Najgorszy początek roku na giełdach w USA to nadal tylko straszenie?

Komentarze ekspertów

Fatalny początek roku na rynkach to nie tylko efekt obaw o kondycję Chin, ale także pokłosie dobrych bieżących danych z USA, które przybliżają podwyżki stóp, a jednocześnie słabszy odczytów wyprzedzających koniunktury (niska dynamika kredytów). Strach związany z Chinami wkrótce ustąpi. Kraj nadal dysponuje ogromnymi możliwościami kontroli procesów gospodarczych. Negatywne oddziaływanie serii podwyżek stóp w USA w pełni uwidoczni się dopiero w 2017 r.

Strach nie przestaje dominować na światowych rynkach finansowych, a przyczyna tego stanu rzeczy tylko częściowo leży w Chinach. Transformacja tamtejszej gospodarki z opartej o eksport i inwestycje na generującej w większym stopniu wzrost PKB przez konsumpcję i sektor usług trwa od wielu miesięcy. Gorsze zachowanie przemysłu nie powinno zatem dziwić. Niepokojący jest na pewno brak pozytywnej reakcji sektora wytwórczości czy, szerzej, całej gospodarki na kroki podjęte w sierpniu (obniżka stóp procentowych, dewaluacja juana, zwiększenie wydatków z budżetu). I tego właśnie w ostatnich dniach najbardziej obawiają się inwestorzy z rynku akcji.

Drugim powodem wzrostu awersji do ryzyka w skali globalnej jest konieczność funkcjonowania w zupełnie innej niż w ostatnich kilku latach rzeczywistości wyższych stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych oraz mocnego dolara. Ostatnie dane dotyczące koniunktury w USA oraz wypowiedzi członków Federalnego Komitetu Otwartego Rynku sugerują, że cyklu zacieśniania polityki pieniężnej może przyjąć szybsze, niż wcześniej sądzono tempo. Niemal pewne jest, po ostatnich doniesieniach z rynku pracy (w grudniu, trzeci miesiąc z rzędu liczba stworzonych miejsc pracy poza rolnictwem zwiększyła się o ponad 250 tys., stopa bezrobocia pozostała na najniższym poziomie od 8 lat, tj. 5,0 proc.), że stopy wzrosną zarówno w marcu, jak i czerwcu br. I najpewniej będą w kwartalnym tempie kontynuowane także w II poł. roku. Da to stopę funduszy federalnych na poziomie 1,5 proc. w grudniu 2016 r. i perspektywę dalszych zwyżek rok później. W porównaniu do zerowych stóp obowiązujących jeszcze miesiąc temu jest to odczuwalny wzrost. Wraz z kilkudziesięcioprocentowym (w zależności od waluty) umocnieniem dolara daje to poważny wzrost kosztów obsługi zadłużenia państw i firm pożyczających w osłabiającej się i nieoprocentowanej wówczas walucie USA.

Stąd fatalne zachowanie aktywów emerging markets, co także nie jest nowym zjawiskiem. Pojawia się coraz więcej obaw, że po wycofaniu się głównego sponsora hossy na giełdzie, tj. amerykańskiego banku centralnego, koniunktura na rynkach akcji ulegnie trwałemu załamaniu. Jeśli założyć, że wyceny spółek są niemal całkowicie oderwane o tego, co dzieje się w gospodarce, a zależą jedynie od tego, ile pieniędzy dostępnych jest na rynkach, takie obawy mają solidne podstawy. Pojawiają się głosy (ostatnio w wystąpieniu na Sri Lance J. Soros), że świat czeka powtórka globalnej recesji a la 2008 r. Jednak jeśli wziąć pod uwagę fakt, że Stany Zjednoczone wykorzystują obecnie w pełni zasoby siły roboczej, rozwijają się i w najbliższych kilku kwartałach nadal będą rozwijać się w tempie zgodnym z potencjałem, a jednocześnie, że sterując “ręcznie” i mając ogromne możliwości oddziaływania na aktywność, władze Chin nie pozwolą na tzw. “twarde lądowanie”, można pokusić się o bardziej optymistyczne scenariusze. I ku takim też się skłaniamy. Należy przyjąć, że stoicko nastawieni do działań i preferujący ewolucyjne zmiany Chińczycy zrobią wszystko, by uniknąć w gospodarce wydarzeń, które ze spokojem nie mają wiele wspólnego. Należy oczekiwań zwiększenia arsenału oddziaływania państwa na aktywność, łącznie z użyciem gigantycznych rezerw walutowych.

Damian Rosiński,
Dom Maklerski AFS

Udostępnij artykuł: