„Niemiec płakał jak sprzedawał….”, czyli bank pomaga wybrać samochód i wyposażenie

Polecamy

leasing.auto_.400x

Bawarski emeryt, używający auta wyłącznie w sezonie letnim, zamożna szwajcarska rodzina, dla której Golf czy Passat był trzecim autem w rodzinie, brytyjski pastor nie opuszczający granic swej parafii... Inwencja rodzimych handlarzy w kreowaniu „alternatywnych historii” oferowanych pojazdów jest równie nieskończona jak ich bezczelność. Nie do rzadkości należą sytuacje, kiedy Mercedes w charakterystycznym, „budyniowym” kolorze, zarezerwowanym za naszą zachodnią granicą dla taksówek, sprzedawany jest jako auto 80-letniej wdowy z Brunszwiku...

Jak odróżnić ewidentną okazję od typowego bubla, jakich w polskich autokomisach bynajmniej nie brakuje? Czy widoczne usterki zawsze dyskwalifikują pojazd, a może lepiej pogodzić się z licznymi brakami natury estetycznej niż nabyć kilkuletnie auto o podejrzanie dobrej prezencji, będącej wyłącznie potwierdzeniem kunsztu rodzimego lakiernika? Przyszłych nabywców używanych samochodów postanowił wesprzeć Santander Consumer Bank, publikując krótki poradnik.

– Nawet używany pojazd to spory wydatek. Dlatego warto poświęcić czas by upewnić się, że mamy do czynienia z prawdziwą okazją – przypominają autorzy publikacji. Najpowszechniej stosowanym „przekrętem” jest oczywiście zaniżanie przebiegu aut. Wprawdzie od kilku już lat stany licznika odnotowywane są podczas każdego badania technicznego pojazdu, jednak w przypadku samochodu czy motocykla importowanego ustalenie faktycznego przebiegu jest niemal niemożliwe.

– Wielu kupujących nadal wierzy w to, że dieslem sprowadzonym z Niemiec w ciągu 5-6 lat starszy pan pokona zaledwie 50 tys. kilometrów – podkreślają eksperci banku. Wielu naszych rodaków traktuje wszelkiego rodzaju książki gwarancyjne i serwisowe dołączane do auta jako dokumenty cieszące się przywilejem absolutnej nieomylności. To błąd – ostrzegają autorzy opracowania. Zagraniczne książki gwarancyjne nierzadko bywają sfałszowane, a i w przypadku aut pochodzenia krajowego stan licznika wpisany w adnotacjach dotyczących kolejnych napraw bynajmniej nie musi odzwierciedlać faktycznego „stażu” auta.

– Chcąc uwiarygodnić zmianę przebiegu, sprzedawca może udać się ze skorygowanym licznikiem do ASO na wymianę żarówki, serwis wpisuje do systemu odczytany przebieg, nieświadomie potwierdzając zafałszowane wskazania – na takie ryzyko wskazuje poradnik Santander Consumer Banku. Nie oznacza to bynajmniej, iż bezpiecznie można kupić samochód wyłącznie w salonie.

Bankowi eksperci wskazują na szereg elementów, które podczas intensywnej jazdy ulegają widocznemu zużyciu. Nakładki na pedały, dźwignie przełączników świateł, koło kierownicy, wreszcie stan foteli – części te nie powinny być zbyt zużyte ani też… zbyt „świeże” w przypadku pojazdu o deklarowanym przebiegu na poziomie na przykład 150 tys. km. – Sprytni sprzedawcy wymieniają te elementy na nowe, dlatego nie tylko zbyt duże, ale też zbyt małe zużycie wnętrza może sugerować przekręt – ocenia Santander Consumer Bank.

Nawet jeśli zużycie samego pojazdu odpowiada stanowi jego licznika nie oznacza to bynajmniej, iż handlarz nie postanowił oszukać klienta w inny sposób. Zjawiskiem nagminnym jest demontaż z aut elementów wyposażenia i zastępowanie ich innymi, niepomiernie gorszej jakości. – Nie ma problemu, jeśli będzie to komplet alufelg, dywaników, czy niefabryczne radio. Nagminne jest jednak zastępowanie niezłych opon starym i zużytym ogumieniem, znalezionym na szrocie – ostrzegają autorzy raportu.

Przypominają również, że ocena stanu ogumienia nie może się sprowadzać do głębokości bieżnika. Handlarze nierzadko zakładają bowiem ogumienie mało zużyte, lub nawet fabrycznie nowe, tyle, że… sparciałe w wyniku kilkunastoletniego składowania. Jazda na takich oponach jest równie niebezpieczna jak w przypadku ogumienia „łysego”.

Dużym problemem jest również zastosowanie w pojeździe innego typu gum na tej samej osi. Oczywiście, jeżeli auto należy do tych droższych, a jedynym problemem są byle jakie opony, zakup samochodu i szybka wymiana ogumienia na nowe może się nadal opłacić, jednak w przypadku najtańszych pojazdów na rynku musimy liczyć się nawet z podwojeniem kosztów. Santander Consumer Bank przypomina, że cena kompletu opon do auta klasy popularnej przekroczyć może nawet tysiąc złotych. Decydując się na używane auto warto również zweryfikować jego stan prawny, by wykluczyć nabycie samochodu pochodzącego z kradzieży. Wprawdzie od czasów prosperity mafii pruszkowskiej, kiedy to z polskich ulic znikało bez śladu ponad 70 tysięcy aut rocznie, liczba kradzieży zmalała kilkukrotnie, jednak w przypadku złodziejskich „bestsellerów” wciąż warto zachować czujność i zweryfikować numer VIN na najbliższym posterunku Policji.

Akcja Santander Consumer Bank to nie jedyny przykład troski polskich instytucji finansowych o zmotoryzowanych klientów. Całkiem niedawno Nest Bank rozpoczął kampanię pod hasłem Superfotelik, której celem jest zwrócenie uwagi Polaków na poziom bezpieczeństwa dzieci przewożonych w samochodach. O ile unikanie stosowania fotelików należy na szczęście do rzadkości, to niedopasowane „krzesełka” bądź produkty wyjątkowo niskiej jakości spotkać można wciąż w większości poruszających się po naszych drogach aut. Aż 42% rodziców decyduje się na zakup fotelika z szerokim zakresem wagowym, jakby nie uwzględniając oczywistego faktu, że przez czas jego użytkowania przynajmniej dwa razy zmieniają dziecku rower.

Rzecz w tym, że jazda na zbyt małym bicyklu skończy się co najwyżej większym zmęczeniem i bólami nóg, natomiast przewożenie dziecka w niedopasowanym foteliku pociąga z reguły tragiczne skutki przy zderzeniu. Są i tacy, którzy decydują się na nabycie sprzętu używanego, nie uwzględniając faktu, iż fotelik uprzednio mógł brać udział w wypadku bądź kolizji – a jest to przecież sprzęt który, podobnie jak kask motocyklowy, powinno się wymieniać po każdym drogowym zdarzeniu. Nierzadko rodzice decydują się też na foteliki „no-name”, oferowane z reguły przez hipermarkety w cenie kilkudziesięciu złotych. Te same osoby mają z reguły jak najgorsze zdanie o rowerach czy skuterach oferowanych przez dyskonty, jednak w przypadku urządzenia od którego zależy bezpieczeństwo dziecka zdają się zapominać o tym, że tanie bynajmniej nie znaczy dobre i sprawdzone  Argumentem przemawiającym za zakupem tańszego lub używanego sprzętu w większości przypadków jest zbyt wysoka cena markowych fotelików.

Biorąc pod uwagę tę okoliczność, Nest Bank zaoferował swym klientom kredyt w wysokości nawet 2 tysięcy złotych na zakup samochodowych fotelików. Osoby, które skorzystają z tej oferty, nie ponoszą żadnych dodatkowych kosztów; kwota do spłaty w 10 ratach wyniesie dokładną równowartość sumy udzielonego kredytu. Czy oferta przyjmie się na rynku? Przedstawiciele Nest Banku wskazują na wyniki badań. Aż 62% respondentów zrezygnowałoby z „chińszczyzny” na rzecz fotelika lepszej klasy, gdyby tylko uzyskali na ten ostatni preferencyjne finansowanie.