Mirosław Gronicki: inflacja w 2022 roku 4,7 albo 6,6 procent

Gospodarka / Polecamy

O przyczynach wysokiej inflacji w Polsce i sposobach ograniczania wzrostu cen rozmawiamy z Mirosławem Gronickim, ekonomistą, byłym ministrem finansów, obecnie doradcą i konsultantem szeregu zagranicznych instytucji finansowych.

Mirosław Gronicki,

O przyczynach wysokiej inflacji w Polsce i sposobach ograniczania wzrostu cen rozmawiamy z Mirosławem Gronickim, ekonomistą, byłym ministrem finansów, obecnie doradcą i konsultantem szeregu zagranicznych instytucji finansowych.

Robert Lidke: Pana scenariusz inflacji do roku 2023 przytaczany był  w debacie profesorów: Jerzego Hausnera, Marka Belki i Leszka Balcerowicza podczas tegorocznego Europejskiego Kongresu Finansowego. W optymistycznej wersji Pana  scenariusza średnioroczna inflacja konsumencka wyniesie w Polsce 4,6% w tym roku, 4,7% w 2022 roku oraz 3,9% w roku 2023, czyli nadal powyżej górnego celu inflacyjnego NBP. Rozumiem, że są też mniej optymistyczne scenariusze?

Mirosław Gronicki: Potwierdzam, mój optymistyczny scenariusz zakłada w przyszłym roku inflację w wysokości 4,7 procent, pesymistyczny: w tym 4,7, w przyszłym 6,6, a w 2023 roku 5,2  procent.

Istotne jest to czy na podstawie analizy przeszłości, a więc od sierpnia tego roku wstecz, jesteśmy w stanie zidentyfikować czynniki, które są odpowiedzialne za obecną inflację. I tu najważniejszym czynnikiem, który wpłynął na polską inflację były turbulencje zagraniczne, które negatywnie wpłynęły na ceny transakcyjne, czyli ceny, które płacimy w eksporcie i w imporcie.  

Rosły one znacznie szybciej niż nasza inflacja (rozumiana jako zmiana cen towarów i usług konsumpcyjnych). Polska jest krajem otwartym, gdzie eksport stanowi ponad połowę naszego PKB, import mniej więcej tyle samo.

Mamy super łagodną politykę pieniężną i mieliśmy dotąd bardzo ekspansywną politykę fiskalną

Ogólny wpływ cen eksportu/importu na ceny w Polsce można mierzyć poprzez ich kontrybucję do zmian deflatora produktu finalnego, definiowanego jako suma ogólnego spożycia, akumulacji, eksportu.W I półroczu bieżącego roku było to około 3 procent w przypadku importu.

Czyli jeśli  deflator PKB ( miara przeciętnego wzrostu cen wszystkich dóbr i usług wchodzących w skład produktu narodowego brutto), czy deflator produktu finalnego to są wielkości 4,5 - 5,5 procent, to już widać jaka to jest skala. To jest pierwsza ważna rzecz, którą trzeba brać pod uwagę.

Druga to kwestia, ale o mniejszej wadze to jest cost-push inflation, czyli koszty, które powodują, że inflacja rośnie. To mogą być np. koszty pracy. Wiadomo, że płace w Polsce szybko rosną.

I jest trzeci czynnik, który jest najczęściej omawiany w mediach, to polityka gospodarcza, czyli w naszym ekonomicznym żargonie policy mix, a więc jak wygląda nasza mieszanka polityki pieniężnej i polityki fiskalnej. Nie będę w tym przypadku odkrywcą jeśli powiem, że mamy super łagodną politykę pieniężną i mieliśmy dotąd bardzo ekspansywną politykę fiskalną, czyli budżetową.

Te czynniki wpłynęły historycznie na inflację. I teraz jest pytanie o moje założenia.

Założenia w przypadku optymistycznego scenariusza zakładają, że czynnik zewnętrzny będzie malał. Co jest zupełnie prawdopodobne, bo trudno przypuszczać, aby ceny na rynkach zagranicznych ciągle rosły. Wydaje się, że już w 4 kwartale nastąpi tu przyhamowanie.

Jeśli chodzi o cost-push, to biorąc pod uwagę ceny regulowane i płace to raczej możemy się spodziewać, że ten czynnik będzie coraz ważniejszy, ale spadek pierwszego czynnika prawdopodobnie skompensuje wzrost tego drugiego.

A teraz policy mix. Należy przypuszczać, a tak założyłem w swoim optymistycznym scenariuszu, że listopadowe posiedzenie RPP, będzie posiedzeniem, na którym może nie dojdzie do podjęcia decyzji o podwyżce stóp procentowych, ale być może zmieni się retoryka. A to już jest jeden z elementów gry z rynkiem.

Z polityką fiskalną jest tak, że trudno się spodziewać, że będziemy mieli kontynuację bardzo ekspansywnej polityki fiskalnej. Nie ma takiej możliwości, nawet jeśli uzyskałoby się w przyszłym roku dodatkowe dochody podatkowe z tytułu zmian w przepisach fiskalnych. To jest mało prawdopodobne.

Na pewno ten impuls, który został wprowadzony na początku gaśnie. A więc nasz policy mix paradoksalnie od jakiegoś momentu się zaostrza.

Jako dziennikarza obserwującego gospodarkę niepokoją mnie dwa fakty. Pierwszy to inflacja, która jest istotnie wyższa od oprocentowania kredytów hipotecznych, a drugi to wzrost płacy nominalnej w gospodarce znacznie ponad poziom inflacji. Jak Pan ocenia te zjawiska?

Jedna i druga sytuacja jest krótkookresowa. Kredyty hipoteczne oparte są na zmiennej stopie procentowej i jeżeli wzrośnie WIBOR, w wyniku wzrostu stóp NBP, to oczywiście o tyle samo  wzrośnie oprocentowanie kredytów – marża banku jest bowiem z reguły stała.

W stabilnych gospodarkach chodzi o to aby cena kredytu hipotecznego nadmiernie nie przekraczała poziomu inflacji.  Na razie jesteśmy w okresie przejściowym.

Jak już wspomniałem mamy do czynienia z super łagodną polityką pieniężną. Ta polityka w którymś momencie musi się skończyć. W przeciwnym przypadku sektor bankowy tego nie wytrzyma. Zaczną się pojawiać niekorzystne sytuacje i „bańka” może pęknąć.

Natomiast jeżeli chodzi o wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw, w którym pracuje ponad 6 mln osób, to rzeczywiście płace rosną, ale rosną one dlatego, że eksport do tej pory rósł bardzo dynamicznie. Można było sprzedawać za wyższe ceny w związku z turbulencjami na rynku. Koszty były stabilne, wobec czego przedsiębiorcom opłacało się dawać taką a nie inną płacę, biorąc pod uwagę jeszcze to, że rynek pracy jest „ciasny”.

Czyli nie są zbilansowane ciągi, które dotyczą ludzi o określonych kwalifikacjach. A więc popyt na ludzi o określonych kwalifikacjach nie jest zbieżny z podażą ludzi o tych kwalifikacjach. Jeśli tak jest, to trzeba zachęcać pracowników, którzy pracują gdzieś indziej do tego aby zmienili zatrudnienie. Czyli trzeba jakoś przywrócić równowagę w tej dziedzinie.

Pojawia się pytanie, do jakiego stopnia obecna władza jest w stanie „calm down the situation”, bo na razie rządzący nie podejmują żadnych decyzji

I teraz pojawia się pytanie, kiedy to może się obniżyć. Stanie się to wtedy kiedy nasz eksport nie będzie już tak dynamiczny, a tego oznaki już widzimy.

Jeżeli wpływy nominalne w złotych z eksportu zaczną być inne niż były do tej pory, to w takiej sytuacji, i biorąc pod uwagę fakt, że dynamiki cen transakcyjnych w polskim eksporcie i imporcie będą mimo wszystko niższe niż w tym roku, to trudno oczekiwać aby przedsiębiorcy byli zainteresowani tak dynamicznym, jak do tej pory, wzrostem płac.

Ale płace to nie jest kwestia samego przemysłu, ale także sfery budżetowej. W tej chwili strajkuje służba zdrowia, strajkowali nauczyciele, także policjanci domagają się podwyżek, i wygląda na to, że władza zgodzi się na te podwyżki.

To wtedy będziemy mieli scenariusz pesymistyczny. Jeśli rząd się na te podwyżki zgodzi, to będzie musiał znaleźć środki na to aby móc je wydać. To będzie wznowienie ekspansji, bo w tej chwili mamy pewne przyhamowanie.

Jeżeli nastąpi wznowienie ekspansji to wtedy będzie kłopot. Ale pojawia się pytanie, do jakiego stopnia obecna władza jest w stanie „calm down the situation”, bo na razie rządzący nie podejmują żadnych decyzji.

Niedawno Sławomir Broniarz, szef  Związku Nauczycielstwa Polskiego powiedział: „Proszę mi pokazać w Polskim Ładzie gdzie są zapisane pieniądze na podwyżki w budżetówce”.

Tam tego zapisu nie ma, więc trzeba by zmienić pewne parametry w tym programie, a zmiana parametrów oznacza, że albo komuś zabieramy środki, albo się dalej zadłużamy.

Z tego co Pan mówi wygląda na to, że prezes Adam Glapiński ma sporo racji twierdząc, że to czynniki zewnętrzne głównie wpływają na inflację w Polsce, i że bank centralny oraz RPP nie mogą w tej kwestii odpowiednio zadziałać. I wobec tego czy Pan zgadza się z tą opinią, i drugie pytanie z tym związane – ile czasu Rada i NBP mają na to, żeby zareagować na rosnącą inflację, czyli kiedy będzie decyzja o podwyżce stóp procentowych, Pana zdaniem?

Pan prezes Adam Glapiński ma tylko częściowo rację, chociaż w logice jednowartościowej czegoś takiego jak częściowa racja nie ma. Ale przyjmijmy, że prezes NBP ma pewne swoje argumenty, z którymi mogę się zgodzić.

Jeżeli nie ma hamulca, to siłą rzeczy jesteśmy powyżej górnego celu inflacyjnego

Jednak rzecz polega na tym, że dwa ostatnie elementy, o których mówiliśmy w przypadku moich założeń, będą wywoływały rosnącą kontrybucję do wskaźników inflacji. Natomiast te elementy związane z cenami zagranicznymi siłą rzeczy będą mniej istotne.

I w tej kwestii prezes NBP ma rację, że są to czynniki przemijające. Ale nie ma hamulca na te pozostałe dwa czynniki. Jeżeli nie ma hamulca, to siłą rzeczy jesteśmy powyżej górnego celu inflacyjnego.

Ale jeszcze nie powiedział Pan, kiedy spodziewa się Pan pierwszej podwyżki stóp NBP?

Zacytuję analityków z Goldman Sachs. Oni uważają, że podczas listopadowego posiedzenia RPP nastąpi pierwsza podwyżka stóp. Ja, jak już o tym mówiłem, jestem bardziej za zmianą retoryki, i sądzę, że będziemy mieli do czynienia z powolnym wzrostem stóp procentowych, tym bardziej, że sąsiednie kraje prowadzą politykę ich stopniowego podwyższania.

Kiedy stopy rosną to po jakimś czasie ma to negatywny wpływ na ceny

Poza tym następuje pośrednie zaostrzanie polityki pieniężnej w strefie Euro, chodzi tu zmniejszoną skalę wykupu obligacji. Jeśli ten wykup jest mniejszy, to mniejszy jest jego wpływ na inflację, inflacja spada.

To jest podobny mechanizm do wzrostu stóp procentowych. Kiedy stopy rosną to po jakimś czasie ma to negatywny wpływ na ceny.

Mało prawdopodobne wydaje się, jak to widziałem w jednej z prognoz, że będziemy mieli gwałtowny spadek inflacji w pierwszym kwartale przyszłego roku z uwagi na to, że efekty bazowe zadziałają, ponieważ mieliśmy wysokie zmiany miesięczne cen w pierwszych kwartale 2021 roku.

Autorzy tej prognozy zapominają o tym, że ceny prądu mają wzrosnąć w styczniu 2022 roku. Zapewne będzie kolejna podwyżka cen gazu, na pewno będą inne zmiany cen regulowanych.

Źródło: aleBank.pl
Udostępnij artykuł: