Mamy więcej komputerów, ale estońskie są od naszych przydatniejsze, choćby w walce z pandemią

Blogi / Jan Cipiur

Jan Cipiur
Jan Cipiur Fot. Autor

Mnóstwo tracimy czasu i pieniędzy, zbyt wolno informatyzując Polskę. Niby są chęci i sporo się nawet robi, ale brakuje szwungu, a niebawem, z powodów budżetowych, zacznie nie starczać pieniędzy.

Jan Cipiur: Doradcy z #PwC wskazują, że do 99 proc. tzw. usług publicznych ludzie w Estonii mają dostęp zdalny. To ważniejsza od możliwości uczestnictwa w wyborach korzyść z elektronicznego ID #COVID19

Korzyści z komputeryzacji kraju i życia są oczywiste i po wielokroć liczone, więc próby ich kolejnej enumeracji i wartościowania byłyby sztuką dla sztuki. Zatrzymam się na chwilę nad kwestią komputeryzacji w ochronie zdrowia.

Zmarnowana inicjatywa Andrzeja Sośnierza

Już lata temu gardłowałem za szybszymi wdrożeniami w tym obszarze, popierałem obecnego posła Sośnierza w jego działaniach z elektroniczną kartą pacjenta na Śląsku. Zawistni ludzie podłożyli mu wtedy nogę, ale teraz poszło wreszcie do przodu.

Jakże wielkim ułatwieniem, a w pandemii wręcz błogosławieństwem, jest np. e-recepta i możliwość automatycznego przepisania bez wizyty (ani telefonicznej, ani osobistej) kolejnej dawki leku, jeśli lekarz widzi w dokumentacji, że bierzemy go stale. Już dawno jednak mogliśmy być o kilometry dalej.

RODO tarczą przed postępem?

Marzy się system pełnej dokumentacji medycznej każdego z nas z wynikami wszystkich wizyt, badań, od krwi i moczu po rezonans i co tam jeszcze, do wglądu przez każdego lekarza, którego odwiedzamy z jakimś problemem lub który leczy nas w szpitalu.

Ilu niepotrzebnych testów, ilu konfliktów lekowych i powikłań lub tragedii z ich powodu można byłoby w ten sposób uniknąć, ile szybszych, ratujących zdrowie i życie prawidłowych rozpoznań chorobowych uzyskać…?

Coś takiego nie powstaje, a przynajmniej nikt o tym nie mówi. Na przeszkodzie nie są chyba pieniądze, bowiem korzyści finansowe i ogólnospołeczne byłyby olbrzymie.

Domyślać się można, że projekt taki ma na pieńku z osławionym i mocno przygłupim RODO, które chronić nas ma przed nadużyciami, a jest tarczą przed postępem.

Jak to robią Estończycy?

Przepisy zbyt uniwersalne zawsze czynią szkody, bowiem dla swego osobistego bezpieczeństwa prawnego każdy zobowiązany do ich stosowania będzie w razie wątpliwości wybierał interpretacje rozszerzające. Za tzw. komuny wisiały u nas, a do dziś wszędzie w Niemczech wiszą ciągle na klatkach schodowych lub na ścianach domów wykazy lokatorów.

Ani nam wtedy, ani Niemcom teraz nie przychodziło i nie przychodzi do głowy protestować lub choćby narzekać z tego powodu. Ochrona prywatności jest ważna, lecz blankietowość rozwiązań w tym zakresie poszła za daleko i zamiast bronić nas szkodzi naszym żywotnym interesom.

Przykład, że można działać szybciej i mądrze jest z Estonii. To bardzo małe państwo, ma mniej obywateli niż mieszkańców Warszawa, więc problemy i wysiłek informatyzacyjny jest tam o rząd wielkości mniejszy niż nad Wisłą, ale z drugiej strony posowiecka scheda była tam bardziej przykra niż u nas, więc jednak dziw bierze, gdy słyszy się co już osiągnęli Estończycy. Na łamach theconversation.com opisali to pokrótce dwaj badacze z Cardiff Metropolitan University

Lekarze tam mają dostęp do zgromadzonych w jednym systemie danych i wyników pacjentów, otrzymując go po uzyskaniu zgody chorego, czy szukającego porady.

Barack Obama, prezydent państwa, gdzie powstał Microsoft, Google, Apple, czy Facebook powiedział swego czasu, że gdy przyjdzie mu zdygitalizować amerykańską ochronę zdrowia zadzwoni po pomoc do Tallina.

Estończykowi nieprowadzącemu działalności gospodarczej trzeba średnio podobno tylko pięciu minut na zdalne, doroczne rozliczenie z fiskusem, w USA zajmuje to wg tamtejszej administracji fiskalnej IRS, przeciętnie 8 godzin.

Tu trzeba jednak dodać, że bardziej skomplikowanego niż amerykański systemu podatkowego na świecie chyba nie ma, zaś estoński należy z pewnością do najprostszych, a więc informatyzacja musi iść pod rękę ze stanowieniem czytelnego prawa.

Wybory też przez internet

U nas już minęła, zostawiając za sobą mnóstwo kontrowersji, a w USA trwa właśnie walka na tępe noże w sprawie głosowania w wyborach prezydenckich za pomocą poczty.

Tak jak w Polsce kością niezgody jest w Ameryce sprawa potencjalnych manipulacji i oszustw wyborczych. Natomiast w Estonii już od 2005 r. każdy obywatel ma elektroniczną kartę identyfikacyjną, dzięki której może brać udział w wyborach z dowolnego miejsca na świecie na długo przed ich terminem. Jeśli nie jest pewien kogo poprzeć, może oddawać głos po wielokroć, ponieważ każdy następny wybór kasuje bezpowrotnie poprzedni.

Obaw o dostęp do wyników przed czasem, czy o włamania na osobiste konta nie ma, bowiem system działa w chroniącej ciągle przed złymi ludźmi z wewnątrz i zewnątrz technologii blockchain.

Badacze i doradcy z PwC wskazują, że do 99 proc. tzw. usług publicznych ludzie w Estonii mają dostęp zdalny. To ważniejsza od możliwości uczestnictwa w wyborach korzyść z elektronicznego ID. Osobistego stawiennictwa wymaga się wyłącznie przy ślubach, rozwodach i kupnie/sprzedaży nieruchomości.

Władze państwa twierdzą, że dzięki temu Estonia oszczędza aż 1400 lat czasu pracy i 2 proc. PKB rocznie. Nie znalazłem rozwinięcia tezy o 1400 latach, czy dotyczy jednej osoby, czy wszystkich pracujących, ale mniejsza o to.

Jest jeszcze tzw. e-rezydencja, która  umożliwia komukolwiek ze świata założenie i prowadzenie w Estonii własnej firmy. Z możliwości tej korzystało w 2019 r. 50 000 osób ze 165 państw. E-rezydenci prowadzili wówczas ok. 5 tys. firm.

Kto idzie pierwszy, ten może spotkać lwa, węża lub hakerów z Rosji na swej drodze, więc los prekursorów może być różny.

My – jako ci bardziej strachliwi – nie jesteśmy w czołówce, ale dlaczego człapiemy zbyt daleko w tyle?

Źródło: aleBank.pl
Udostępnij artykuł: