Optymista lunchowy

Finanse i gospodarka

Od mniej więcej dwóch lat nad przyszłością tzw. rynków wschodzących zbiera się coraz więcej wątpliwości. Jim O’Neill, który ukuł skrót BRIC, pisze dla tych rynków pozytywny scenariusz. Ale jego argumentom brak jest siły i świeżości, które sprawiłyby, że po lekturze jego książki pomyślałbym "kurcze, coś w tym jest".

Od mniej więcej dwóch lat nad przyszłością tzw. rynków wschodzących zbiera się coraz więcej wątpliwości. Jim O’Neill, który ukuł skrót BRIC, pisze dla tych rynków pozytywny scenariusz. Ale jego argumentom brak jest siły i świeżości, które sprawiłyby, że po lekturze jego książki pomyślałbym "kurcze, coś w tym jest".

Jim O’Neill to były główny ekonomista Goldman Sachs, a później przewodniczący Goldman Sachs Asset Managament. On ukuł w 2001 r. skrót BRIC, pochodzący od nazwy krajów Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, sugerując wówczas, że będą to kraje o bardzo szybko rosnącej silne gospodarczej i globalnych wpływach. O’Neillowi udało się zyskać status guru, ponieważ nadał rozgłos zjawisku, które, choć widoczne, nie należało pewnie do najważniejszych globalnych zjawisk gospodarczych.

Dziś (no może nie dziś, bo książka pochodzi z 2012 r.) O’Neill próbuje ponownie odpalić rakietę, które wyniosła go na firmament rynków finansowych. W okresie, kiedy coraz więcej ludzi na świecie uważa (to moje odczucie, nie mam dowodów, że "coraz więcej" i że "uważa"), że BRIC to ściema na resorach, grupa krajów, których nazwy układają się władne słowo, ale których przyszłość jest więcej niż niepewna, on powtarza swoje przesłanie sprzed ponad dekady: BRIC i inne rynki wzrostowe mogą mieć wspaniałą przyszłość. Napisał książkę pt. "Mapa wzrostu. Szanse gospodarcze państw grupy BRICS", która jest pełnym ciekawych obserwacji, zwięzłych analiz i krótkich podsumowań peanem na cześć krajów wschodzących. Przy mizernym rynku publicystyki ekonomicznej, to zapewne jedna z ciekawszych pozycji dostępnych w języku polskim.

Koncepcja O’Neilla nie jest w żaden sposób nowatorska, opiera się w całości na klasycznych teoriach wzrostu gospodarczego. W uproszczeniu, chodzi o to, że relatywnie ubogi kraj może doświadczyć konwergencji - czyli procesu zbliżania się pod względem poziomu produktywności do kraju rozwiniętego - jeżeli uruchomi kilka prostych czynników wzrostu, takich jak: stabilność prawa, otwartość na świat, stabilność makroekonomiczna (zbilansowany budżet i niska inflacja) oraz wykształcenie siły roboczej. O’Neill patrzy, które kraje mają szanse na konwergencje i są przy okazji duże pod względem populacji, co prowadzi go do wniosku, które kraje mogą stać się nowymi globalnymi liderami. Tworzy różne grupy, BIRC, N-11 (nowe rynki rozwojowe) itd. Wszystko tak naprawdę opiera się na banalnie prostej konstrukcji: szanse konwergencji + populacja. Jest to poszukiwanie rynków, które będą w przyszłości zamożne oraz duże i płynne (te ostatnie czynniki interesują inwestorów).

Optymizm O’Neilla opiera się na założeniu, że większość krajów wschodzących będzie wprowadzała zmiany instytucjonalne, które konwergencję ułatwiają. O Rosji pisze np. tak: "O ile Rosja stoi niewątpliwe wobec poważnych wyzwań, ma w sobie także potencjał, którego wyzwolenie może pozwolić jej osiągnąć PKB na mieszkańca na poziomie wyższym niż mogą uzyskać (...) stabilne, rozwinięte państwa europejskie". Czyli przekaz jest prosty: są problemy, ale jak będą rozwiązane, to będzie dobrze (Rosja może być nawet bogatsza niż rozwinięte kraje, bo ma ropę). I tak przez całą książkę, kraj po kraju - kto ma jakie siły, kto ma słabości, oraz wniosek, że gdy siły przeważą nad słabościami to będzie dobrze. Nawet Egipt może być silny, jeżeli rozwiąże swoje problemy!

Trochę ironizuję, ale z O’Neillem w sumie się w dużej mierze zgadzam - konwergencja to potężna siła, która zmienia i może zmieniać oblicze krajów wschodzących. Jest to proces powolny (azjatyckie tygrysy to wyjątek), ale jeżeli zapewni mu się odpowiednie warunki, to ma szanse być trwałym. Jeżeli zapewni mu się odpowiednie warunki...

Problem w tym, że O’Neill nie dostrzega, że bystrzy ludzie już nie pytają, skąd bierze się konwergencja, ale zastanawiają się, jak rozwijają się czynniki, które decydują o konwergencji. Na przykład, wiemy, że stabilność prawa jest jednym z kluczowych fundamentów konwergencji - ale dlaczego wiele krajów ma wielkie problemy, by stabilne prawo wdrożyć? Czy jest to tylko kwestia gorszych polityków, co mogłoby być przeszkodą przejściową i łatwą do przeskoczenia, czy też jest to kwestia głębiej zakorzenionych wzorców kulturowych, czego nie da się zmienić w trakcie jednego pokolenia? Czy problem z niestabilnymi warunkami dla inwestycji zagranicznych w Rosji to wina złych rządów Władimira Putina, czy też konsekwencja braku doświadczeń historycznych we wprowadzaniu stabilnych warunków życia dla przybyszy z Zachodu?

O’Neill przytacza dziesiątki liczb, statystyk, wyników modeli, ale brakuje mu czegoś, co po angielsku ładnie określa się "big picture". Czyta się szybko, bez zgrzytów, wręcz fajnie, ale po zamknięciu książki nie zacząłem drapać się po głowie (robię tak, gdy usilnie nad czymś myślę). Zachwyca się O’Neill tempem chińskiego wzrostu gospodarczego, postępującą urbanizacją, rosnącą zamożnością społeczeństwa, dostrzega też takie problemy związane z biurokracją, ryzyka związane z narastającą presją inflacyjną (czy na rynku towarów czy aktywów), czy pogarszającą się demografię, ale wszystko brzmi jak duża prasówka z ostatnich lat, jest to lista najciekawszych kwestii dotyczących Chin, okraszona doświadczeniami z podróży do tego kraju. Nie jest to jednak próba głębszego rozważenia pytania, czy Chiny są w stanie utrzymać wysokie tempo wzrostu przez kolejne lata i dekady, jakie są szanse, że obecna klasa polityczna dokona pożądanych zmian, na ile autorytarny model rządzenia będzie sprawdzał się na coraz wyższych etapach rozwoju.

O’Neill reprezentuje urzędowy optymizm człowieka, który ze względu na sprawowaną funkcję nie może nadmiernie narazić się władzom danych krajów. Jeżeli pisze o problemach, to raczej w kategoriach wyzwań,n ie krytykuje nadmiernie rządów, nie wdaje się w dywagacje polityczne. Nie można mu mieć tego za złe, taka jest natura jego pracy i taka natura publikacji.

Mam jednak mimo wszystko wrażenie, że urzędowy optymizm O’Neilla czasami wykracza poza konwencję pisania głównego ekonomisty i demaskuje naiwność autora. Pisze on, że oligarchowie z krajów rozwijających się są właściwie bardzo podobni do przedsiębiorców z krajów rozwiniętych. Opowiada, jak widok Rosjan przyjeżdżających na zakupy do Londynu wskazuje, że w Rosji rośnie popyt konsumpcyjny i liczba ludzi mogących sobie pozwolić na lepsze życie. Nie wiem, czy O’Neill nie uwierzył za bardzo, że dobrze poznał świat przed ekranem terminali Bloomberga i na lunchach w dobrych hotelach.

Ignacy Morawski

Udostępnij artykuł: