Niemcy na dwóch etatach

Rynek pracy

Kask na fladze Niemiec
Fot. stock.adobe.com/Rawf8

Również w bogatych państwach ludzie muszą dorabiać, by dociągnąć do pierwszego. W Niemczech liczba tych, którzy z jednej pracy biegali do drugiej, stale ostatnio rosła. Działo się tak, chociaż nie było kryzysu gospodarczego czy znaczących zaburzeń w koniunkturze, które prosto tłumaczyłyby to zjawisko.

Włodzimierz Korzycki: Po ośmiu godzinach zajęć podstawowych można jeszcze dorabiać tylko dwie godziny @MRPiPS_GOV_PL

3,4 mln Niemców na więcej niż jednym etacie

Na początku lutego Federalna Agencja Pracy ( Bundesagentur für Arbeit) poinformowała, odpowiadając na zapytanie Partii Lewicy (Die Linke), że w ciągu minionych piętnastu lat liczba pracujących na więcej niż dwóch stanowiskach pracy, wzrosła z 1,4 do 3,4 mln.

Najwięcej takich osób (2,9 mln) łączy pracę na pełnym etacie z tak zwanym  minizatrudnieniem (Minijob) czyli pracą nieopodatkowaną i nieoskładkowaną, z dochodem do 450 euro miesięcznie. Sporo, choć mniejszość (330.000), to osoby, które łączą co najmniej dwie prace etatowe, czyli  podlegające opodatkowaniu i oskładkowane  (czyli np. jeden pełny etat u jednego pracodawcy i ćwierć etatu u innego).

Jeden etat nie wystarczy na życie

Uzyskane z urzędu pracy dane przedstawicielka Partii Lewicy Sabine Zimmermann, rzeczniczka ds. rynku pracy, skomentowała stwierdzeniem, że „dla coraz większej liczby zatrudnionych dochody z jednego etatu nie wystarczają na życie”. Jej zdaniem, większość spośród 3,4 mln, „przyjmuje drugą pracę z czystej finansowej potrzeby, a nie dobrowolnie”.

Faktycznie, osoby podejmujące dodatkową pracę zarabiają na swym głównym etacie przeciętnie znacznie mniej niż ci z jednym stanowiskiem. Na tę okoliczność wskazał Instytut Badania Rynku Pracy i Zawodoznawstwa ( Institut für Arbeitsmarkt- und Berufsforschung -IAB), który jest naukową placówką Agencji Pracy. Pensja „wieloetatowca” na głównym etacie jest mianowicie aż o 570 euro niższa niż pensja tego, któremu  ten jeden etat wystarcza.

 

Druga praca dla przyjemności

Zarazem jednak podejmowanie dodatkowych zajęć nie musi wynikać z niedostatku pieniędzy na życie – podkreślił instytut IAB w swej ekspertyzie. Autor raportu Enzo Weber sądzi, że wielu bierze na siebie dodatkowe obowiązki np. dla dodania sobie prestiżu, jak profesor „dorabiający” jako doradca ekonomiczny lub polityczny.  Albo dla odprężenia jak robotnik z fabryki, który wieczorami grywa odpłatnie w zespole muzycznym.

Podobne obserwacje poczynił Niemiecki Instytut  Badań Gospodarczych (Deutsches Institut für Wirtschaftsforschung – DIW). Z badań instytutu wynika, że znaczna część „wieloetatowców” to obok pracowników nauki także lekarze, publicyści, prawnicy, nauczyciele, księgowi, audytorzy. Np. pracownik biurowy w wolnym czasie sprzedaje ubezpieczenia, prawnik zaś pisze komentarze dla fachowych czasopism.

Niemcy,  jak to oni, starają się wszystko uregulować więc również tu sformułowali pewne zasady. Oto par. 3 ustawy o czasie pracy (Arbeitszeitgesetz) dopuszcza tylko dziesięć godzin pracy w ciągu dnia. Oznacza to, że po ośmiu godzinach  zajęć podstawowych można jeszcze dorabiać tylko dwie godziny. I to też nie jednym ciągiem.

Zakaz dodatkowej pracy dla konkurencji

Ponadto istnieją  inne ograniczenia jak to (oczywiste), że nie wolno pracować  równolegle dla konkurencji. Podstawą prawną jest par. 60 kodeksu handlowego (Handelsgesetzbuch), który wprawdzie odnosi się do handlowców, ale w orzecznictwie jest stosowany wobec wszystkich zatrudnionych.

Podjęcie dodatkowej pracy zasadniczo nie wymaga zgody przełożonego, co wszakże nie dotyczy urzędników państwowych (Beamte), sędziów i żołnierzy. Ale i tu w pewnych przypadkach zgoda przełożonego nie jest konieczna, a mianowicie w działalności naukowej, pisarskiej, artystycznej i pedagogicznej (wykłady).

Niemcy demonstrują, że żadna praca nie hańbi. A praca na kilku etatach nie hańbi tym bardziej.

Udostępnij artykuł: