Musicalowa gorączka

Blogi / Wojciech Fułek

„Gorączka sobotniej nocy” jest już kolejną polską prapremierą na głównej scenie Teatru Muzycznego w Gdyni. Ilość i jakość repertuarowych propozycji na gdyńskiej scenie (a w zasadzie trzech scenach) może rzeczywiście przyprawić o zawrót głowy widzów, a konkurencję – o zazdrość i kompleksy. Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej pod dyrekcją Igora Michalskiego ciągle nie zwalnia tempa, przygotowując kolejne premiery, a jego patronka mogłaby być z pewnością dumna. Publiczność głosuje bowiem nogami, tłumnie zapełniając sale. A bilety na „Gorączkę sobotniej nocy” wykupiono już do końca roku w błyskawicznym tempie, na długo jeszcze przed zapowiadaną premierą.

„Gorączka sobotniej nocy” nie zalicza się do moich ulubionych musicali, choć z pewnością przebojowe piosenki braci Gibb stanowią ogromny atut tej produkcji. #WojciechFułek

Nie będę jednak ukrywał, że „Gorączka sobotniej nocy” nie zalicza się do moich ulubionych musicali, choć z pewnością przebojowe piosenki braci Gibb stanowią ogromny atut tej produkcji. Z drugiej strony – wokalnie trudno im sprostać, zwłaszcza, że oryginalne  wykonania grupy „Bee Gees” są wręcz niedoścignionym wzorem. Najczęściej zmienia się w związku z tym ich tonację, aby musicalowi wykonawcy mogli jakoś się z tym trudnym  materiałem wokalnym zmierzyć. A  film „Saturday Night Fever” Johnny Badhama z roku 1977 ze świetną rolą Johna Travolty stal się wręcz ikoną kultury dyskotekowej,  a wykorzystane w nim piosenki zajmowały pierwsze miejsca na listach przebojów na całym świecie. Tylko czy to  na pewno wystarczy, aby dziś obudzić jeszcze  wspomnienia klimatu końca lat 70-tych, zwłaszcza że Polaków w tamtych latach zajmowało zupełnie coś innego?

Mam nieodparte wrażenie, że główna oś fabularna musicalu  i towarzyszące jej emocje trochę już jednak  „zwietrzały”, zwłaszcza, ze dzisiejsze dyskoteki to już zupełnie inne przybytki niż kiedyś, a kultura (?)  disco-polo jeszcze bardziej zmieniła polską optykę  i spojrzenie na tego typu przybytki rozrywki. Czy kogoś w takim razie w XXI wieku wzruszają jeszcze problemy młodych, niewykształconych  mieszkańców biedniejszych części Nowego Yorku, żyjących z dnia na dzień, bez większych perspektyw, tylko po to, aby raz na tydzień pojawić  na parkiecie dyskoteki i przeżyć kilka chwil tanecznych uniesień?  Sądzę, że wątpię, jak mawia mój przyjaciel.

Ale może polska publiczność odnajdzie w tym spektaklu po ponad 40 latach od  premiery filmu (muscialowa wersja powstała dopiero w roku 1998)  raczej pretekst  do nostalgicznych muzycznych wspomnień i okazję do porównań z filmowym pierwowzorem i jego późniejszą kontynuacją (również z udziałem Johna Travolty) w obrazie „Stayin alive” Sylwestra Stallone z roku 1983? W jednej z popremierowych recenzji napisano, że od początku nowa produkcja Teatru Muzycznego została skrojona jako frekwencyjny hit – propozycja wybitnie rozrywkowa dla widzów w średnim wieku. Na pewno nie należy zatem w niej doszukiwać się nowatorskich czy alternatywnych  wizji teatralnych, a tylko pewnego umownego przywołania stereotypów pop-kultury ze sfery disco. Reżyser Tomasz Dutkiewicz raczej nas nie zaskakuje  jakimś odkrywczym, nowatorskim spojrzeniem na musicalową materię, a  sceny choreograficzne czasami sprawiają wrażenie zbyt schematycznych.  Wielu bywalców teatralnych mogło drażnić  również  z pewnością niecenzuralne słownictwo i  duża ilość przekleństw, padająca ze sceny podczas całego gdyńskiego spektaklu, ale to taka właśnie konwencja, a tekst przetłumaczono słowo w słowo. Zresztą, jak dotykamy już materii słowa, to tłumaczenia  są na pewno na dobrym poziomie, co  nie jest regułą w polskich przeniesieniach musicalowych  spektakli.  I w ocenie tego przekładu pozwolę się  nie zgodzić się z krytyczną opinią mojej koleżanki po piórze, Katarzyny Fryc, która napisała w recenzji dla „Gazety Wyborczej”,  m.in., że  „wiele uwag można mieć do tłumaczenia Daniela Wyszogrodzkiego, autora przekładu sztuki, który w tekstach piosenek momentami idzie na łatwiznę, a w dialogach zupełnie niepotrzebnie przesadza z wulgaryzmami.” Ale trudno winić przecież   tłumacza za to, że taki właśnie tekst otrzymał, który skądinąd  przełożył niezwykle wiernie i „do zaśpiewania”, co na pewno docenili wykonawcy.

Na pewno warto tez pochwalić imponującą scenografię Wojciecha  Stefaniaka,  uzupełnioną o grafiki  i animacje (Newmotion Studios).  Należy jednak  przypomnieć, że jej zasadnicza część była już wykorzystana podczas realizacji musicalu „Ghost” w inscenizacji tego samego reżysera.  Ale to nie jest żaden zarzut, skoro to w końcu ten sam Nowy York…

A jeśli miałbym już kogoś szczególnie wyróżnić, do czego chyba już trochę  przyzwyczaiłem swoich czytelników, to należałoby się to z pewnością w pierwszej kolejności występującej  w Gdyni gościnnie Agnieszce Przekupień jako Stephanie, partnerującej tanecznie (i wokalnie) głównemu bohaterowi (Tony Manero), granemu na premierze przez Krzysztofa Wojciechowskiego, pamiętanego choćby z głównej roli w musicalu „Zły”.  Nie wszyscy bowiem wykonawcy poradzili sobie z tańcem i śpiewem równie dobrze, jak ona. Ale to zawsze trochę kwestia gustu, więc szczegółowe oceny indywidualne pozostawię  już widzom tego spektaklu, który na pewno będzie się cieszył sporą popularnością.

Wojciech Fułek

 „Gorączka sobotniej nocy”, Teatr Muzyczny w Gdyni (Duża Scena). reżyseria: Tomasz Dutkiewicz. Obsada: Krzysztof Wojciechowski, Filip Cembala (Tony) Agnieszka Przekupień, Beata Kępa (Stephanie), Maja Gadzińska, Izabela Pawletko (Anette), Arkadiusz Borzdyński, Maciej Podgórzak (Bobby C), Tomasz Bacajewski, Paweł Czajka (Joe), Krzysztof Kowalski, Sebastian Wisłocki (Double J), Katarzyna Kurdej, Karolina Trębacz (Piosenkarka), Marcin Słabowski (Piosenkarz), Anna Andrzejewska (Flo), Marek Richter (Frank), Tomasz Gregor (Frank Junior), Mariola Kurnicka (Linda), Andrzej Śledź (Fosco), Aleksy Perski (Jay) i inni. Premiera 21 kwietnia.