Milczę, bo myślę

Andrzej Lazarowicz

Jeśli człowiek nie ma nic do powiedzenia, powinien milczeć. Jaki sens ma gadanie o tym, co wydarzyło się w świecie, skoro na bieżąco czynią to telewizja i portale internetowe. A komentować to - przecież może każdy. Warto raczej zastanowić się nad tym, co dają one światu i ludziom - zabijają w nich wiarę w coś, czy wręcz przeciwnie, na nowo ją rozbudzają. Ale nie każdego na taką refleksję stać.

Pewnie nie stać na nią i mnie, co z pewnym bólem (wszak każdy ma aż za duże wyobrażenie o sobie) przyznaję. Paplać dla samego paplania to nie dla mnie, wolę pożyteczniej czas spędzić na tarasie nad spienionym kuflem, zachwycając się ożywającą właśnie przyrodą lub kolejny raz dziękując Bogu za wyrozumiałość żony, od niemal 30 lat znoszącej takiego typa jak ja. A im więcej wysłuchuję opisów rzeczywistości i komentarzy doń, tym bardziej zgadzam się z Konradem Adenaurem (byłym kanclerzem RFN), który stwierdził: Dobry Bóg ustanowił granice ludzkiej mądrości, nie zakreślił jedynie granic jej głupocie – a to nie jest uczciwe.

Oj nie jest, fakt. Nie wiem, czy nie strzępię zatem klawiatury (dawniej rzekłoby się: języka), pisząc, że odzywać warto się jedynie wtedy, gdy rzeczywiście ma się coś do powiedzenia. I drżę, by nie usłyszeć tego, co usłyszał jeden ze znajomych Marka Twaina, który zanudzał go opowieściami o swojej bezsenności. – Czy pan rozumie? Nic mi nie pomaga, absolutnie nic – mówił. – A nie próbował pan rozmawiać sam ze sobą? – zapytał go Twain.

I to by było na tyle.

Udostępnij artykuł: