Obligacje firm: Tylko dla zawodowców?

Komentarze ekspertów

Za 200 złotych rocznie możesz wynająć wysokiej klasy zespół specjalistów do zarządzania Twoimi 10 tys. złotych. Ale jeśli chcesz zainwestować 100 tysięcy, kwota proporcjonalnie rośnie.

Zwolennicy inwestowania samodzielnie lub z funduszami inwestycyjnymi zawsze mają pod ręką garść solidnych argumentów. W przypadku inwestycji w obligacje korporacyjne sprawa jest o tyle ciekawa, że można bardzo łatwo policzyć jaką część zysków odpalamy zarządzającym w zamian za ich kwalifikacje.

Średnia stopa zwrotu z inwestycji w fundusze obligacji korporacyjnych wyniosła w ubiegłym roku 4,3 proc. i jeśli przyjąć, że towarzystwa pobrały 2 pkt proc. wynagrodzenia za zarządzanie aktywami, to zyski wypracowane przez fundusze były w istocie o 46 proc. wyższe. W tym czasie indeks obligacji korporacyjnych (mBank PCBI) wzrósł o ok. 5,1 proc., co dość dobrze ilustruje jakie efekty można było uzyskać inwestując samodzielnie w obligacje firm, nie ponosząc przy tym nadmiernego ryzyka (indeks skonstruowany przez mBank uwzględnia odsetki wypłacane od 34 najpłynniejszych serii obligacji wyemitowanych przez najważniejsze dla rynku firmy oraz zmiany notowań samych papierów).

Opłaty dla zarządzających funduszami obligacji korporacyjnych stają się tym bardziej irytujące, im niższe są stopy procentowe. Weźmy pod uwagę obligacje PKN Orlen, wyemitowane z marżą wynoszącą 1,3 pkt proc. ponad WIBOR6M, co daje 4 proc. w obecnych warunkach. Jeśli zarządzający wybrał je do portfela, to klient funduszu zarobi na tych papierach zaledwie 2 proc. lub licząc inaczej WIBOR6M minus 70 pkt bazowych, a więc mniej niż na losowo wybranej lokacie bankowej.

Sytuacja nie jest jednak aż tak jednoznaczna, jak mogłoby się wydawać na podstawie powyższych przykładów. Trzeba bowiem zdawać sobie sprawę, że zarządzającym płacimy nie za wybór jednej konkretnej obligacji, ale za konstrukcję całego portfela inwestycyjnego i zarządzanie nim. Zaś opieranie jego fundamentów na papierach najbardziej bezpiecznych emitentów jest jednym z podstawowych arkanów właściwej dywersyfikacji. Dzięki podzieleniu portfela obligacji na emitentów różnej kategorii bezpieczeństwa, zarządzający może pozwolić sobie na wybór obligacji także o wyższym ryzyku, by w ten sposób powiększyć średnią stopę zwrotu, która ma przecież znaczenie w ostatecznym rozrachunku.

Tu właśnie dochodzimy do punktu, w którym przewagę inwestowania przez fundusze widać najbardziej. O ile można dyskutować, czy dywersyfikacja faktycznie daje najlepsze efekty np. w przypadku funduszy akcji czy inwestowania w surowce, o tyle w przypadku obligacji dyskutować nie ma nad czym. Przy określonej – przez wysokość oprocentowania – stopie zwrotu, głównym ryzykiem dla inwestujących jest ryzyko emitentów obligacji, czyli ich wypłacalność. Można je eliminować dokonując właściwej selekcji, ale każdy inwestor/zarządzający musi brać pod uwagę ryzyko dokonania złej inwestycji. Przy właściwie skonstruowanym portfelu obligacji, który podzielony zostanie na ponad setkę emitentów, bankructwo jednego czy nawet kilku z nich, nie musi negatywnie odbić się na uzyskiwanych stopach zwrotu, zwłaszcza jeśli obligacje były należycie zabezpieczone, co daje szanse na odzyskanie wierzytelności, choć z opóźnieniem.

Prawda jest taka, że żaden inwestor indywidualny nie może się pod tym względem równać z funduszem inwestycyjnym, który do zarządzania portfelem zatrudnia cały zespół ludzi, a dodatkowo wynajmuje niezbędnych od czasu do czasu specjalistów (np. prawników). Pojedynczy inwestor nie jest bowiem w stanie zbudować portfela złożonego z setki emitentów, ponieważ dokonanie takiej selekcji wymaga po pierwsze czasu, po drugie znajomości rzeczy. Nawet inwestor biegły w ocenie kondycji finansowej przedsiębiorstw nie może znać na wylot uwarunkowań każdej z branż.

I tak właśnie należy na inwestycje w fundusze obligacji korporacyjnych patrzeć – jak na wynajęcie zespołu specjalistów do zarządzania portfelem obligacji. Jak zwykle pojawia się pytanie o cenę tych ludzi. Cóż, jeśli ktoś inwestuje 10 tys. złotych, a opłata wynosi 2 proc. rocznie, to za 200 zł kupuje ponad 100 decyzji inwestycyjnych (jeśli portfel składa się z ponad stu serii obligacji różnych emitentów) i 300-400 analiz rocznie, bowiem każdy emitent obligacji musi sporządzać okresowe sprawozdania finansowe, po których inwestorzy mogą oceniać, czy ich inwestycja jest bezpieczna. Nieco propagandowo można powiedzieć, że inwestor płaci więc ok. 50-75 groszy za analizę finansową spółki, więc nie wychodzi to najdrożej… Tak liczone opłaty jednak rosną wraz ze wzrostem wartości powierzonych funduszowi pieniędzy.

Warto także pamiętać, że gdy stopy procentowe zaczną rosnąć, w górę pójdzie też oprocentowanie obligacji firm, a w ślad za nim również zyski dla uczestników funduszy obligacji. Mimo to, ich wyniki bez trudu będzie można pobić inwestując samodzielnie, choć przy poniesieniu wyższego ryzyka związanego z mniejszą dywersyfikacją portfela. Czyli jak zwykle – coś za coś.

Michał Sadrak
Open Finance

Udostępnij artykuł: