Krótsze życie i inne spodziewane oraz nieoczekiwane następstwa pandemii w Ameryce

Blogi / Jan Cipiur

Wiek, którego ma szansę dożyć amerykański noworodek drący się dziś po raz pierwszy wniebogłosy, spadł aż o 18 miesięcy, tj. o półtora roku. Nie dziwią więc opinie, że SARS-CoV-2 to jedno z najgorszych doświadczeń ludzkości od drugiej połowy XIX stulecia.

Jan Cipiur
Jan Cipiur Fot. Autor

Wiek, którego ma szansę dożyć amerykański noworodek drący się dziś po raz pierwszy wniebogłosy, spadł aż o 18 miesięcy, tj. o półtora roku. Nie dziwią więc opinie, że SARS-CoV-2 to jedno z najgorszych doświadczeń ludzkości od drugiej połowy XIX stulecia.

Służba opracowująca dane dotyczące zdrowia Amerykanów (National Center for Health Statistics) ogłosiła właśnie, że dzieci urodzone teraz w USA mogą dożyć 77,3 lat, jeśli będą żyć w warunkach przynajmniej tak dobrych jak te z 2020 r., podczas gdy dzieci z rocznika 2019 mają szanse umrzeć starsze, bo w wieku 78,8 lat. Różnica jest wielka, a takie spadki to wydarzenia wiekopomne.

Licząc od 1850 roku od kiedy dane są w miarę wiarygodne, przewidywana długość życia spadła w Stanach bardzo wyraźnie tylko dwukrotnie.

Po raz pierwszy był to efekt bratobójczej rzezi w trakcie wojny secesyjnej. Wówczas wskaźnik spadł z 39,4 lat w 1860 r. do 35,1 w 1865 r.

Od razu wyjaśnić trzeba, że również wówczas ludzie dożywali sędziwego wieku, a wskaźnik wyznaczający statystyczny pułap długości życia poniżej czterdziestki to jedynie średnia, na którą największy wpływ miała wielka śmiertelności niemowląt i małych dzieci.

Efekt „hiszpanki”

Drugi spadek był skutkiem epidemii grypy zwanej „hiszpanką”, która dziesiątkowała ludzi zaraz po hekatombie I wojny. Wówczas przewidywana dalsza długość w USA spadła z 54,1 lat w 1915 r. do 53,2 lat w 1920 r.

Dotychczasowe żniwo choroby SARS-CoV-2, która przedwcześnie odebrała życie sześciuset tysiącom mieszkańcom Stanów Zjednoczonych odbija się zatem statystycznie mocniej niż grypa sprzed 100 lat.

Oczywiste są skutki gospodarcze obecnej pandemii, ale Amerykanie pocieszają się, że mogło być znacznie gorzej.

Rolę (półoficjalnego) „mierniczego” amerykańskich cyklów gospodarczych pełni słynna, niezależna instytucja badawcza NBER (National Bureau of Economic Research. W ocenie jej ekspertów, ostatnia recesja „pandemiczna” trwała zaledwie dwa miesiące i zakończyła się w kwietniu 2020 r.

Co ciekawe kryzys gospodarczy minął, w pewnym sensie, zanim się rozpoczął. Marcową datę początku recesji ogłoszono mianowicie dopiero w czerwcu 2020 r., a więc po dwóch miesiącach od jej końca.

Śmichy-chichy są jednak nie na miejscu – zebranie danych oraz ich weryfikacja musi swoje trwać i zabiera około roku.

Krótka, ale głęboka recesja

Kręcić głową mogą natomiast pryncypialni stróże standardów, bowiem przyjęło się wśród ekonomistów, że dana gospodarka wchodzi w stan recesji po dwóch kolejnych kwartałach spadku PKB i w ogóle aktywności gospodarczej, a tu były to jedynie dwa miesiące. Ośmioro wybitnych profesorów ekonomii - członków Komitetu Datowania Cykli Gospodarczych NBER (Business Cycle Dating Committe) uznało jednak, że załamanie było zbyt wielkie, żeby go nie uwzględnić.

Recesja wywołana przez koronawirusa była najkrótsza we współczesnej historii USA, ale też najgłębsza od 1947 r., tj. od kiedy gromadzone są w USA miarodajne kwartalne dane nt. wzrostu gospodarczego.

Uderzenie z minionej wiosny było tak silne, że w marcu i kwietniu 2020 r. ubyły aż 22 miliony miejsca pracy, wskaźnik bezrobocia doszedł do 14,8 proc., co było wartością najwyższą od lat Wielkiego Kryzysu z lat 30. ubiegłego stulecia, a PKB zmniejszył się o ponad 10 proc.

Gospodarka amerykańska padła wprawdzie na moment na deski, lecz mimo zamroczenia szybko wstała na nogi. To spory sukces, bowiem począwszy od 1854 r. kiedy zaczęto liczyć czas trwania amerykańskich kryzysów gospodarczych, przeciętna trwania recesji wynosi 17 miesięcy, a od II wojny światowej, kiedy państwo zaczęło śmielej oddziaływać na gospodarkę statystyczna recesja trwała w USA 10 miesięcy.

Zadziwiającym skutkiem pandemii jest szalony wzrost w Ameryce kosztów zakupu używanych samochodów

Na skrócenie czasu trwania kryzysów gospodarczych ma też wpływ globalizacja, bowiem kupców na towary i usługi znaleźć można nie tylko u siebie i sąsiadów, ale też w najdalszych zakątkach świata, a granice i odległości nie są tak wielką przeszkodą jak jeszcze pół wieku temu.

Sterydy od państwa

Błyskawiczny odwrót recesji w Ameryce był jednak głównie wynikiem masowej reakcji fiskalnej i monetarnej państwa. Łączne wsparcie finansowe kraju i gospodarki może wynieść ok. 3 bilionów (3 000 mld) dolarów – a więc być 5-6 razy większe od polskiego produktu brutto. Tak wielkie rozmiary pomocy były też odpowiedzią na bardzo poważne obawy o nadpłynięcie drugiej fali kryzysu, która nazywana jest „double-dip recession”.

Drugiego uderzenia nie było, ale nadal odczuwane są skutki pierwszego - po ponad roku wyłączonych jest w USA 7 milionów spośród 22 milionów miejsc pracy zlikwidowanych w USA w marcu i kwietniu 2020 r.

Amerykanów zaczyna też martwić inflacja, która przekracza już 5 procent, a gdy się rozkręci może wpaść w spiralę wirującą bez opamiętania, co starzy ludzie jeszcze pamiętają.

Zadziwiającym skutkiem pandemii jest szalony wzrost w Ameryce kosztów zakupu  używanych samochodów.

Wg serwisu Edmunds, w czerwcu br. przeciętna cena dziewięcioletniego auta z drugiej ręki wynosiła w USA 13 250 dolarów i była o 30 proc. wyższa niż rok przedtem. Wóz pięcioletni kosztuje tam teraz średnio 24 tys. dol., o sześć tysięcy więcej niż w czerwcu 2020 r.

Nie, Jankesi nie zbiednieli, wprost przeciwnie - Wuj Sam dosypał im w ostatnich miesiącach do mieszków dużo, a niektórym bardzo dużo gotówki. Chcieliby kupować nowe auta, ale tych jest o wiele za mało, bo fabryki pracują na zwolnionych obrotach.

Taśmy w wytwórniach samochodowych ruszają się powoli, ponieważ nie ma gdzie kupić tzw. czipów, czyli układów scalonych. Tymczasem, wiosną 2019 r. firma Deloitte szacowała, że elektronika pochłaniała już 40 proc. całkowitych kosztów produkcji współczesnych samochodów. W 2000 r. udział ten wynosił 19 proc.

Czipów nie ma z nadmiaru wolnego czasu. W wyniku pandemii gwałtownie wzrósł popyt na laptopy, tablety i smartfony. To właśnie te produkty osuszyły globalny rynek układów scalonych, który wróci do siebie być może pod koniec roku.

A jak będzie z pandemią? Pożyjemy, niektórzy krócej, zobaczymy.

Jan Cipiur
Jan Cipiur, dziennikarz i redaktor z ponad 40-letnim stażem. Zaczynał w PAP, gdzie po 1989 r. stworzył pierwszą redakcję ekonomiczną. Twórca serwisów dla biznesu w agencji BOSS. Obecnie publikuje m.in. w Obserwatorze Finansowym.
Źródło: aleBank.pl
Udostępnij artykuł: