraju, zakochanych w Armstrongu, Parkerze i Brubeck’u, oklaskiwało występy najciekawszych zespołów i przeżywało emocje, których dostarczyć może tylko jazz w nie najgorszym wykonaniu”.

Rewelacją imprezy okazał się zespół, stworzony zaledwie kilka miesięcy przez młodego, 25-letniego lekarza i pianistę, Krzysztofa Komedę-Trzcińskiego. Jedynym muzykiem, grającym czynnie jazz do dzisiaj z tego legendarnego sekstetu jest Jan Ptaszyn-Wróblewski. Tak zapamiętał on atmosferę tego muzycznego święta młodego pokolenia:

Nam się w ogóle nie śniło, że może być coś takiego, jak festiwal. Festiwal ogólnopolski, międzynarodowy – przecież ja nigdzie przedtem nie grałem poza zabawami tanecznymi w Poznaniu, wyłącznie dla kolegów-studentów. To było wielkie wydarzenie nie tylko dla nas, debiutantów, ale i dla weteranów typu Trzaskowski-Matuszkiewicz. I oni czuli presję, ale też i byli podbudowani tym wszystkim, co się działo. Do Sopotu przyjechały dziesiątki tysięcy ludzi z całej Polski. Kiedy szedł ów legendarny, otwierający pochód, to na sopockim deptaku nie było gdzie palca wcisnąć. Przez 24 godziny na dobę trwała przedziwna, wspaniała atmosfera. Tłumy nieustannie przewalały się po deptakach, tysiące koczowały na plażach. Wszyscy ze sobą nawiązywali kontakt. W Sopocie pojawiły się pewne określone środowiska. Trudno pominąć „Piwnicę pod Baranami”, teatrzyk „Bim-Bom” z Cybulskim, Afanasjewem, Kobielą. Tu następowało silne związanie się tej generacji”.

Festiwalem żyła cała Polska, co oczywiście nie było tylko zasługą muzyki, ale czasów i okoliczności. Po tym, co wydarzyło się w czerwcu w Poznaniu, wszyscy zdawali sobie sprawę – mimo słów premiera Cyrankiewicza „ o odrąbywaniu rąk podniesionych na władzę ludową”, że „jazzowy wiatr od morza” jest tylko jednym z wielu symptomów zbliżających się politycznych zmian. Odwilż w sztuce i kulturze była już faktem, choć nie brak było i takich „dokumentalistów” festiwalu, jak zbulwersowany wysłannik „Expressu Wieczornego”, który donosił wtedy z Sopotu, że:

rozzuchwaleni awanturnicy zdzierają z dziewcząt części garderoby i rzucają pod sufit (…) Doszło do tego, że rozwydrzony tłum zatrzymywał przejeżdżające samochody podnosił je do góry (…) W imieniu opinii publicznej, w imieniu zaniepokojonych czytelników domagamy się: wyciągnięcia surowych konsekwencji wobec niefrasobliwych organizatorów tej ponurej afery, wyjaśnienia, dlaczego funkcjonariusze MO bezczynnie przyglądali się wybrykom i ekscesom, ujawnienia finansowo-organizacyjnych kulis imprezy (także tego, ile pieniędzy zarobili na imprezie poszczególni organizatorzy i za co), zabronienia na przyszłość organizowania imprez masowych przez tak nieodpowiedzialnych ludzi. Afera sopocka, naszym zdaniem, winna znaleźć swój epilog w prokuraturze”.

Taki publiczny donos jeszcze niedawno spowodowałby z pewnością natychmiastową reakcję władz, ale „wiatr odnowy wiał, znów się można było śmiać” i w obronie organizatorów stanęli inni dziennikarze. „Gazeta Pomorska” pisała wtedy np.:

Jazz wyzwolił nie tylko żywiołowe odruchy naszej młodzieży, ale także poruszył kołtunerię i ponuraków, którzy z grobową miną zapowiadali niemal koniec świata, jeśli pozwolimy rozwijać się jazzowi w Polsce (…) Poszły w ruch stugębne plotki, którym dali wiarę nawet niektórzy dziennikarze, upatrując w barwnym tłumie… nosicieli bakcyla chuligaństwa i obcych obyczajów. Widziano ponoć poprzewracane samochody, bijatyki i rozpasanie… Byłem przez cały czas trwania festiwalu w Sopocie. Zaobserwowałem duże podniecenie muzyką, ale nie widziałem ani rozpasania, ani przewracanych samochodów”.

Pomiędzy prasowymi sprawozdawcami rozegrał się jakiś dziwny mecz ping-ponga, w którym na przemian odzywali się zwolennicy i zdeklarowani wrogowie festiwalu. „Dziennik Bałtycki” donosił:

Że zamiast transparentu czterech rozbudowanych wyrostków niosło 4 wymowne litery, że podochocone dziewczęta rozebrane odstawiały coś w rodzaju tańca, że zaczesani na kretynów młodzieńcy podrygiwali w takt samby – to detale. Zastanawiające jest samo zjawisko jako takie. Obcisłe dunkry, koszule na wierzch, kretyńskie grzywki u chłopców, swetry z dekoltem a la Sophia Loren, rozczochrane kosmyki i wyraz zblazowania na gamoniowatych twarzach… Jeśli odwilż ma być taka, to już chyba lepszy trzydziestopniowy mróz”.

To zderzenie z innym – niezrozumiałym zupełnie dla części starszego pokolenia – światem, nieoczekiwany wybuch wolności (nawet jeśli – póki co – tylko obyczajowej i artystycznej), ta pokoleniowa integracja wokół muzyki jazzowej latem roku 1956 zostały już, na szczęście, uwolnione od polityczno-ideologicznej otoczki, a sam jazz przestał w końcu pełnić – przypisywaną mu wcześniej odgórnie – rolę wroga ustroju. Nie wszyscy oczywiście dostrzegli tę przemianę, ale nawet ówczesny organ prasowy Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku, „Głos Wybrzeża”, w taki sposób odpowiadał na zarzuty przeciwników sopockiej imprezy:

Nie, to stanowczo nie była banda chuliganów. To była po prostu młodzież… Reagowała na muzykę w sposób żywy, czuły i na ogół trafny. Tam, gdzie można było krzyczeć – po udanych improwizacjach w stylu tradycyjnym – tam rozlegały się krzyki i gwizdy. Tam, gdzie grano jazz nowoczesny – wymagający uwagi i skupienia – tam widownia umiała zachować spokój.

Ba, nawet osławiona „Trybuna Ludu”, pominęła zupełnym milczeniem kolejne donosy dziennikarskie „Sztandaru Młodych” („nastąpiły zdecydowanie chuligańskie ekscesy w postaci rozbierania parkanów i przewracania samochodów”) oraz „Ekspressu Wieczornego” („Kiedy skończy się ta bikiniarska i gorsząca orgia miłośników muzyki jazzowej”). Ba, korespondent centralnej gazety partyjnej wykazał się nawet dużą przenikliwością i znajomością rzeczy, skoro w jego pofestiwalowym refleksjach mogliśmy przeczytać m.in.:

Polski jazz wyszedł z ukrycia. Okazało się, że i w tej, tak popularnej i lubianej dziedzinie muzyki mamy poważne osiągnięcia, nie mamy czego się wstydzić. Sopocki festiwal był przeglądem dorobku ostatnich lat i miesięcy (…) Był dopiero pierwszym krokiem na drodze rozwoju polskiego jazzu, któremu rokować można dobre nadzieje i horoskopy. Pod tym względem okazał się imprezą pożyteczną i choć jest pierwszym, chyba nie będzie ostatnim. Czas przestać traktować jazz jako kopciuszka. Nie można go dłużej przemilczać. Trzeba się liczyć z jego istnieniem jako realnym zjawiskiem naszego życia kulturalnego tak też się do niego ustosunkować.

I ustosunkowywano się, jak kto umiał, ale zdjęcie z samego terminu „muzyka jazzowa” politycznego odium stało się faktem, choć nie wszyscy to zauważyli. Po roku, we wstępie do katalogu II Festiwalu, Franciszek Walicki tak podsumował tę gorącą dyskusję:

„Bardzo krańcowe opinie towarzyszyły sopockim imprezom, a echa sopockiego trzęsienia ziemi długo nie milkły na łamach prasy. Ponad 200 artykułów, jakie ukazały się na temat festiwalu, polemiczny charakter tych publikacji, ożywione dyskusje i spory – wszystko to świadczyło wymownie, że temat nie został wyczerpany do końca, że tu już nie chodziło o sam festiwal, że toczył się poważny spór o młodzież, o miejsce nowoczesności, o potrzebę gwałtownych przeżyć i silnych wzruszeń, których wyrazem są nie tylko płótna Picassa lub opowiadania Hłaski, a także pewien szczególny gatunek muzyki współczesnej, któremu na imię JAZZ”.

Oczywiście, pomysłodawcy i organizatorzy festiwalu nie zdawali sobie wtedy jeszcze sprawy, że to wydarzenie będzie miało charakter przełomowy, że zapisze się na trwałe nie tylko w historii polskiej muzyki, ale i – w pewnym sensie – polityki, przecierając szlaki nie tylko dla nowych trendów w sztuce i kulturze. Ale trafnie diagnozował to zjawisko główny sprawca całego zamieszania, Franciszek Walicki (który już po kilku latach stanie na czele kolejnej rewolucji obyczajowej i muzycznej, stając się „ojcem chrzestnym” polskiego rocka), pisząc, iż „festiwal sopocki był nie tylko imprezą muzyczną. Był on także szczególnego rodzaju manifestacją młodzieży przeciwko długiemu okresowi drętwej mowy, przeciwko ponuractwu i doktrynerstwu, nudzie i szarzyźnie, przeciwko metodom bezmyślnego prowadzenia za rękę i obowiązującej zasadzie uszczęśliwiania ludzi wbrew ich woli”.

Wojciech Fułek

Udostępnij artykuł: