Mocny dolar i drożejące obligacje niedobre dla akcji

Finanse i gospodarka

Wczoraj inwestorzy ustawiali się w trzech kolejkach. W pierwszej kupowali dolar, w drugiej obligacje, głównie niemieckie. Gdy brakowało im pieniędzy, biegli do trzeciej, sprzedawać akcje. Efekty były aż nadto widoczne. Kurs euro znalazł się na poziomie najniższym od kwietnia 2003 r., rentowność niemieckich bundów spadła do 0,235 proc., a S&P500 stracił najwięcej od stycznia. Przy okazji nieźle oberwało się surowcom.

Wczoraj inwestorzy ustawiali się w trzech kolejkach. W pierwszej kupowali dolar, w drugiej obligacje, głównie niemieckie. Gdy brakowało im pieniędzy, biegli do trzeciej, sprzedawać akcje. Efekty były aż nadto widoczne. Kurs euro znalazł się na poziomie najniższym od kwietnia 2003 r., rentowność niemieckich bundów spadła do 0,235 proc., a S&P500 stracił najwięcej od stycznia. Przy okazji nieźle oberwało się surowcom.

Połączenie startu skupowania obligacji przez Europejski Bank Centralny z przymiarkami do podwyżki stóp procentowych przez Fed musiało się tak skończyć. Kurs euro do dolara zbliża się do osiągnięcia parytetu oby walut bardziej gwałtownie niż się spodziewano. Po piątkowym spadku o 1,6 proc., wczoraj stracił kolejne 1,5 proc., pogłębiając wieloletni dołek.

Umocnienie się dolara doprowadziło do dynamicznych spadków notowań towarów. Ropa w Europie zniżkowała o 3,7 proc., kontrakty na miedź spadły o 1,9 proc., radyklanie redukując poniedziałkową zwyżkę. Stosunkowo niewiele ucierpiało złoto, ale już wcześniej jego cena zjechała do poziomu najniższego od listopada ubiegłego roku.

Przede wszystkim jednak uwagę zwracała mocna wyprzedaż akcji, która na naszym kontynencie zaczęła się już wczesnym przedpołudniem. Choć poza nielicznymi wyjątkami, skala spadków nie była dramatyczna, to jednak przewaga niedźwiedzi była bezdyskusyjna. Jeszcze mocniej zaznaczyła się na Wall Street, gdzie Dow Jones stracił 1,85 proc., a S&P500 poszedł w dół o 1,7 proc., najmocniej od 5 stycznia. W tym przypadku jednak nie tylko skala wczorajszego tąpnięcia jest groźna, lecz fakt, że stanowi ona kontynuację trwającej już od sześciu sesji fali spadkowej, w wyniku której indeks znalazł się prawie 3,5 proc. poniżej niedawnego szczytu. To już czwarta tak poważna korekta w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Wcześniej nie pojawiały się one z tak dużą częstotliwością, choć bywały głębsze. Nie świadczy to zbyt dobrze ani o sile rynku, ani o morale byków.

Trudno się temu dziwić, bowiem mimo niedawnych uspakajających oświadczeń Janet Yellen, coraz więcej argumentów przemawia za możliwością rozpoczęcia cyklu podwyżek stóp procentowych w USA już w połowie roku. Prawdopodobnie perspektywa deflacji i umocnienie się dolara oddali podjęcie decyzji w tej kwestii, ale liczy się bieżące nastawienie inwestorów, wzmocnione jeszcze wczoraj jastrzębią wypowiedzią Richarda Fischera z Fed, który zresztą już wkrótce straci prawo głosu.

Od kupowania akcji zdecydowanie odciąga uwagę inwestorów to, co dzieje się na rynku papierów dłużnych. Rozpoczęcie skupu obligacji przez EBC doprowadziło w ciągu zaledwie dwóch dni do spadku rentowności niemieckich dziesięciolatek z 0,393 do 0,235 proc., równie mocnego spadku rentowności papierów kilku innych krajów europejskich, a obligacje szwajcarskie sprowadził poniżej zera. Pojawienie się ujemnego znaku przy rentownościach papierów części krajów wydaje się tylko kwestią czasu, więc inwestorzy "w ciemno" grają na taki scenariusz tracąc kompletnie zainteresowanie niepewnymi akcjami. Nie ma jednak wątpliwości, że jeszcze sobie o tych ostatnich przypomną.

Warunkiem wzrostu zainteresowania naszymi akcjami wydaje się jedynie silniejsza ich przecena. Wszystko wskazuje na to, że właśnie się jej doczekaliśmy. WIG20 po wczorajszym, sięgającym 1,3 proc. tąpnięciu, znalazł się w okolicach 2300 punktów. Trudno sobie wyobrazić, by po wielotygodniowej nudzie, niedźwiedzie nie pokusiły się o pogłębienie tego ruchu. Czy poprzestaną na walce wokół wspomnianego poziomu, czy pokuszą się o coś więcej, wkrótce się okaże. Jeśli sytuacja na rynkach surowcowych nie ulegnie poprawie, a w kwestii frankowych kredytów banki nie sprostają oczekiwaniom publiczności, tym "czymś więcej" może się okazać poziom 2250 punktów.

Poranek przynosi gorsze niż się spodziewano dane o produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej i inwestycjach w chińskich aglomeracjach. Na giełdach azjatyckich zdecydowanie przeważają spadki. Wyjątek stanowi Nikkei, rosnący o 0,3 proc., po publikacji mniej złych niż oczekiwano danych o zamówieniach na maszyny i sprzęt, które spadły o 1,7 proc., a nie jak się spodziewano o 4,1 proc.

Rynki surowcowe lekko odreagowują wczorajszą przecenę, a kontrakty na główne indeksy, rosnąc po około 0,1 proc. Trudno jednak z tego wyciągać daleko idące wnioski. Wtorkowe zachowanie rynków, nawet jeśli dziś zostanie skorygowane, może mieć dalsze konsekwencje.

Roman Przasnyski,
analityk niezależny

 

Udostępnij artykuł: