Królestwo za ciszę!

Andrzej Lazarowicz

Współczesny świat stał się hałaśliwy, jak nigdy wcześniej. Równie hałaśliwy jest współczesny człowiek. Krzyczy, gada, paple - jakby bał się ciszy. A może rzeczywiście się boi. Bo dziś liczą się miałkie rzeczy i miałcy ludzie. Im hałas nie przeszkadza.

Wręcz przeciwnie – to ciszy się boją. Bo, jak powiedział Wilhelm Raabe (pisarz niemiecki) w największej ciszy powstają największe cuda. Dzisiejszy świat cudów nie potrzebuje – zwłaszcza wielkich. Wystarczają mu maleńkie dziełka, maleńka stabilizacja. Człowiek zapomniał, że do wielkich rzeczy został stworzony. I powinien odzywać się wtedy, kiedy rzeczywiście ma COŚ do powiedzenia. I zaczęli ludzie, jak stwierdził Marcel Achard (francuski dramatopisarz i scenarzysta), przypominać skarbonki, a te – im mniej są napełnione, tym więcej robią hałasu.

Osobliwie wokół siebie, swej inteligencji, mądrości, zdolności, umiejętności, pomysłów. Nie rozumiem, po co tyle o tym gadają. Skoro rzeczywiście tak jest, to inni bez gadania to zauważyć powinni. A tak – chcąc nie chcąc – słuchają i słuchają. I części z nich przychodzą na myśl słowa Plutarcha (jednego z największych pisarzy starożytnej Grecji): Puste beczki i głupcy robią dużo hałasu…

A może hałas potrzebny jest współczesnemu człowiekowi do tego, by wsłuchując się weń, przestał myśleć. Może – żyjąc w różnorodnych komunach i korporacjach – woli wykonywać rozkazy i nie zastanawiać się ani nad nimi, ani nad sensem czegokolwiek. Jedyne na co go stać, to włączanie się w chór komentatorów i pochlebców. Rzekł onegdaj Monteskiusz (francuski filozof, prawnik i pisarz epoki Oświecenia): Ludzie, co mają mało do roboty, są wielkimi gadułami: im mniej ma ktoś do myślenia, tym więcej gada. Myślenie – to rozmowa z samym sobą, a kto mówi do siebie, ten nie myśli wcale o mówieniu do innych.

Kończyć wypada By nikt nie rzekł mi za Janem Izydorem Sztaudyngerem (poetą i satyrykiem): Mówię. Krzyczę. Piszę. Czy warto było mącić ciszę?

Udostępnij artykuł: