„Morze, nasze morze…”

Polecamy

molo.sopot.450x

Co jest głównym magnesem dla tych, którzy odwiedzają polskie nadmorskie miejscowości? Oczywiście znajdziecie tam również poszukiwaczy różnych - delikatnie mówiąc - ekscentrycznych i ekstremalnych doznań. Ale nie będzie chyba jednak żadnym odkryciem, że dla zdecydowanej większości tą główną atrakcją jest oczywiście samo morze i piaszczyste plaże.

Te ostatnie zresztą bywają u nas o wiele bardziej atrakcyjne, niż często kamieniste, czy też  wulkaniczne  brzegi wielu znacznie cieplejszych wód. I jeśli już zgodzimy się na to, że to właśnie ten wyjątkowo malowniczy morski krajobraz jest tą szczególną wartością, którą powinniśmy chronić, to zupełnie  nie potrafię zrozumieć , dlaczego niektórzy robią z zapałem i przekonaniem wszystko, aby go w rozmaity sposób zniekształcić, zeszpecić czy zasłonić. I na pewno nie wszystkie, często kuriozalne  decyzje da się wytłumaczyć dyktatem deweloperów czy lokalnego biznesu. Architekci, urbaniści czy specjaliści od rewitalizacji już biją na alarm, że polskie miejscowości nadbałtyckie dość szybko upodabniają się do znacznie przeinwestowanych i gęsto zabudowanych ośrodków na wybrzeżach Turcji, Grecji, Bułgarii, Francji  czy Hiszpanii. Zapominamy przy tym, że u nas letni sezon to de facto 2-3 miesiące. A „budując masywne hotele i apartamentowce, tracimy jednak charakterystyczny dla polskiego wybrzeża spokojny charakter” (z artykułu Jakuba Głaza „Niewesołe miasteczka”).  Ba, zapominamy też, że to właśnie „morze czyni z tych miejsc przestrzeń wyjątkową , a dostęp do niego jest nadrzędną wartością” (Dagmara Milczyńska-Hajda).

Dlaczego zatem część nadmorskich miejscowości stara się komercyjnie zagospodarować każdy  fragment plaży i terenów nadmorskich, najczęściej doprowadzając – w najlepszym razie – do sezonowej taniej jarmarczności, w skrajnych przypadkach – do trwałej skazy na  żywym organizmie wyjątkowo cennych obszarów, które powinny być bezwzględnie chronione? Czy to tylko wybujałe ego i ambicje lokalnych włodarzy, biznesowe rachuby hotelarzy i deweloperów, naciski prywatnych właścicieli nieruchomości i działek, czy też poddanie „owczemu pędowi inwestycyjnemu”, żeby zabudować każdą wolną przestrzeń?  Najczęściej nadużywa się też przy tych okazjach słusznej skądinąd maksymy, że „kto się nie rozwija, ten się cofa”.  Ale rozwój to przecież na pewno nie dość chaotyczna, często złej jakości, architektura, z której  inwestor chce wycisnąć jak największą powierzchnię użytkową.  Rozwój miejscowości to nie tylko hotele i apartamentowce, w których przez większość miesięcy straszą ciemne okna.  Rozwój to nie tylko nocne lokale, w których balują imprezowicze czy kolejne  przyplażowe obiekty gastronomiczne.

Wielu sopocian mówi mi ostatnio, że ich (i mój)  ukochany  Sopot powoli bezpowrotnie traci swój magiczny klimat, opiewany przez Agnieszkę Osiecką, która pisała, że jest to miasto „skrojone na ludzką skalę”.  Gigantomania przy  zabudowie  okolic dworca kolejowego (przy okazji letniego sezonu doskonale widać, jak niewystarczająca jest tam przestrzeń do obsługi podróżnych przy znacznym przeskalowaniu i przeinwestowaniu powierzchni handlowych), kolejna budowa  giganta hotelowego w strefie nadmorskiej , zbyt gęsta sieć obiektów gastronomicznych wzdłuż sopockiej plaży (a nawet zlokalizowanych bezpośrednio na niej – czy wszystko to świadczy  o tym, że miasto dobrnęło już do granicy tzw. chłonności inwestycyjnej, a morze bywa tylko dodatkiem do  jakiegoś interesu, a nie wartością nadrzędną? A może ci narzekający sopocianie to zdecydowana mniejszość, a większości ten kierunek  rozwoju się podoba? I jeśli nawet tak jest (w co nie wierzę), to miarą prawdziwej demokracji (także, a może nawet przede wszystkim  na tym lokalnym poziomie) jest szacunek władzy dla inaczej myślącej mniejszości i nie tylko uważne wysłuchanie jej  argumentów, propozycji  oraz uwag krytycznych, ale i realne zastosowanie przynajmniej części z nich w praktyce. Ale ze smutkiem muszę stwierdzić, że zwyczajnie takiej chęci w moim ukochanym Sopoćkowie po prostu nie widzę.

Wojciech Fułek