Naga prawda

Blogi / Wojciech Fułek

Wojciech Fułek, stały autor naszego portalu, sopocki pisarz, scenarzysta, kronikarz historii polskiego jazzu i rocka, współautor wielu dokumentalnych filmów telewizyjnych o historii i ważnych postaciach polskiego rocka (m.in. „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”- o Czesławie Niemenie, tryptyk „Partia, pieniądze, rock and roll” – o trzech dekadach polskiego rocka, , „I nie żałuj tego” – o Franciszku Walickim, ojcu chrzestnym polskiego big-beatu), tym razem opisuje narodziny i historię musicalu rockowego, sięgając również po najciekawsze przykłady z polskiego podwórka. „Długie włosy Jezusa” (od „Hair” do „Kolędy nocki”) to jeden z rozdziałów nowej książki Wojciecha Fułka, przygotowywanej do druku. Publikujemy ten tekst jako pierwsi.

Gdzie szukać jednak oryginalnych inspiracji i doświadczeń, jaką wybrać drogę, aby nie popaść w bezmyślne naśladownictwo?

DŁUGIE WŁOSY JEZUSA

(od „Hair” do „Kolędy nocki”)

(część VI)

NAGA PRAWDA

Przerwijmy jednak naszą długą listę głównie amerykańskich produkcji, bo nienasycony Broadway  ciągle  poszukiwał przecież nowości, wykorzystując również  rosnącą popularność rocka spod różnych jego sztandarów. Najwyższy czas przejść bowiem na krajowe sceny, bo wspominana wcześniej, skądinąd nowatorska i nie mająca precedensu,  msza beatowa „Pan przyjacielem moim” jednak na pewno musicalem nie była, choć oczywiście sięgała do tych samych korzeni, co najwięksi twórcy gatunku „Jesus Rock”.  Ale  jeśli np.  peerelowski teatr, opera  i muzyka klasyczna  były na niezwykle wysokim poziomie, to jednak w dziedzinie musicalu brak było jakichkolwiek większych tradycji  i doświadczeń, brak wyspecjalizowanych w tym gatunku reżyserów i brak teatrów, które odważyłyby się na muzyczne eksperymenty. Wszystko to stwarzało sytuację patową, w której trudno było liczyć na powodzenie ambitnego przedsięwzięcia, nie wspominając już o tym, że rock – jako nieodrodne dziecko zachodniej kultury – nie był u nas witany chlebem i solą. Być może należałoby zacząć od edukacji publiczności, ale przecież ona nieraz już dawała w przeszłości dowody dobrego smaku i orientacji, głosując nogami i wybierając spektakle najbardziej atrakcyjne, ale i nie pozbawione z reguły wysokich walorów artystycznych. Sceny teatralne, sięgające z założenia po produkcje musicalowe można było policzyć w całej Polsce na palcach jednej ręki. Nowoczesny teatr muzyczny stworzył w Gdyni dopiero Jerzy Gruza w latach 80-tych, twórczo wykorzystując wcześniejsze doświadczenia Danuty Baduszkowej. Ale na innych scenach dominowały  już głównie operetka czy wodewil.  Ze światowej klasyki rockowych musicali mogliśmy podziwiać do pewnego czasu praktycznie tylko „Jesus Christ Superstar”, a i ten przecież po ponad 15-letnim wyczekiwaniu! Ale to niesamowite  wtedy powodzenie tej historycznej inscenizacji Jerzego Gruzy powinno skłaniać jednak do pewnych refleksji. I jeśli nie stać nas było na zakup zagranicznych licencji, zwłaszcza nowości na musicalowym rynku, tym większą uwagą i wsparciem powinniśmy obdarzać rodzimą produkcję, stwarzając jej autorom właściwe warunki pracy i realizacji swoich pomysłów, a niezbędną muzyczną edukację uzupełniać filmowymi adaptacjami największych musicali, których przecież nie brakowało. Doskonałe przyjęcie kinowej wersji „Hair” Milosa Formana stanowiło przecież w tej materii dość wyraźną wskazówkę.

Gdzie szukać jednak oryginalnych inspiracji i  doświadczeń, jaką wybrać drogę, aby nie popaść w bezmyślne naśladownictwo? Z pewnością wyjątkową rolę w tego rodzaju poszukiwaniach odgrywała na polskiej scenie wspominana już  Danuta Baduszkowa i stworzony przez nią  gdyński Teatr Muzyczny, który doczekał się nie tylko uzdolnionej wokalnie i tanecznie  młodzieży z własnego Studium  Teatralnego, ale i wychował sobie  wierną, musicalową publiczność o szerokim przekroju wiekowym. Nieoceniona  Baduszkowa nie doczekała już, niestety, uroczystego otwarcia najnowocześniejszego wtedy w Polsce  obiektu pod Kamienną Górą, o który przez lata walczyła. Pół roku po jej śmierci nowa scena muzyczna otworzyła swoje podwoje, już pod dyrekcją Andrzeja Cybulskiego, który swoje ostrogi zdobywał w legendarnym Klubie Studentów Wybrzeża „ŻAK”, aby później wykorzystać te  doświadczenia w Bałtyckiej Agencji Artystycznej, życzliwym okiem spoglądając też na rockowe podwórku. To w dużej mierze jemu zawdzięczamy przecież krajową  (i nie tylko) popularność drugiej fali wybrzeżowego rocka, która wylała się za sprawą tzw. Muzyki Młodej Generacji. To on też w gdyńskim teatrze postawił głównie na rodzimych twórców i krajowe tytuły. Jerzy Gruza miał zatem nieco ułatwione zadanie, bo otrzymał w spadku teatr doskonale zorganizowany i wręcz przygotowany do roli lidera musicalowego rynku. To nie w stolicy, ale właśnie tu, nad Bałtykiem,  narodził się polski Broadway. A repertuar tego teatru, znaczony tak wyjątkowymi przedsięwzięciami jak narodziny pierwszej polskiej rock-opery „Naga” (1973, jeszcze za pionierskich czasów Baduszkowej), „Kolęda nocka” (1980 – kadencja Cybulskiego) czy właśnie „Jesus Christ Superstar” (1987, za czasów dyrekcji Gruzy) dowodzi  nie tylko odwagi w doborze repertuaru, ale i wręcz pewnego wizjonerstwa  kolejnych szefów tej sceny. Przy czym wymieniłem tu przecież   przykładowo tylko kilka ważnych inscenizacji o proweniencji rockowej,  którym towarzyszył cały szereg może mniej głośnych, ale z pewnością profesjonalnie zrealizowanych rock- i pop-musicali („Kompot”, „Książę Punko”, „Czarna Dziura” czy „Drugie wejście smoka”) polskich i zagranicznych twórców. Niezwykle bogaty i zróżnicowany dorobek gdyńskiej sceny (dziś, kiedy teatr dysponuje już po przebudowie aż trzema scenami,  te tradycje od poprzedniego dyrektora – Macieja Korwina, przejął  Igor Michalski) najlepiej świadczy nie tylko o niezwykłym potencjale tego miejsca ale też o doskonałych   kwalifikacjach i możliwościach całego zespołu teatralnego.

Wróćmy jednak po przełomu lat 60-tych i 70-tych, zaznaczonego już w naszej opowieści historią mszy beatowej, która cały czas (w latach 1968-1975) prezentowana jest  wówczas  (niezależnie od wersji płytowej) na żywo  w kościele w podwarszawskiej Podkowie Leśnej. To zupełnie osobna kategoria, więc zamykamy już ten rozdział. W roku 1970, podczas festiwalu opolskiego, odnotowano też pierwszą próbę polskiego baletu rockowego z udziałem profesjonalnych tancerzy stołecznego Teatru Wielkiego z niezwykle wówczas popularnym solistą Gerardem Wilkiem. Muzyka była dziełem Marka Ałaszewskiego, lidera grupy „Klan”, niewątpliwie czołówki ówczesnej awangardy polskiego beatu, wyraźnie zafascynowanej m.in. poczynaniami amerykańskich grup z kręgu tzw. psychedelicznego rocka. Główny kompozytor nie krył się nawet z podziwem wobec muzyki grupy „Vanilla Fudge”, która wyraźnie zainspirowała go do własnych poszukiwań. Te amerykańskie wzory doskonale rozpoznawalne są np. w takich utworach jak tytułowe „Mrowisko” czy „Taniec myśli”, w innych (np. „Epidemia euforii”) można rozpoznać pewne wpływy muzyki Carlosa Santany, w jeszcze innych – fascynację rockowym klimatem, stworzonym przez grupę Jethro Tull. Spektakl baletowy, zaprezentowany podczas polskiego festiwalu, trwał  blisko 1,5 godz.    „Mrowisko”, choć nieco dziś – niesłusznie – zapomniane, na pewno zasługuje na wyjątkową pozycję w naszym rejestrze, głównie z uwagi na nowatorski, eksperymentalny na polskim gruncie charakter oraz  wartościową muzykę Ałaszewskiego (wieloznaczne teksty songów napisał wtedy Marek Skolarski). „Mrowisko” pozostawiło po sobie czarny longplay (wydany w roku 1971 przez Polskie Nagrania, zawierający jednak niemal o połowę  skróconą wersję), dość często wznawiany, również w wersjach CD i dobre wspomnienia, choć nie spotkało się jednak z większym zainteresowaniem (tylko 9 przestawień  wersji „live”) publiczności, być może trochę z powodu bardzo tradycyjnej i nieadekwatnej do treści muzycznej choreografii. Bardziej prawdopodobne jest jednak brak zainteresowania  jakieś zawodowej sceny teatralnej, która zgodziłaby się wprowadzić „Mrowisko” do swojego stałego repertuaru.

Rok wydania płytowej wersji „Mrowiska” zapisuje się też w naszej kronice premierą kolejnego oratorium beatowego „Wyprawa do Atlantydy”, wykonywanego przez grupę „RH /-/”, w składzie której odnajdujemy jako  współkompozytora (obok Jana Pileckiego) Zbigniewa Hołdysa, który nawet chyba jeszcze nie myślał wtedy o grupie „Perfect”. W roku 1972 warszawski Teatr Rozmaitości wystawia z kolei sztukę Agnieszki Osieckiej „Dziś straszy” z piosenkami Andrzeja Zielińskiego i udziałem zespołu „Test”, próbującego grać wtedy nieco cięższą odmianę rocka. „Test” eksperymentował wtedy ze swoim hard-rockowym brzmieniem, głównie za sprawą doskonałego gitarzysty Dariusza Kozakiewicza  (ex-Breakout), który  za jakiś czas znajdzie swoje stałe miejsce w zespole „Perfect”, właśnie obok Zbigniewa Hołdysa. A my powoli zbliżamy się do wydarzenia najbardziej spektakularnego w tym okresie – próby stworzenia pierwszej, całkowicie oryginalnej polskiej rock-opery. Nazwa ta pojawiła się bowiem za sprawą wspomnianego  już w tym tekście spektaklu  „Naga”, który świętował swą prapremierę 22 kwietnia 1973 roku na deskach Teatru Muzycznego w Gdyni. Oczywiście genezy tego wydarzenia należy szukać w najlepszych wzorach tego gatunku. Jeden z najlepszych w tamtym czasie polskich gitarzystów, Janusz Popławski, w roku 1971, wędrując po amerykańskim kontynencie  z koncertami „Niebiesko-Czarnych”, zobaczył na scenie „Hair” i … to zupełnie wystarczyło, aby muzykom tej wciąż niezwykle popularnej w Polsce  grupy zamarzyło się być polskimi prekursorami nowego zjawiska. Sam Popławski zaczął od teorii, publikując nawet na ten temat analityczne artykuły, w których dowodził m.in., ze „określenie stylu muzycznego rock-opery jest dość trudne ze względu na zbyt krótki okres, jaki nas dzieli od powstania pierwszych utworów tego gatunku. Zbyt silne jest jeszcze działanie czynnika komercyjnego, tj. aktualnej mody i popularności. Z drugiej strony, krytyka częściej interesuje się strojami wykonawców niż strukturą warstwy muzycznej (…) We wszystkich wypadkach, wspólnym elementem łączącym te widowiska, nadającym im specyficzny charakter, jest muzyka rockowa  – ekspansywna, świeża, dynamiczna z jej najnowszymi zdobyczami elektronicznymi”.

Po powrocie z kilkumiesięcznego amerykańskiego tournée,  muzycy  tak byli naładowani pozytywną energią i pomysłami, że  – jak  wspominał Janusz Popławski –  „postanowiliśmy zrobić spektakl na miarę głośnego Hair czy Tommyzespołu The Who.” Grzegorz Walczak, zaprzyjaźniony tekściarz, już wcześniej pokazał im zbiór dwudziestu autorskich songów, powiązanych dość luźno motywem poszukiwania Wyspy Nagiej Prawdy. Stąd narodził się wieloznaczny tytuł pierwszej polskiej rock-opery „Naga”. Ich autor tak tłumaczył swoją ideę: „Napisałem tekst muzyczno-teatralnego widowiska, które nazwałem Naga, w podtytule Ballada o ludziach. Nie znałem wówczas z autopsji zachodnich musicali beatowych. Libretto Nagiej zostało ukończone  jeszcze przed wystawieniem w Stanach Zjednoczonych rock-opery Jesus Christ Superstar (…) Nagą napisałem w formie, która miała być  podstawą swoistego, jeszcze bliżej nieokreślonego typu widowiska. Chciałem, aby nasz utwór, wbrew zbyt już na siłę eksponowanym w ostatnich latach wzorom przystrajanego folkloru, miał walor uniwersalny, ponadczasowy, ogólnoludzki, żeby był chociażby nikłą poetycką projekcją wiecznie istotnych, filozoficznych wątków”.

Rzeczywiście „Naga” nie miała klasycznego wątku fabularnego, typowego dla musicali czy oper, nie miała też głównych bohaterów, ale jedynie równorzędnych wykonawców poszczególnych songów. Dlatego też realizatorzy scenicznej wersji nieco się „zabezpieczali”, zastrzegali i na wszelki wypadek wyjaśniali nieco zdezorientowanej publiczności w przygotowanym z okazji premiery wydawnictwie:

„Rock-opera Naga powstała w intencjach twórców i realizatorów jako propozycja. Ma to być próba przetarcia drogi dla bardziej świadomie i ambitniej niż dotychczas przygotowywanych programów muzyki rozrywkowej, mających za cel nawiązanie jakiegoś dialogu z odbiorcą, który myśli i umie patrzeć, a nie tylko pragnie być wygodnie rozrywany”.

Ale zanim „Naga” trafiła w końcu na scenę, „Niebiesko-Czarni” nagrali wiosną 1972 roku dwupłytowy album dla „Polskich Nagrań”, na którym gościnnie zagrał wtedy m.in. doskonały muzyk jazzowy, Zbigniew Namysłowski, zresztą kompozytor dwóch utworów rock-opery. Już podczas tych nagrań, kierownik artystyczny całego przedsięwzięcia, sopocianin Jerzy Schoen, autor tekstów oraz Stanisław Cejrowski, reprezentujący producenta spektaklu – Agencję Koncertową  Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego (skądinąd interesujące, dlaczego nigdy nie powstała podobna polska organizacja, zrzeszająca muzyków rockowych?) prowadzili rozmowy z dyrektorami wszystkich funkcjonujących w Polsce teatrów o profilu muzycznym, proponując im wystawienie „Nagiej”. Bez odzewu. Jak wspominał później gdynianin Janusz Popławski, „wpuszczenie zespołu rockowego do poważnego teatru muzycznego czy  operetki nie mieściło się w głowach większości ówczesnych dyrektorów. Jedyną osobą, która odważyła się udostępnić swój teatr zespołowi okazała się Danuta Baduszkowa, dyrektor Teatru Muzycznego w Gdyni.”  Ile trzeba było mieć w sobie wtedy odwagi, żeby podjąć taką próbę, obarczoną sporym ryzykiem, nie tylko przecież artystycznym?

Wcześniejsze próby odbywały się w gdańskim klubie „Żak”, a do realizacji zaproszono reżysera, malarza i  scenografa, późniejszego rektora Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, Jerzego Krechowicza. To jemu zawdzięczamy w dużej mierze ostateczny kształt spektaklu, podczas którego zespół grał na scenie  na żywo ostrą muzykę rockową (nawet dziś potrafi ona zaskakiwać swoją energią i zróżnicowaniem), a sceniczną akcję miały tworzyć stała i ruchoma scenografia oraz nowoczesne światła, wykorzystujące m.in. efekty stroboskopowe. Znany krytyk i dziennikarz, Andrzej Ibis Wróblewski pisał później, że „całość rozgrywa się w warstwie plastycznej, a jest to plastyka agresywna i niepokojąca. W połączeniu z muzyką dość agresywną, głośną i rytmiczną   to widowisko atakuje publiczność językiem, do którego współczesny widz nie jest przyzwyczajony.” 

Jak wspomina szef artystyczny całego przedsięwzięcia, Jerzy Schoen, „22 kwietnia 1973 roku, w atmosferze totalnego, acz kontrolowanego obłędu odbyła się premiera na scenie Teatru Muzycznego w Gdyni”, bezpośrednio poprzedzona strajkiem ekipy technicznej, co opóźniło ją niemal o godzinę. Pierwsza polska rock-opera stała się faktem, będąc przedstawieniem zarówno autora libretta i songów, licznych kompozytorów (Zbigniew Podgajny, Janusz Popławski, Wojciech Korda, Janusz Koman, Mateusz Święcicki, Zbigniew Namysłowski i Andrzej Zieliński), co w końcu reżysera i scenografa w jednej osobie. Jerzy Schoen w programie spektaklu napisał, że „Krechowicz nawykły do nieprzerwanych poszukiwań, narzucił wszystkim w pracy atmosferę przypominającą skrzyżowanie teatru studenckiego z laboratorium techniki elektronicznej, wysmażającym plastyczne happeningi”. Janusz Popławski dodawał: „swoje wizje przekazywał, jak przystało na awangardowego malarza, posługując się partyturą w postaci długiej kolorowej taśmy. Zaznaczał odpowiednimi kolorami, jakie klimaty muzyczne są mu potrzebne, a myśmy na gorąco improwizowali”. To także Krechowicz wymyślił pewien kontrowersyjny, skandalizujący symbol – nagą kobietę na scenie, w której to roli wystąpiła modelka, pozująca na co dzień do aktów malarzom w gdańskiej uczelni plastycznej. 

Nie można oczywiście zapominać o tych, dzięki którym „Naga” mogła zaistnieć nie tylko w studio nagraniowym, ale przede wszystkim na żywo – muzykom i wokalistom. „Niebiesko-Czarni” wraz z Adą Rusowicz i Wojtkiem Kordą przy gościnnym udziale Stana Borysa oraz pomocy innych wykonawców, stworzyli na gdyńskiej scenie doskonały zespół, świetnie czujący się w klimacie rockowego misterium. „Naga” była w swoim czasie z pewnością – zwłaszcza w naszej rzeczywistości – spektaklem awangardowym i kontrowersyjnym, przecierającym nowe szlaki teatralne, musiała więc wzbudzać wśród publiczności i krytyków zrozumiałe emocje i prowokowała do skrajnych ocen.

„Dla publiczności Naga jest szokiem” – pisał Andrzej Ibis Wróblewski. „Taki szok warto jednak zastosować wszędzie tam, gdzie obiegowa estetyka schlebia tradycyjnym upodobaniom, częstując odbiorców bredniami XIX-wiecznej operetki i na ich modłę stworzonymi niby-musicalami (…) Naga ma w sobie elementy zaczynu i dlatego warto ją pokazywać. Niech drażni bestie”.  „Naga jest najgłośniejszym polskim spektaklem od Biesów Andrzeja Wajdy” – zachłystywało się „Dookoła świata”. „Publiczność nie jest jeszcze przygotowana do właściwej percepcji  tego rodzaju formy widowiskowo-muzycznej” – ostrzegały z kolei „Fakty i Myśli”.  Niezależnie od warstwy muzycznej i plastycznej, zamiennie – w zależności od widzów – oburzała lub  zachwycała niczym nie skrępowana i dosłowna nagość modelki, która miała stanowić w spektaklu – jak chciał Grzegorz Walczak – „symbol światła, piękna i dobroci wrażliwej natury ludzkiej”. Nie jestem jednak pewien, czy widzowie właśnie w taki symboliczny sposób, zgodny z autorskimi intencjami, odczytywali pojawienie się na scenie nagiej dziewczyny, skoro publicznie demonstrowana nagość była wtedy jednak ciągle tematem tabu, a topless czy striptease dopuszczalny był ewentualnie w nocnym klubie dla wybranych, a nie na scenie państwowego teatru. Poza tym, poszukiwanie „nagiej prawdy”  – w rozpoczynającej się właśnie gierkowskiej dekadzie propagandy socjalistycznego sukcesu  – nie mogło się dobrze kojarzyć. Ale do premiery, mimo wielu wcześniejszych kłopotów i kolejnych kłód, rzucanych pod nogi pomysłodawcom i realizatorom, w końcu doprowadzono i „Naga” mogła zacząć „drażnić bestie”. I choć sam Lucjan Kydryński pisał, że „ani to opera, ani pierwsza polska”, to jednak  właśnie „Naga” – słusznie lub nie – stała się synonimem pierwszej polskiej rock-opery. I to stworzonej w tym samym czasie, kiedy ten gatunek na zachodzie dopiero raczkował! Jeden z jej twórców, Janusz Popławski po latach uważał tę inscenizację za  wydarzenie  przełomowe i  najważniejsze dokonanie  artystyczne  w długiej  karierze muzycznej zespołu „Niebiesko-Czarni”. Miała rację jedna z recenzentek, Anna Kulicka, stwierdzając, iż: „Naga stała się ewidentnym przykładem, że można i trzeba szukać  nowych, ciekawszych form prezentowania muzyki rockowej oraz jej wykonawców”. Bo prawdziwymi bohaterami tego przedstawienia okazali się z perspektywy czasu właśnie doskonali wokaliści i towarzyszący im zespół. Docenił to nawet niekwestionowany polski autorytet w dziedzinie musicalowej, Lucjan Kydryński, który napisał na łamach najbardziej popularnego i opiniotwórczego  wówczas tygodnika „Przekrój”: „Niech piszą co chcą w recenzjach: nie światła, nie kształt sceniczny, ale muzyka i jej interpretacja wokalna decydują tu o wszystkim: dla nich warto przyjść i bić brawo!”

Od premiery do ostatniego przedstawienia 29 czerwca 1974 roku zagrano (pod egidą Agencji Koncertowej PSJ) 125 spektakli „Nagiej” w całej Polsce, a wszystkie przedstawienia obejrzało łącznie ponad 100 tysięcy widzów! W roku 1995 „Polskie Nagrania” wydały kompletną (22 utwory) reedycję archiwalnych nagrań  „Nagiej” z roku 1972, tym razem już  na płytach CD, więc ci wszyscy, którzy – jak ja – spóźnili się wiekowo na jej teatralną inscenizację,  mieli w końcu  okazję zapoznać się z tą niezwykle ważną kartą historii polskiego big-beatu przynajmniej w wersji fonograficznej. Pierwsza polska rock-opera nie była, oczywiście, wolna od uproszczeń i mankamentów, a zaproponowaną przez jej twórców formułę trudno zaś było uznać za w pełni udaną, uniwersalną i zamkniętą. Była  jednak na polskiej scenie muzycznej zupełnie nową,  eksperymentalną i oryginalną propozycją, praktycznie do dnia dzisiejszego pozostającą bez udanych naśladowców i następców. „Naga” przetarła poza tym  szlaki dla innych ambitnych  eksperymentów parateatralnych  i otworzyła polskie sceny dla muzyków rockowych.

Wojciech Fułek

CDN