Noc Listopadowa

Blogi / Karol Jerzy Mórawski / Tylko u nas

"Generale, poprowadź nas!" - zakrzyknęli rebelianci. Oficer, stary, doświadczony wiarus z czterdziestoletnim doświadczeniem na polu chwały, nie chciał słuchać młodych, rozpalonych głów. Ojcowskim tonem poradził zgromadzonym, by udali się raczej na nocny spoczynek, zamiast angażować się - jak to sam określił - w głupotę. Tego było już za wiele. Z dziką furią buntownicy zrzucili generała z konia, na oczach przerażonej żony i dwójki dzieci. Rozległy się wystrzały. Jeden, dwa, trzy.... dziewiętnaście. Ciało bezładnie spoczęło na bruku... Tak zginął Maurycy Hauke - podkomendny księcia Józefa Poniatowskiego, Tadeusza Kościuszki i Jana Henryka Dąbrowskiego. Weteran wojen napoleońskich i obrońca Zamościa w roku 1813.

"Generale, poprowadź nas!" - zakrzyknęli rebelianci. Oficer, stary, doświadczony wiarus z czterdziestoletnim doświadczeniem na polu chwały, nie chciał słuchać młodych, rozpalonych głów. Ojcowskim tonem poradził zgromadzonym, by udali się raczej na nocny spoczynek, zamiast angażować się - jak to sam określił - w głupotę. Tego było już za wiele. Z dziką furią buntownicy zrzucili generała z konia, na oczach przerażonej żony i dwójki dzieci. Rozległy się wystrzały. Jeden, dwa, trzy.... dziewiętnaście. Ciało bezładnie spoczęło na bruku... Tak zginął Maurycy Hauke - podkomendny księcia Józefa Poniatowskiego, Tadeusza Kościuszki i Jana Henryka Dąbrowskiego. Weteran wojen napoleońskich i obrońca Zamościa w roku 1813.

Minister wojny Królestwa Polskiego - i społecznik, który rezygnując z ministerialnych apanaży, przez czternaście lat pozostawił w budżecie polskiej armii przeszło milion złotych. Nie była to jedyna, bezsensowna ofiara owej "niebezpiecznej dla Polaków pory" - jak  to określił Stanisław Wyspiański. Generałowie: Ignacy Blumer, Stanisław Potocki, Tomasz Jan Siemiątkowski, Stanisław Trębicki,  Józef Nowicki oraz pułkownik Filip Nereusz Meciszewski zginęli dokładnie z tego samego powodu  - nie dołączając do buntu, który już od pierwszych chwil wydawał się im, doświadczonym żołnierzom, najzwyklejszym w świecie szaleństwem. Nie spodziewali się - bo i któż mógł się spodziewać - że tej właśnie nocy liczyła się wyłącznie zasada: "Kto nie z nami, ten przeciwko nam!"

Ale oprócz tych siedmiu oficerów była jeszcze jedna ofiara listopadowej nocy. Tą ofiarą było państwo polskie - zgoda, może nie takie, jakie sobie wymarzyli i wyśnili romantycy, ale po prostu jedyne, jakie mogło narodzić się w toku ustalania nowego porządku Europy po napoleońskim huraganie. Jakie by to państwo nie było, miało własną konstytucję, siły zbrojne, własny skarb i jednostkę monetarną. Największym sukcesem był jednak żywiołowy rozwój gospodarczy, który sprawił, że - po raz pierwszy i, jak dziś wiemy, nie ostatni - zyskaliśmy szansę na wejście do Europy. Rewolucja przemysłowa objęła znaczną część polskich ziem - a w ślad za nowoczesnymi kopalniami, zakładami metalurgicznymi czy włókienniczymi piękniały i dojrzewały polskie miasta. To właśnie wtedy Warszawa ostatecznie wyszła poza zaklęty krąg Starego i Nowego Miasta wraz z Traktem Królewskim - tworząc nowoczesną metropolię, jakże pokrywającą się obszarem z dzisiejszym centrum miasta. W ciągu piętnastu lat to państwo stworzyło własny sektor finansowy i rynek kapitałowy; nazwa Placu Bankowego nie wzięła się wszak znikąd. W budynkach po dziś dzień zajmujących całą pierzeję placu mieścił się Bank Polski i Giełda Pieniężna; wszystko to pod czujnym okiem "organu nadzoru" - czyli zlokalizowanej po sąsiedzku Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu, ówczesnego resortu gospodarki. Był wreszcie i król - w postaci rosyjskiego imperatora rzecz jasna, ale... dla wychowanego jeszcze w latach przedrozbiorowych pokolenia cudzoziemski władca również nie stanowił jakiejś szczególnej zniewagi; wszak jeszcze pół wieku wstecz na tronie polskim zasiadali Wettyni... Jak by wyglądały dzieje Polski w kolejnych, ważnych dla Ojczyzny latach - w roku 1918, 1920, 1939, 1945, 1989 i wreszcie 2004 - gdyby w ową listopadową noc pewien porucznik nie zakrzyknął: "Polacy! Wybiła godzina zemsty. Dziś umrzeć lub zwyciężyć trzeba!"?

Ale co tam przemysł, banki, rynek kapitałowy: dla prawdziwych romantyków takie drobiazgi nie mają najmniejszego znaczenia - podobnie zresztą jak precyzja i systematyczność w działaniu. Żywym dowodem owej romantycznej pogardy dla "mędrca szkiełka i oka" była sama noc 29 listopada 1830 roku; już od pierwszych chwil działaniom powstańczym towarzyszył ów grzech pierworodny, bezbłędnie określony przeszło półtora stulecia później przez - nomen omen - rosyjskiego dygnitarza: "Chcieliśmy jak najlepiej - a wyszło jak zawsze". Już takie zadanie jak sprawne podpalenie opuszczonego browaru na Solcu okazało się przekraczać zdolności logistyczne inicjatorów spisku; porucznik Wysocki postanowił pozyskać niezbędny do tego celu proch w przeddzień akcji - kiedy to wtajemniczony w spisek magazynier akurat miał fajrant! Ostatecznie dowódca akcji... wykręcił się sianem. Dosłownie - do podpalenia zamiast prochu użyto słomy. Większość oddziałów polskich nawet nie dostrzegła ułomnego sygnału - nie omieszkali go natomiast odnotować stacjonujący w sąsiedztwie Podchorążówki ułani rosyjscy. Zaprawdę, trzeba było kompletnego braku samokrytycyzmu, by twierdzić, ze z takim podejściem uda się pokonać jedną z najpotężniejszych sił zbrojnych ówczesnego świata...

Jakby nie patrzeć, to właśnie romantyzm był jedynym zwycięzcą listopadowej nocy 1830 roku i późniejszej wojny polsko-rosyjskiej. Siedem ofiar z 29 listopada sprawiło, że - mając pełne przeświadczenie o całkowitym bezsensie dalszych walk, o dalekosiężnych konsekwencjach jakie triumfujący prędzej czy później rosyjski cesarz wyciągnie wobec zbuntowanych Polaków - pozostali przy życiu generałowie nie odważyli się oficjalnie odciąć od powstania. Dla romantyków, rzecz jasna, było to zdecydowanie zbyt mało; kolejni przywódcy powstania, Józef Chłopicki, Jan Zygmunt Skrzynecki i Jan Krukowiecki i tak nie zyskali chwały, uwiecznieni w ówczesnej pieśni jako "kunktator, dyktator i zdrajca". Jeszcze gorszy los czekał siedmiu zamordowanych generałów; wystawiony ku ich czci po stłumieniu powstania pomnik rychło doczekał się wierszyka:

"Osiem lwów, czterech ptaków - pilnuje siedmiu łajdaków"

Dziś, kiedy niepodległość już nam nieco spowszedniała, a miejsce Polski wśród narodów Europy wydaje się być niezagrożone, można bez emocji spojrzeć na wydarzenia sprzed nie ma dwustu lat i nazwać rzeczy po imieniu. Nie godzi się określać mianem bohaterstwa aktu najpospolitszego bandytyzmu - bo jak inaczej określić zabijanie bezbronnych ludzi, nierzadko na oczach rodziny, jedynie za to, że inaczej postrzegali dobro Polski. Nie godzi się zasłużonych dla Ojczyzny, a przy tym rozsądnych i perspektywicznie myślących ludzi określać mianem łajdaków; ta prawda ma zastosowanie bynajmniej nie tylko wobec siedmiu oficerów, zabitych w listopadową noc... Wreszcie: nie godzi się budować wspólnoty narodowej jedynie w oparciu o traumatyczne obrazy kolejnych klęsk - na domiar złego, najczęściej ponoszonych na własne życzenie. "Odpowiednie dać rzeczy... słowo" - napisał przed laty romantyk inny niż wszyscy, Cyprian Kamil Norwid. Te słowa są aktualne również i dzisiaj.

Udostpnij artyku: