Kredyty hipoteczne i wkład własny, banki łagodzą kryteria

Kredyty / Nieruchomości

Dom i pieniądze
Fot. stock.adobe.com/minicase

709 tys. złotych – przeciętnie na taki właśnie 30-letni kredyt może dziś liczyć trzyosobowa rodzina, w której rodzice pracują i każde przynosi do domu po jednej średniej krajowej – wynika z szacunków HRE Investments opartych o dane z banków.

#BartoszTurek: Pojawiają się elementy liberalizacji, jak udzielanie kredytów osobom posiadającym czasową umowę o pracę lub dopuszczanie jako źródło dochodów zysków z prowadzonej działalności #KredytyHipoteczne #WkładWłasny @HeritagePolska

To o 70 tysięcy więcej niż przed rokiem. Przy tym trzeba mieć świadomość, że większość tego przyrostu zawdzięczamy decyzjom Rady Polityki Pieniężnej – pisze Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments.

To bowiem obniżenie poziomu stóp procentowych doprowadziło do tego, że oprocentowanie kredytów mieszkaniowych spadło o 1/3 względem stanu sprzed epidemii.

Co do zasady możemy przecież tym więcej pożyczyć im kredyt jest tańszy.

Czytaj także: BIK: popyt na kredyty mieszkaniowe we wrześniu wzrósł o 5,4 proc. rdr

Nawet dwukrotne różnice w zdolności kredytowej

Warto podkreślić, że wśród banków mamy duże zróżnicowanie ofert. W efekcie w październiku najhojniejszy bank skłonny jest pożyczyć naszej modelowej rodzinie nawet ponad dwa razy więcej niż instytucja najbardziej zachowawcza.

Citi Handlowy proponuje naszej modelowej rodzinie 380 tys. złotych kredytu. Jeśli dług zaciągany byłby z 20-proc. wkładem własnym, to dzięki niemu można byłoby kupić mieszkanie warte 475 tys. złotych. Kwota wystarczająca na zakup 2‒3 pokoi nawet w najdroższym mieście wojewódzkim – Warszawie, a mówimy przecież o najniższej deklarowanej przez ankietowany bank zdolności kredytowej rodziny z naszego przykładu. Z drugiej strony Citi oferuje swój dług z ponadprzeciętnie niskim kosztem (marżą 2,09% i RRSO 2,44%).

Na drugim biegunie znajdziemy takie instytucje jak ING, BOŚ czy BNP Paribas, które skłonne byłyby pożyczyć rodzinie z przykładu nawet ponad 800 tys. złotych na zakup mieszkania.

Dla porządku warto dodać, że w BOŚ Banku pod uwagę wzięliśmy specjalny kredyt dla osób chcących kupić lub zbudować nieruchomość o ponadprzeciętnie niskim zapotrzebowaniu na energię. Standardowa oferta jest droższa.

Przy tym musimy podkreślić, że w badanym przez nas przykładzie rodzina nie ma zobowiązań finansowych, ale posiada już pozytywną historię kredytową. Gdyby tego było mało, to zakładamy, że oboje rodzice mają pracę, a ich pensje zostały oszacowane na podstawie danych GUS o pensjach w sektorze przedsiębiorstw.

Niestety dane urzędowe pomijają umowy o dzieło czy zlecenie, ale też pensje w małych firmach i administracji publicznej. W sumie oznacza to, że urzędowa średnia jest trochę zawyżona.

Gdyby spróbować to zniwelować poprzez obniżenie średniej krajowej o 20%, to i tak wciąż mielibyśmy do czynienia z całkiem solidną zdolnością kredytową. Przeciętnie nasza rodzina mogłaby bowiem pożyczyć na mieszkanie w ramach 30-letniego kredytu kwotę 510 tys. złotych – wynika z danych zebranych przez HRE Investments. Przy tym, co ciekawe, w jednej z badanych instytucji rodzina nie posiadałaby zdolności kredytowej.

Czytaj także: Na wkład własny łatwiej odłożyć w Polsce niż w Budapeszcie czy Pradze, jednak daleko nam do Niemiec

Pełzająca liberalizacja polityki kredytowej

Co jednak ważne z miesiąca na miesiąc coraz więcej jest symptomów łagodzenia podejścia banków do udzielania kredytów. Najjaskrawszym przykładem jest fakt, że banki ING i BOŚ obniżyły wymagania odnośnie wkładu własnego.

Przypomnijmy, że w odpowiedzi na epidemię instytucje te wprowadziły wymaganie 30-proc. wkładu własnego. Stało się tak dlatego, że najpewniej bały się spadku cen nieruchomości. Dziś te obawy zanikają, w efekcie czego wystarczy posiadać 20% ceny mieszkania w gotówce, aby te banki przyjęły od nas wniosek kredytowy. Do tego ING – ważny gracz na rynku kredytów hipotecznych w Polsce ‒ kusi klientów marżą niższą niż miesiąc czy dwa miesiące temu.

Pojawiają się też takie elementy liberalizacji, jak udzielanie kredytów osobom posiadającym czasową umowę o pracę, a nie tylko taką na czas nieokreślony lub dopuszczanie jako źródło dochodów zysków z prowadzonej działalności gospodarczej – o ile nie podlegały one nadmiernym wahaniom w ostatnim czasie.

Wciąż w najgorszej sytuacji są osoby pracujące na tzw. umowach śmieciowych. Takie źródła dochodu akceptuje wciąż niewiele instytucji.

Reasumując – widoczne są powoli wprowadzane ułatwienia dla kredytobiorców, ale minie jeszcze wiele czasu zanim kredyty będą równie łatwo dostępne, co przed epidemią.

Więcej chętnych na kredyt i dobre prognozy na przyszłość

Przy tych wszystkich zmianach do banków ustawia się coraz liczniejsza kolejka klientów. Polacy chcą się zadłużać częściej niż przed rokiem, a do tego ich wnioski kredytowe opiewają na wyższe kwoty – wynika z najnowszych danych BIK.

Z danych tej instytucji wynika, że we wrześniu do banków spłynęło 37,7 tys. wniosków o kredyt mieszkaniowy (to o prawie 2 tys. więcej niż przed rokiem). Pojedynczy dokument opiewał przeciętnie na trochę ponad 291 tys. złotych. To o ponad 13 tys. zł więcej niż we wrześniu 2019 roku, a przecież w międzyczasie wyraźnie wzrosły wymagania odnośnie wkładu własnego.

Skoro większą część ceny nieruchomości musimy pokrywać w gotówce, to powinniśmy się raczej spodziewać tego, że kredytobiorcy będą chcieli pożyczyć mniej. Okazuje się jednak, że jest dokładnie odwrotnie.

Czytaj także: Kto nie dostanie kredytu hipotecznego w dobie kryzysu?

We wrześniu 2020 r. ZBP opublikował też najnowsze wyniki badania PENGAB. Pokazują one nastroje w placówkach bankowych.

Efekt? Badanie to sugeruje, że we wrześniu banki sprzedawały więcej kredytów mieszkaniowych niż w sierpniu. Do tego prawie połowa ankietowanych spodziewała się w perspektywie 6 miesięcy wzrostu sprzedaży kredytów mieszkaniowych. Przeciwnego zdania było 7 razy mniej respondentów.

Bartosz Turek,

analityk HRE Investments.

Źródło: aleBank.pl
Udostępnij artykuł: