Opinie zawieszone w sieci: maj 2013

NBS 2013/05

PIRAMIDA DLA FRAJERÓW - Czy dług to faktycznie nasz największy problem? - Polsko-amerykański ekonomista Evsey Domar powiedział kiedyś, że gdyby ekonomiści chociaż część czasu, jaki poświęcają długowi publicznemu, przeznaczyli na użyteczniejsze tematy, to byłoby to z korzyścią zarówno dla nauki ekonomii, jak i dla gospodarczej praktyki.

PIRAMIDA DLA FRAJERÓW - Czy dług to faktycznie nasz największy problem? - Polsko-amerykański ekonomista Evsey Domar powiedział kiedyś, że gdyby ekonomiści chociaż część czasu, jaki poświęcają długowi publicznemu, przeznaczyli na użyteczniejsze tematy, to byłoby to z korzyścią zarówno dla nauki ekonomii, jak i dla gospodarczej praktyki.

A niedawno w New York Timesie ukazał się artykuł noblisty Roberta Solowa, zawierający podobną tezę. Nieustanne gadanie o strasznym długu publicznym to mącenie ludziom w głowach – tak samo jak analogia państwa i gospodarstwa domowego, według której każdy dług przecież trzeba w końcu spłacić, jak jest kryzys, to trzeba zacisnąć pasa, a kredytów najlepiej w ogóle nie brać, tylko oszczędzać.

– A co w tym niewłaściwego? Czy dług naprawdę nie stanowi problemu?

– Dług stanowi pewien problem, ale najważniejsza jest właściwa perspektywa czasowa i zachowanie proporcji – musimy zrozumieć, że to nie jest najpilniejsza sprawa do rozwiązania. Przecież cały ten kryzys nie zaczął się od długu publicznego!

– A od czego?

– Od tego, że rynki finansowe oszalały. Na wielką skalę korzystano z mechanizmu piramidy finansowej – współczesne instrumenty finansowe odróżnia od niego jedynie poziom wyrafinowania. Przecież piramida polega na tym, że interes kręci się jedynie tak długo, jak długo znajdują się nowi gracze, gotowi wejść do gry. (…) Zarabia się nie poprzez regularny zysk z rosnącej produkcji, ale przez to, że ceny papierów wartościowych windują w górę nowi chętni – żeby nie powiedzieć nowi frajerzy. Ten mechanizm oczywiście dochodzi w którymś momencie do swych granic i bańka pęka.

– Ale czy to nie normalny tryb gry na giełdzie? Ludzie od zawsze grali na zwyżki, a ceny akcji odrywały się od swych realnych podstaw.

– Ja nie mam nic przeciwko samej giełdzie – rozumiem, że ludzie lubią grać, tak jak się gra w totolotka. Ale chodzi o to, żeby ta gra nie niszczyła podstaw gospodarki realnej, to znaczy np., żeby bankowość komercyjna (kredyty i depozyty) była oddzielona od bankowości inwestycyjnej (notabene nazwa bank inwestycyjny oznacza, że bank ten nie ma bezpośredniego związku z realnymi inwestycjami). A poza tym – dlaczego ktoś ma grać za pieniądze pochodzące także z banków centralnych, tak jak to ma miejsce obecnie? Banki centralne powinny udzielać środków bankom komercyjnym, które z kolei powinny udzielać kredytów przedsiębiorcom i konsumentom. Tymczasem w ostatnich dziesięcioleciach doszło do przemieszania tych sfer i wyraźnej dominacji sektora finansowego. W Austrii, ale w Polsce zapewne też, serwisy informacyjne w radiu czy telewizji podają regularnie indeksy kursów giełdowych. Po co? Przecież osoby realnie nimi zainteresowane, gracze giełdowi i inwestorzy finansowi, bez trudu znajdą do nich dostęp. Tymczasem wywołuje się wśród opinii publicznej wrażenie nieproporcjonalnej do realiów wagi tych informacji… (…) Zwróćmy poza tym uwagę, że zadłużenie państw to nie jest zadłużenie potomka arystokratycznej rodziny, który przepuszcza majątek w karty! Jeśli państwo zwiększa dług po to, żeby wypłacić np. zasiłki dla bezrobotnych czy emerytury lub budować szkoły czy szpitale, to jest to działanie nie tylko pożyteczne, ale wręcz niezbędne. Uzdrawianie finansów publicznych w obecnej sytuacji gospodarczej przypomina wysyłanie człowieka z zapaleniem płuc na siłownię, żeby sobie poprawił kondycję. Ale nawet jeśli wydatki publiczne są pożyteczne, to państwo wysoko zadłużone ma związane ręce i mniej pieniędzy choćby na wydatki socjalne – bo wszystko idzie na spłatę odsetek.

Krytyka Polityczna.pl
Prof. Kazimierz Łaski w rozmowie z Michałem Sutowskim

FACEBOOK: GRUSZKI NA WIERZBIE

Klient już słyszał, już wie, że jest Facebook, że założyło tam konto 800 mln ludzi. Jeśli sam nie ma „konta na Facebooku”, wie, że przesiadują na nim jego dzieci. Jeśli przesiadują – myśli – to jest to takie samo narzędzie jak program telewizyjny, program radiowy, płachta gazety czy reklama ATL. Można ten „nośnik” kupić, a następnie w podobny sposób jak inne zapełnić go treścią i w ten sposób wspomagać sprzedaż. Klient jest zadowolony, że już milion osób zobaczyło jego baner na tak popularnym nośniku. Zobaczyło? W natłoku danych, masy kolorowych plam na ekranie, niczego nie widziało przecież, nie zwracało uwagi. Niczym nie różni się tak użyty baner od reklamówki telewizyjnej emitowanej nad ranem lub billboardu wywieszonego w centrum stolicy, w otoczeniu setek innych.

Bardziej wymagający klient wie już, że dialog z marką, budowanie engagement, zaangażowania uczestników możliwe jest, gdy w sieci Facebooka zbudowany został zasięg. Ale i temu oczekiwaniu marketerzy są w stanie sprostać, wskazując, że już kilkadziesiąt tysięcy Polaków klienta i jego produktu – jak deklaruje agencja – lubi.

Jedna z firm dopiero po dwóch latach zorientowała się, że padła ofiarą Social Media oszustów, a lubienie na FB w najmniejszy nawet sposób nie przełożyło się ani na sprzedaż produktów, ani nawet na postrzeganie firmy. Mówiąc dokładnie – nie przełożyło się na nic. Na nic, poza fakturą dla firmy zarządzającej w imieniu klienta społecznością na Facebooku. Społecznością liczoną w setkach tysięcy klientów, lecz w ogóle nie zainteresowanych ani firmą, ani produktem. Użytkowników przyciągniętych (polub nas!) konkursami która godzina? i jak Ci się spało?… (…)

I tak oto pewnego dnia klient produkujący dżemy, garnitury, łożyska toczne, proponujący usługi reasekuracyjne lub kredyty bankowe dowiaduje się, że jego nowa oferta spotkała ...

Artykuł jest płatny. Aby uzyskać dostęp można:

  • zalogować się na swoje konto, jeśli wcześniej dokonano zakupu (w tym prenumeraty),
  • wykupić dostęp do pojedynczego artykułu: SMS, cena 5 zł netto (6,15 zł brutto) - kup artykuł
  • wykupić dostęp do całego wydania pisma, w którym jest ten artykuł: SMS, cena 19 zł netto (23,37 zł brutto) - kup całe wydanie,
  • zaprenumerować pismo, aby uzyskać dostęp do wydań bieżących i wszystkich archiwalnych: wejdź na aleBank.pl/sklep.

Uwaga:

  • zalogowanym użytkownikom, podczas wpisywania kodu, zakup zostanie przypisany i zapamiętany do wykorzystania w przyszłości,
  • wpisanie kodu bez zalogowania spowoduje przyznanie uprawnień dostępu do artykułu/wydania na 24 godziny (lub krócej w przypadku wyczyszczenia plików Cookies).

Komunikat dla uczestników Programu Wiedza online:

  • bezpłatny dostęp do artykułu wymaga zalogowania się na konto typu BANKOWIEC, STUDENT lub NAUCZYCIEL AKADEMICKI

Udostępnij artykuł: