Najwyższy Polak kończy 60 lat!

Blogi / Karol Jerzy Mórawski / Tylko u nas

Stał się symbolem Warszawy, centralnym punktem miasta i świadkiem najważniejszych wydarzeń w najnowszej historii Polski. W swej sześćdziesięcioletniej historii był natchnieniem dla Jana Brzechwy, Tadeusza Konwickiego, Elektrycznych Gitar i przeszło tuzina reżyserów. Dziś, choć centrum Warszawy coraz bardziej przypomina amerykański downtown, a w architekturze wciąż dominuje tylko jedna zasada - wyżej! - Pałac Kultury i Nauki wciąż nie chce oddać pierwszego miejsca na liście najwyższych gmachów w Polsce.

Nawiasem mówiąc, hasło – „wyżej!” – padło również sześćdziesiąt trzy lata temu, kiedy grupa polskich architektów wraz z radzieckim projektantem Lwem Rudniewem wyznaczała wysokość przyszłego Pałacu Kultury. Latający nad centrum Warszawy samolot za każdym okrążeniem podnosił się o kolejnych 10 metrów, a stacjonująca nad Wisłą ekipa miała wyznaczyć optymalny punkt. Jakby na przekór tak często spotykanej propagandzie, Rosjanie nie byli zbyt chętni, by dar ZSRR zdominował polską stolicę; Rudniew uznał wysokość 120 metrów za w pełni satysfakcjonującą. 273 metry wysokości budynek zawdzięcza… Polakom, dla których rosyjska wizja była wyraźnie zbyt mało ambitna…

Radziecki projektant miał jeszcze jedną wizję – i tę udało mu się zrealizować bez większych kłopotów. Zgodnie z zasadami socrealizmu, budynek miał być swojski w formie. Natchnienia szukał Rudniew w rozlicznych polskich miastach – Krakowie, Zamościu, Sandomierzu… (Dzisiejszy partner w studio projektowym zapewne nie zadałby sobie jednej dziesiątej tego trudu – w końcu mamy Panoramio, Google Street View. Kilkanaście ruchów myszką – i w briefie projektu możemy wpisać z dumą „research zakończony”). Efekt tych wysiłków, ucieleśniony w masywnej bryle PKiN, zadziorni i złośliwi jak zwykle warszawiacy podsumowali lapidarnym określeniem: „Słoń w koronkowych majtkach”. Z kolei skrót nazwy budynku rozszyfrowywano jako „Po Co Komu I Na co”. Bo też i Pałac od swych pierwszych chwil należał do tych obiektów, które albo się lubiło – albo nienawidziło. Niektórym ta nienawiść pozostała do dziś – co wyszło choćby podczas procedury wpisu PKiN do rejestru zabytków. Swoją drogą – ciekawe, jak hejterzy PKiN są w stanie pogodzić się z istnieniem Cytadeli Aleksandrowskiej – w przypadku której stwierdzenie o dominacji rosyjskiego imperializmu nad Warszawą nie jest w żadnym stopniu przesadzone?

Mówiąc o PKiN, nie sposób pominąć swoistej „transformacji ustrojowej”, jaka razem z polskim społeczeństwem przeszedł socrealistyczny moloch. Podobnie jak kultowy Volkswagen Garbus z narzędzia totalitarnej propagandy stał się symbolem pacyfizmu, tak i Pałac Kultury ze sztandarowej inwestycji gospodarki centralnie planowanej stał się swego czasu oazą biznesu. Jeszcze orzeł nie zdążył otrzymać korony, a milicja nie stała się policją – a dookoła Pałacu Kultury już rozkładał się wielojęzyczny tłum, handlujący z łóżek polowych, stolików do szachów i „szczęk” wszystkim, czego brakowało w Miejskim Handlu Detalicznym. W tym samym czasie w Sali Kongresowej obradował ostatni, pożegnalny zjazd PZPR – której przewodniczył wówczas prekursor wolnego rynku nad Wisłą i współtwórca słynnej „ustawy Wilczka”, Mieczysław Franciszek Rakowski. Pokazywane dziś w podręcznikach do historii wyprowadzenie sztandaru partii było prostą konsekwencją przyjętej równo rok wcześniej ustawy, która lapidarnym stwierdzeniem „Podejmowanie i prowadzenie działalności gospodarczej jest wolne i dozwolone każdemu na równych prawach, z zachowaniem warunków określonych przepisami prawa” rozmontowywała centralnie planowaną, socjalistyczną gospodarkę w Polsce.

150206.pkin.500x

Również i dziś adres „Plac Defilad 1, 00-901 WARSZAWA” uchodzi za jeden z najbardziej atrakcyjnych w stolicy dla biznesu – bynajmniej nie tylko ze względu na prestiż. Ponoć list zaadresowany „PKIN, Warsaw, Poland” dotrze bez problemu z każdego zakątka świata wprost w ręce adresata. O miejsce w najwyższym polskim gmachu nie jest jednak łatwo – jak przystało na Centralny Dom Kultury (bo taka nazwę PKiN miał mieć w planach), sporą część metrażu zajmują w nim instytucje, którym patronują inni bogowie niż Merkury. Mamy tu kina, teatry, wyższe uczelnie, muzea a także… Pałac Młodzieży. Dziś gwiazda tego miejsca nieco przybladła – a szkoda, zważywszy na fakt, iż oferta Pałacu daje młodemu pokoleniu coś więcej niż tylko umiejętność dodawania lajków na fejsie tudzież ściągania appek na smartfona. Na najwyższym poziomie mamy (od roku 2000) zegar milenijny – a także rodzinkę sokołów, które na brak pożywienia w postaci licznych warszawskich gołębi w tym miejscu nie mogą narzekać. Jeszcze wyżej – iglica, z której codziennie swój program transmitują wszystkie liczące się stacje radiowe i telewizyjne. Wszystko ma tu swoje miejsce – nawet kilkanaście kotów, które są ponoć oficjalnie na stanie budynku…

Karol Jerzy Mórawski

Udostępnij artykuł: